# Herbata bostońska i legenda tawerny Green Dragon

> Bostońska loża św. Andrzeja, zbierająca się w tawernie Green Dragon, skupiała Josepha Warrena, Paula Revere'a i innych przywódców oporu wobec Korony, ale jej księgi z grudnia 1773 roku mówią tylko o pustych zebraniach, a przekonanie, że to loża przygotowała zniszczenie herbaty, jest późniejszą legendą wyrosłą na prawdziwym, choć skromniejszym tle.

Dział: Wolnomularstwo
Adres kanoniczny: https://ordotheia.pl/eseje/herbata-bostonska-i-legenda-tawerny-green-dragon

## Dom pod zielonym smokiem

Tawerna Green Dragon stała przy Union Street w Bostonie, w dzielnicy zamieszkanej przez rzemieślników, szkutników i drobnych kupców. Nazwę wzięła od szyldu, na którym widniał zielony smok wykuty w miedzi. W 1764 roku budynek kupiła loża św. Andrzeja, która spotykała się w nim już wcześniej, i odtąd była to jedna z niewielu nieruchomości w koloniach należących do masońskiego bractwa. Parter pozostał tawerną, a w sali na piętrze odbywały się zebrania lożowe; bywał tam zatem każdy, kto chciał zjeść, wypić i porozmawiać o sprawach miasta.

Loża św. Andrzeja otrzymała patent od Wielkiej Loży Szkocji i należała do nurtu, który w Bostonie stał w opozycji do starszej Wielkiej Loży św. Jana, związanej z Londynem. Różnica nie dotyczyła tylko jurysdykcji. Do loży św. Jana należeli w znacznej mierze kupcy, urzędnicy i ludzie bliscy administracji kolonialnej, wśród których z czasem wielu okazało się lojalistami. Loża św. Andrzeja przyjmowała raczej rzemieślników, lekarzy, drukarzy i kupców średniej rangi – ludzi, z których rekrutowała się bostońska opozycja wobec Parlamentu. Społeczny profil bractwa w tym przypadku w dużej mierze pokrywał się z profilem politycznym.

Do loży należeli ludzie, których nazwiska weszły do podręczników historii. Paul Revere, złotnik i grawer, został w niej przyjęty w 1760 roku i przez całe życie pozostał gorliwym wolnomularzem, a w latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku stanął na czele wielkiej loży Massachusetts. Joseph Warren, młody lekarz i jeden z najbłyskotliwszych mówców bostońskich patriotów, wstąpił do loży w 1761 roku, a w 1769 roku otrzymał ze Szkocji nominację na wielkiego mistrza lóż w Bostonie i okolicy. Należał do niej także John Hancock, najbogatszy kupiec miasta i jeden z przywódców oporu. Trudno o bardziej wymowny skład osobowy dla organizacji, którą tradycja miała później uczynić kuźnią rewolucji.

## Co mówią księgi loży

Najważniejszym źródłem do pytania o udział loży w wydarzeniach z grudnia 1773 roku są jej własne protokoły. Zachowane księgi zebrań przedstawiają obraz zaskakująco prozaiczny. Pod koniec listopada, gdy do portu zawinął pierwszy statek z herbatą Kompanii Wschodnioindyjskiej, zebranie loży zostało przerwane z powodu małej liczby obecnych. Sekretarz dopisał krótką uwagę, że czas braci zajęli odbiorcy herbaty, czyli sprawa kupców wyznaczonych do przyjęcia ładunku. Wpis z 16 grudnia, dnia, w którym herbata trafiła do wody, odnotowuje według przekazu ponownie, że lożę zamknięto z powodu nielicznej obecności i odłożono prace na następny wieczór. Na tej samej stronie widnieje duża, ozdobnie wypisana litera T, której znaczenie od dawna rozpala wyobraźnię czytelników.

