# Krąg z Crewe i demaskacja Williama Hope'a

> Zdemaskowanie Williama Hope'a przez Harry'ego Price'a w 1922 roku pokazało, że niewidoczny znak naniesiony na płytę fotograficzną może rozstrzygnąć to, czego nie rozstrzygały dziesiątki szczerych świadectw, i że spór o fotografię spirytystyczną da się przenieść z poziomu wiary na poziom kontroli materiału.

Dział: Spirytyzm i mediumizm
Adres kanoniczny: https://ordotheia.pl/eseje/krag-z-crewe-i-demaskacja-williama-hope-a

## Stolarz z miasta kolei

Crewe, ośrodek przemysłowy w hrabstwie Cheshire, znany przede wszystkim z wielkich warsztatów kolejowych, nie wyglądało na miejsce, z którego mogłaby wyjść jedna z najgłośniejszych spirytystycznych sensacji pierwszej połowy XX wieku. William Hope, urodzony w 1863 roku, pracował tam jako stolarz i fotografował amatorsko. Według relacji, którą powtarzali później jego zwolennicy, na początku XX wieku wykonał wraz z przyjacielem zdjęcie, na którym pojawiła się dodatkowa, niewyjaśniona postać. Tak miała się zacząć kariera, która trwała blisko trzydzieści lat.

Wokół Hope'a powstała niewielka grupa nazywana Kręgiem z Crewe. Należała do niej między innymi pani Buxton, która prowadziła z nim modlitewne seanse poprzedzające zdjęcia, a grupa nadawała swoim sesjom charakter religijny: śpiewano hymny, modlono się, kładziono dłonie na zamkniętej paczce płyt. Ten rytuał miał znaczenie podwójne. Dla uczestników był wyrazem pobożności i przygotowaniem do kontaktu z zaświatami, dla późniejszych krytyków – okolicznością, w której paczka z płytami znajdowała się w rękach medium dłużej, niż wymagałby tego czysto techniczny przebieg sesji.

Wczesnym protektorem kręgu był archidiakon Thomas Colley, duchowny anglikański i zdeklarowany spirytysta, który użyczał mu swojego autorytetu. Po pierwszej wojnie światowej, gdy popyt na kontakt ze zmarłymi gwałtownie wzrósł, Hope stał się postacią znaną w całym kraju. Przyjmował klientów w Crewe, ale prowadził też sesje w Londynie, między innymi w British College of Psychic Science, instytucji założonej przez Jamesa Hewata McKenziego, która zajmowała się badaniem i promowaniem mediumizmu.

## Twarze na skraju kadru

Charakterystyczne dla zdjęć Hope'a były tak zwane dodatki: twarze, a czasem całe popiersia, otoczone mglistą aureolą przypominającą watę albo zwój tkaniny, wyłaniające się z tła lub unoszące nad głową portretowanego. Klienci często rozpoznawali w nich zmarłych krewnych, zwłaszcza synów poległych na froncie. W okresie żałoby powojennej takie rozpoznanie miało ogromną siłę: matka, która widziała na płycie rysy podobne do rysów syna, nie potrzebowała dalszych argumentów.

Ta siła rozpoznania była jednak zarazem słabym punktem świadectw. Twarze na zdjęciach Hope'a bywały niewyraźne, ich wyraz neutralny, a podobieństwo – kwestią interpretacji. Krytycy wskazywali, że część dodatków przypomina reprodukcje istniejących fotografii, czasem nawet portretów osób żyjących. Według relacji opublikowanej w 1920 roku przez badacza Edwarda Busha, który wysłał do Hope'a list pod zmienionym nazwiskiem wraz ze zdjęciem żyjącego znajomego podanego jako zmarły syn, na późniejszej płycie pojawiła się twarz odpowiadająca temu zdjęciu. Zwolennicy Hope'a zakwestionowali tę relację, a spór pozostał w sferze wzajemnych oskarżeń.

