# George Washington i kamień węgielny Kapitolu

> Gdy 18 września 1793 roku George Washington w masońskim fartuchu położył kamień węgielny Kapitolu, wolnomularski obrzęd posłużył młodej republice, która nie miała własnych ceremonii państwowych, jako gotowa liturgia obywatelska, a po śmierci prezydenta loże przekształciły pamięć o nim w świecki kult założyciela.

Dział: Wolnomularstwo
Adres kanoniczny: https://ordotheia.pl/eseje/george-washington-i-kamien-wegielny-kapitolu

## Czeladnik z Fredericksburga

George Washington został przyjęty do wolnomularstwa w listopadzie 1752 roku, w wieku dwudziestu lat, w loży działającej w Fredericksburgu w Wirginii. Na początku marca 1753 roku otrzymał stopień czeladnika, a w sierpniu tego roku stopień mistrza. Księgi loży, przechowywane do dziś, odnotowują te daty i opłaty z suchą dokładnością kolonialnego rachmistrza. Młody Washington był wtedy geodetą i synem plantatora średniej zamożności, stojącym na progu kariery wojskowej w milicji Wirginii. Bractwo było dla niego, jak dla wielu młodych ludzi jego stanu, sposobem wejścia w krąg osób, które w kolonii coś znaczyły.

Nie był wolnomularzem gorliwym w sensie regularnego uczęszczania na zebrania. Wojny, plantacja w Mount Vernon i obowiązki publiczne sprawiały, że w loży bywał rzadko, a zachowane świadectwa jego udziału w pracach rytualnych są nieliczne. W czasie wojny o niepodległość uczestniczył jednak w obchodach dnia świętego Jana organizowanych przez loże wojskowe, a w grudniu 1778 roku przeszedł w uroczystej procesji braci przez Filadelfię. W 1779 roku w kręgu lóż armijnych wysunięto nawet projekt utworzenia ogólnokrajowej wielkiej loży z Washingtonem na czele. Do jego realizacji nigdy nie doszło, a amerykańskie wolnomularstwo pozostało zorganizowane w odrębne wielkie loże poszczególnych stanów.

W 1788 roku, gdy w Aleksandrii w Wirginii powstawała loża działająca na podstawie patentu Wielkiej Loży Wirginii, Washington został wymieniony w akcie jako jej pierwszy mistrz. Przyjął tę godność w chwili, gdy cały kraj oczekiwał, że stanie na czele nowego rządu federalnego. Rok później, 30 kwietnia 1789 roku, złożył w Nowym Jorku przysięgę prezydencką na Biblii należącej do tamtejszej loży św. Jana, przyniesionej w pośpiechu, gdy okazało się, że na miejscu ceremonii brakuje egzemplarza Pisma. Przysięgę odebrał Robert Livingston, kanclerz stanu Nowy Jork, a zarazem wielki mistrz jego wielkiej loży.

## Dzień nad Potomakiem

Wybór miejsca na stolicę federalną nad Potomakiem i rozpoczęcie budowy miasta nazwanego imieniem prezydenta stworzyły okazję do ceremonii, która miała pozostać w amerykańskiej pamięci. 18 września 1793 roku Washington przeprawił się przez rzekę w towarzystwie braci z Aleksandrii i połączył się z członkami lóż z Marylandu, w tym z niedawno utworzonej loży Federal oraz z loży z Georgetown. Procesja, której towarzyszyła artyleria, orkiestra i kompania milicji, przeszła ku wzgórzu, na którym wznoszono budynek Kongresu.

Gazety z tamtych tygodni opisały przebieg uroczystości szczegółowo. Prezydent, w fartuchu i z insygniami bractwa, złożył w południowo-wschodnim narożniku fundamentu srebrną tablicę z inskrypcją podającą datę, rok niepodległości i nazwy uczestniczących lóż. Kamień ułożono z zastosowaniem tradycyjnych narzędzi rytuału: węgielnicy, poziomicy i pionu, a następnie posypano go zbożem i polano winem i oliwą, jak wymagał masoński obrzęd poświęcenia fundamentu. Funkcję wielkiego mistrza pełnił tego dnia Joseph Clark z Marylandu, który wygłosił mowę, a na zakończenie odbyła się biesiada pod gołym niebem z pieczonym wołem.