Interpretacje tych wpisów rozchodzą się w dwóch kierunkach. Według jednej to najlepszy dowód, że bracia mieli tego wieczoru coś ważniejszego do zrobienia niż obrzęd i że byli zaangażowani w to, co działo się w porcie. Według drugiej wpisy dowodzą jedynie, że członkowie loży, jak całe miasto, byli pochłonięci kryzysem i uczestniczyli w wielkich zgromadzeniach w Old South Meeting House, a nie, że loża jako instytucja cokolwiek przygotowała. Obie lektury są możliwe, ale żadna nie wynika z samego tekstu. Protokoły milczą o tym, co bracia robili, gdy nie było ich w loży, a litera T może być równie dobrze żartem sekretarza, jak zaszyfrowanym znakiem.

Ważne jest też, czego w księgach nie ma. Nie ma w nich żadnej uchwały, planu, listy uczestników ani wzmianki o przebraniach. Loża, która formalnie zajmowała się sprawami bractwa, nie prowadziła zapisów działalności politycznej, a nawet gdyby jej członkowie spiskowali w sali na piętrze, nie mieliby powodu, by to dokumentować. Brak dowodu nie jest więc dowodem braku, ale nie upoważnia też do budowania na nim twierdzeń.

## Ludzie, którzy nie podpisywali się nazwiskiem

Kłopot z rekonstrukcją wydarzeń z 16 grudnia 1773 roku wykracza zresztą poza masonerię. Uczestnicy zniszczenia ładunku, którzy przebrani częściowo za Indian Mohawków wtargnęli na statki i wyrzucili do wody kilkaset skrzyń herbaty, mieli wszelkie powody, by milczeć. Było to przestępstwo przeciwko własności, za które Korona mogła dochodzić kar, a w następnych latach nikt nie wiedział, czym zakończy się konflikt. Imiona większości z nich nie trafiły do żadnych dokumentów z epoki.

Listy uczestników zaczęto sporządzać dopiero kilkadziesiąt lat później, gdy ostatni z żyjących weteranów stali się bohaterami lokalnej pamięci. W 1835 roku ukazała się książka zbierająca wspomnienia jednego z nich i dołączająca do nich zestawienie nazwisk, które przekazała tradycja. Na takich listach znajdują się członkowie loży św. Andrzeja, ale także wielu ludzi, którzy do żadnej loży nie należeli. Statystyka sama w sobie niewiele mówi: w mieście tej wielkości, przy tak silnym nakładaniu się kręgów towarzyskich, obecność wolnomularzy wśród uczestników jest oczekiwana, a nie zaskakująca.

Warto też pamiętać, że przywódcy bostońskich patriotów działali w kilku nakładających się organizacjach. Istniały kluby polityczne zwane caucusami, w tym North End Caucus, istniały Synowie Wolności, komitet korespondencyjny i zgromadzenia mieszkańców. Wiele z tych grup spotykało się w tawernach, a Green Dragon była jedną z nich. Paul Revere w liście napisanym pod koniec XVIII wieku do historyka Jeremy'ego Belknapa wspominał, że w latach 1774–1775 około trzydziestu ludzi, głównie rzemieślników, zbierało się właśnie w tej tawernie, by śledzić ruchy brytyjskich żołnierzy i torysów. Jest to świadectwo z pierwszej ręki, ale dotyczy okresu późniejszego niż zniszczenie herbaty i nie mówi nic o loży jako takiej.

## Narodziny legendy

Przekonanie, że to loża przygotowała zniszczenie herbaty, rozwinęło się w XIX wieku i wyrosło z kilku źródeł jednocześnie. Pierwszym była naturalna skłonność bractwa do wpisywania się w wielkie wydarzenia narodowe. Amerykańskie wolnomularstwo, które w latach antymasońskiej histerii musiało bronić swojej lojalności wobec republiki, chętnie podkreślało, że wielu jego członków stało u początków niepodległości. Rewolucyjni bohaterowie z loży św. Andrzeja byli tu argumentem bezcennym.

Drugim źródłem był sam budynek. Tawerna Green Dragon, w której zbierali się i bracia, i patrioci, stała się w pamięci miejscem jednym, choć w rzeczywistości mieściła różne zgromadzenia o różnym charakterze. Opinia przypisywana Danielowi Websterowi, że była to kwatera główna rewolucji, utrwalała tę zbitkę. Kiedy budynek przestał istnieć, a jego obraz przetrwał tylko na rysunkach i w opowieściach, łatwo było utożsamić całą tawernę z salą lożową na piętrze.