W tej sytuacji widać istotę problemu. Dopóki dowodem było świadectwo – klienta, który rozpoznał krewnego, albo obserwatora, który nie dostrzegł podmiany – każda ze stron mogła przywoływać własnych świadków. Rozpoznanie było aktem subiektywnym, a brak obserwacji podmiany nie wykluczał, że podmiana nastąpiła. Potrzebny był dowód innego rodzaju, niezależny od ludzkiej uwagi i od emocji. Towarzystwo Badań Psychicznych od lat podkreślało, że świadectwo ludzkie, nawet szczere, jest zawodne w warunkach, w których obserwator nie wie, na co patrzeć, i w których oczekuje określonego wyniku. Badania nad zawodnością pamięci świadków seansów, prowadzone przez członków Towarzystwa jeszcze w XIX wieku, dostarczały argumentów, że uczciwy człowiek może z pełnym przekonaniem opisać przebieg zdarzeń, który nie miał miejsca. W sprawie Hope'a ta ogólna przestroga wymagała przełożenia na konkretną procedurę.

## Płyty z ukrytym znakiem

Takiego dowodu dostarczył Harry Price, wówczas młody, ambitny badacz zjawisk psychicznych, współpracujący z Society for Psychical Research. Jego pomysł polegał na tym, by przynieść na sesję płyty fotograficzne oznakowane w sposób, którego medium nie mogło dostrzec ani odtworzyć. We współpracy z firmą Imperial Dry Plate Company płyty zostały naświetlone promieniami rentgenowskimi przez szablon, tak że po wywołaniu każda z nich musiała ukazać znak firmowy producenta. Bez wywołania znak pozostawał niewidoczny, a paczka wyglądała jak zwykły, fabrycznie zapieczętowany towar.

Sesja odbyła się w lutym 1922 roku w British College of Psychic Science. Price przyszedł jako zwykły klient, przyniósł zapieczętowaną paczkę i obserwował przebieg nabożeństwa, ładowanie kasety i ekspozycję. Po wywołaniu na jednej z płyt pojawił się dodatek – kobieca twarz w typowej dla Hope'a mglistej oprawie. Zabrakło na niej jednak znaku rentgenowskiego. Płyta, na której ujawniła się rzekoma postać duchowa, nie była więc płytą z paczki Price'a. Musiała zostać podmieniona w którymś momencie między otwarciem paczki a wywołaniem.

Price twierdził także, że zaobserwował moment, w którym Hope mógł zamienić kasetę na inną, wcześniej przygotowaną. Ten element jego relacji był różnie oceniany, natomiast argument z brakującego znaku miał inną wagę. Nie zależał od tego, co Price widział, ani od jego wiarygodności jako świadka. Wystarczyło zestawić płytę z duchem z pozostałymi płytami z tej samej paczki, na których znak wywołał się zgodnie z oczekiwaniem.

## Ciemnia jako miejsce sporu

Żeby zrozumieć wagę oznakowania, trzeba pamiętać, jak wyglądała ówczesna sesja fotograficzna. Płyty szklane pokryte emulsją światłoczułą trzeba było w ciemności wyjąć z opakowania i umieścić w kasecie, którą następnie wsuwano do aparatu. Po ekspozycji kaseta wracała do ciemni, gdzie płytę wywoływano i utrwalano. Każdy z tych etapów odbywał się częściowo poza zasięgiem wzroku klienta, a w czerwonym świetle ciemni nawet uważny obserwator widział niewiele. Zwolennicy Hope'a podkreślali, że klienci mogli przynosić własne płyty, podpisywać je i towarzyszyć medium przy ładowaniu kaset. Krytycy odpowiadali, że podpis na płycie albo na opakowaniu chroni tylko przed najbardziej prymitywną podmianą.

Właśnie dlatego znak naniesiony promieniami rentgenowskimi był rozwiązaniem tak eleganckim. Nie wymagał, by obserwator cokolwiek widział w ciemni ani by pamiętał kolejność czynności. Nie zależał również od współpracy medium, które nie wiedziało o jego istnieniu i nie mogło się do niego przygotować. Tajemnica musiała jednak zostać zachowana do końca, dlatego Price nie informował o niej gospodarzy sesji. Ta okoliczność stała się później jednym z punktów oskarżenia: obrońcy Hope'a twierdzili, że badacz, który wprowadza ukryte pułapki, z góry zakłada nieuczciwość i narusza zaufanie, bez którego – jak utrzymywali – zjawiska duchowe w ogóle nie mogą się ujawniać. Argument ten, często powtarzany w historii mediumizmu, czynił z każdej skutecznej kontroli dowód złej woli kontrolującego.