Srebrna kielnia, którą posłużył się Washington, przetrwała do dziś i była używana przy późniejszych uroczystościach tego rodzaju. Przetrwał także marmurowy młotek, przechowywany przez jedną z lóż waszyngtońskich. Sam kamień węgielny natomiast zaginął w murach budynku, który był potem wielokrotnie przebudowywany, płonął w czasie wojny 1812 roku i rozrastał się o kolejne skrzydła. Poszukiwania podejmowane z okazji dwusetnej rocznicy nie przyniosły rozstrzygnięcia, w którym dokładnie miejscu został złożony. Fartuch noszony tego dnia przez prezydenta również jest przedmiotem sporów: kilka zachowanych fartuchów łączy się z jego osobą, w tym podarowane mu przez przyjaciół z Francji, ale żadnego nie można z całą pewnością związać z ceremonią z 1793 roku.

## Dlaczego obrzęd masoński

Pytanie, dlaczego akt założenia najważniejszego budynku republiki przybrał formę rytuału wolnomularskiego, ma prostą odpowiedź, jeśli nie szuka się w nim sekretnego planu. Stany Zjednoczone w 1793 roku nie posiadały państwowego ceremoniału. Republika zerwała z monarchią i jej obrzędami, a konstytucja nie przewidywała Kościoła państwowego, którego biskup mógłby pobłogosławić fundamenty. Nowe państwo potrzebowało formy uroczystej, która byłaby zarazem religijna i ponadwyznaniowa, zrozumiała dla obywateli różnych denominacji, godna, ale nie dworska.

Wolnomularstwo oferowało dokładnie to. Jego rytuał kładzenia kamienia węgielnego był w Brytanii i w koloniach praktykowany od kilku dziesięcioleci przy budowie kościołów, szpitali i mostów, a obywatele znali go z widzenia. Odwoływał się do Wielkiego Budowniczego Wszechświata, nie wymieniając żadnego Kościoła, posługiwał się narzędziami rzemiosła, które symbolizowały cnoty obywatelskie, i wprowadzał do ceremonii elementy biblijne – zboże, wino i oliwę – w sposób, który nie naruszał niczyjej wiary. Masoneria nie musiała przy tym niczego narzucać; po prostu była dostępna jako gotowa forma.

W tym sensie można mówić o obywatelskiej liturgii. Rytuał nie przekazywał żadnej tajnej nauki i nie wymagał od widzów wtajemniczenia. Działał jak teatr publiczny, w którym prezydent i jego bracia przedstawiali ideę republiki jako budowli wznoszonej według miary i pionu, opartej na prawdziwym fundamencie i powierzonej opiece Opatrzności. Uczestnicy i widzowie rozumieli te znaki bez komentarza, bo należały do wspólnego języka moralnego epoki. To, że rytuał prowadziła prywatna korporacja, a nie państwo, było dla ówczesnych Amerykanów raczej zaletą niż problemem: wyrażało przekonanie, że społeczeństwo obywatelskie poprzedza rząd i nadaje mu formę.

## Pogrzeb w Mount Vernon i złota urna

Washington zmarł w Mount Vernon 14 grudnia 1799 roku. Cztery dni później jego ciało złożono w rodzinnym grobowcu podczas ceremonii, w której połączyły się trzy porządki: wojskowy, z udziałem oddziałów milicji i salwami artylerii, kościelny, z liturgią anglikańską odczytaną przez pastora z Aleksandrii, i wolnomularski, poprowadzony przez braci z loży, której był pierwszym mistrzem. Obrzęd masoński prowadził Elisha Cullen Dick, lekarz, który kilka dni wcześniej czuwał przy łożu umierającego. Bracia złożyli przy trumnie fartuch i symbole bractwa oraz, jak głosi przekaz, gałązki wiecznie zielonej rośliny, znak nieśmiertelności w ich rytuale.