Trzecim źródłem była postać Josepha Warrena. Jego śmierć w bitwie pod Bunker Hill w czerwcu 1775 roku uczyniła go męczennikiem rewolucji, a fakt, że był wielkim mistrzem, sprawił, że masoneria przyjęła go jako swojego bohatera. W tej perspektywie logiczne wydawało się, że jeśli Warren kierował oporem, a zarazem kierował lożą, to loża kierowała oporem. Jest to jednak wniosek, który zastępuje związek osobowy związkiem instytucjonalnym.

Wreszcie legenda zyskała w XX wieku zupełnie inną postać, gdy podchwycili ją autorzy teorii spiskowych, przedstawiający rewolucję amerykańską jako dzieło tajnych stowarzyszeń. Te same wpisy w księdze loży, które dla masońskich historyków były powodem do dumy, dla autorów takich tez stały się dowodem zakulisowego sterowania historią. W obu przypadkach skąpe źródło musiało udźwignąć znacznie więcej, niż mogło.

## Między źródłem a pamięcią

Oddzielenie źródeł od legendy nie wymaga przyjęcia skrajnego sceptycyzmu. Można bezpiecznie stwierdzić, że loża św. Andrzeja skupiała wielu bostońskich patriotów, że jej członkowie odgrywali kluczowe role w kryzysie 1773 roku, że tawerna, w której się zbierała, była miejscem spotkań także innych grup opozycyjnych, i że protokoły loży odzwierciedlają zamieszanie tych tygodni. Nie można natomiast stwierdzić, że loża jako instytucja podjęła decyzję o zniszczeniu herbaty, że jej zebranie było zasłoną dla akcji ani że uczestnicy działali na rozkaz wielkiego mistrza.

Taka różnica ma znaczenie wykraczające poza Boston. Pokazuje, że w osiemnastowiecznym mieście instytucje towarzyskie – loże, kluby, kościoły, milicje i tawerny – tworzyły gęstą sieć, w której ci sami ludzie występowali w różnych rolach. Loża była jednym z węzłów tej sieci, miejscem zaufania i rozmowy, w którym przyjaźnie mogły przerodzić się we współpracę polityczną. Sama jednak nie stawała się przez to organem rewolucji, a jej rytuał nie zamieniał się w plan działania.

Losy samego bractwa po rewolucji potwierdzają, że polityczne podziały nie przekładały się wprost na masońskie struktury. Wojna rozproszyła członków obu bostońskich wielkich lóż, część lojalistów z loży św. Jana opuściła miasto wraz z wojskami brytyjskimi, a nurt związany z Warrenem przetrwał jego śmierć pod nowym przywództwem. W 1792 roku obie wielkie loże połączyły się w jedną Wielką Lożę Massachusetts, a dawna rywalizacja między patentem szkockim a londyńskim straciła znaczenie. Gdyby loża św. Andrzeja była przede wszystkim komórką rewolucyjną, trudno byłoby wyjaśnić, dlaczego po zwycięstwie tak łatwo zjednoczyła się z bractwem, w którym niedawno zasiadali ludzie wierni Koronie. Łatwiej to zrozumieć, gdy przyjmie się, że dla jej członków wolnomularstwo i polityka pozostawały dziedzinami powiązanymi, ale odrębnymi.

Pamięć o Green Dragon przetrwała jako jeden z najtrwalszych obrazów amerykańskiego wolnomularstwa: zadymiona sala, ludzie w fartuchach, nazwiska z podręczników. Ten obraz nie jest fałszywy, lecz niepełny. Prawdziwa historia loży św. Andrzeja jest bowiem ciekawsza od legendy właśnie dlatego, że nie potrzebuje spisku, by pokazać, jak bractwo może współtworzyć klimat, w którym rodzą się wydarzenia. Litera T na marginesie protokołu pozostaje wymownym znakiem tej niepewności – świadectwem, że sekretarz wiedział, co dzieje się w mieście, i że nie zapisał nic więcej.