Wieść o śmierci rozeszła się po kraju w ciągu kilku tygodni, a Kongres wezwał do uczczenia pamięci prezydenta w dniu jego urodzin, 22 lutego 1800 roku. W setkach miast odbyły się wówczas uroczystości żałobne, a loże stały się jednym z głównych ich organizatorów. Wygłaszano masońskie mowy pogrzebowe, urządzano procesje z pustymi trumnami i symbolicznymi urnami, a teksty tych przemówień drukowano i rozsyłano do braci w innych stanach. Wielka Loża Massachusetts poprosiła Martę Washington o kosmyk włosów zmarłego i umieściła go w złotej urnie wykonanej przez Paula Revere'a, która po dziś dzień jest przechowywana i używana przy szczególnych okazjach.

W ten sposób narodził się kult masoński Washingtona, który przetrwał przez cały XIX wiek. Jego portrety w masońskich insygniach drukowano i rozpowszechniano, jego fartuchy i inne pamiątki stały się relikwiami lóż, a mowy wygłaszane w rocznicę urodzin przypominały, że pierwszy prezydent był bratem. Ten kult nie był ezoteryczny w ścisłym znaczeniu. Był odmianą świeckiej hagiografii, w której założyciel republiki stawał się wzorem cnót obywatelskich, a bractwo jego strażnikiem.

## Powtórzone gesty

Ceremonia z 1793 roku stała się wzorem, do którego wracano przy kolejnych wielkich budowach stolicy. W lipcu 1848 roku przy kładzeniu kamienia węgielnego pomnika Washingtona wielki mistrz lóż Dystryktu Kolumbii nosił fartuch, który miał należeć do prezydenta, i posłużył się jego młotkiem. W 1851 roku podobny obrzęd towarzyszył rozpoczęciu rozbudowy Kapitolu, a mowę wygłosił wówczas Daniel Webster. W XX wieku wolnomularze wznieśli w Aleksandrii własny pomnik pamięci Washingtona, wysoki gmach poświęcony w 1932 roku, w którym zgromadzono pamiątki z jego życia w bractwie. Dwusetna rocznica położenia kamienia węgielnego Kapitolu w 1993 roku przyniosła rekonstrukcję obrzędu z udziałem wolnomularzy i polityków.

Kult ten miał także wymiar obronny, który ujawnił się w latach dwudziestych i trzydziestych XIX wieku. Po zaginięciu w stanie Nowy Jork Williama Morgana, byłego wolnomularza zapowiadającego ujawnienie rytuałów, przez kraj przetoczyła się fala antymasońska, która zrodziła nawet osobną partię polityczną i zmusiła wiele lóż do zawieszenia prac. Obrońcy bractwa sięgali wówczas niemal odruchowo po postać Washingtona. Skoro ojciec kraju był mistrzem loży, kładł w fartuchu fundament Kapitolu i został pochowany z masońskimi honorami, oskarżenie bractwa o spisek przeciw republice musiało wyglądać absurdalnie. Przeciwnicy odpowiadali, że wolnomularstwo czasów Washingtona było czymś innym niż zamknięte stowarzyszenie, jakim stało się później, i że pamięć o nim nie usprawiedliwia teraźniejszości. Spór o to, do kogo należy Washington, był w gruncie rzeczy sporem o to, czy obywatelska liturgia może pozostawać w rękach prywatnej korporacji.

Każde z tych powtórzeń potwierdzało tę samą funkcję. Masoneria dostarczała Stanom Zjednoczonym liturgii, której państwo nie mogło stworzyć bez naruszenia zasady rozdziału religii i polityki. Gesty kielni, poziomicy i zboża łączyły kolejne pokolenia z chwilą założenia, a obecność Washingtona – w osobie lub w jego relikwiach – nadawała im autorytet, którego nie mogłaby nadać żadna ustawa. Gdy w drugiej połowie XIX wieku amerykańskie państwo wykształciło własne ceremonie, z hymnem, flagą i świętami narodowymi, rola bractwa w tym zakresie zaczęła słabnąć, ale ślad pozostał w samej architekturze obrzędowości publicznej.

Wartość tej historii nie polega na odkryciu ukrytych intencji, lecz na zobaczeniu, jak symbole budowniczych stały się wspólnym językiem republiki. Washington, który nigdy nie był teologiem bractwa ani jego reformatorem, okazał się jego najważniejszym symbolem. Kamień, którego nikt dziś nie potrafi wskazać, pozostaje znakiem tej roli: niewidoczny, wpisany w mury, a jednak nieustannie przywoływany jako początek.