## Obrona w *The Case for Spirit Photography*

Raport Price'a ukazał się w czasopiśmie Towarzystwa wiosną 1922 roku, a sam badacz opisał sprawę również w broszurze *Cold Light on Spiritualistic „Phenomena”*. W środowisku spirytystycznym reakcja była gwałtowna. Hope miał licznych obrońców, a najsłynniejszym z nich był Arthur Conan Doyle, który jeszcze w tym samym roku wydał książkę *The Case for Spirit Photography*, opracowaną wraz z innymi zwolennikami, wśród nich Fredem Barlowem, sekretarzem towarzystwa zajmującego się zdjęciami nadnormalnymi.

Książka atakowała raport z kilku stron. Podważano uczciwość samego Price'a, sugerując, że to on mógł zamanipulować materiałem, by uzyskać pożądany wynik. Wskazywano na rzekome nieprawidłowości w przechowywaniu paczki i na możliwość, że znak rentgenowski nie wywołał się z przyczyn technicznych. Przede wszystkim jednak przeciwstawiano jednemu doświadczeniu dziesiątki świadectw ludzi, którzy rozpoznali swoich bliskich i którzy, jak pisał Doyle, nie mogli wszyscy się mylić. Zgromadzono przy tym wiele relacji z sesji, na których rzekomo nie było możliwości podmiany.

Ta obrona jest pouczająca, bo pokazuje zderzenie dwóch odmiennych pojęć dowodu. Dla Doyle'a i jego współpracowników przekonanie powstawało z nagromadzenia świadectw, z których każde z osobna mogło być słabe, ale razem tworzyły w ich oczach obraz przytłaczający. Dla Price'a i badaczy Towarzystwa jedno dobrze zaprojektowane doświadczenie, które daje wynik niezależny od obserwatora, ważyło więcej niż setki relacji, bo wystarczało, by ukazać mechanizm, który mógł działać także w innych przypadkach. Spór nie dotyczył więc tylko Hope'a, ale tego, co w ogóle można uznać za rozstrzygające.

## Długie echo jednej płyty

Kariera Hope'a nie zakończyła się w 1922 roku. Nadal przyjmował klientów, a wielu spirytystów uważało, że padł ofiarą intrygi. Z czasem jednak sytuacja zaczęła się zmieniać, także wśród dawnych obrońców. Według ustaleń historyków Fred Barlow, który w 1922 roku stał po stronie Doyle'a, w późniejszych latach doszedł do wniosku, że część zdjęć z kręgu powstała w sposób oszukańczy, i dał temu wyraz w publikacji z początku lat trzydziestych. Sam Hope zmarł w 1933 roku, nie przyznając się do oszustwa.

Dziedzictwo sprawy wykracza poza osobę fotografa z Crewe. Test Price'a stał się wzorcem metody, którą później stosowano w badaniach różnych zjawisk: zamiast polegać na czujności obserwatora, należy wprowadzić do eksperymentu element, którego nie da się podrobić bez wiedzy o jego istnieniu. Oznakowanie materiału przesuwało ciężar dowodu z ludzkiej pamięci na samą rzecz. Odbitka bez znaku mówiła coś, czego żaden świadek nie mógł zakwestionować bez podważenia całej procedury.

Zarazem historia ta przypomina, że rozstrzygnięcie techniczne nie zawsze prowadzi do rozstrzygnięcia społecznego. Dla wielu klientów Hope'a pytanie o oznakowane płyty było bez znaczenia wobec doświadczenia, jakim było ujrzenie twarzy zmarłego dziecka. Wiara, która nie opierała się na eksperymencie, nie upadła też w wyniku eksperymentu. Price wygrał spór w obrębie badań psychicznych, ale nie mógł wygrać go w sercach ludzi, którzy przychodzili do kręgu nie po dowód, lecz po pocieszenie. Ta rozbieżność między porządkiem dowodu a porządkiem potrzeby jest być może najtrwalszą lekcją sprawy z Crewe: można wykazać, że konkretny obraz został sfabrykowany, ale nie da się w ten sposób odebrać ludziom pragnienia, które sprawiało, że chcieli go zobaczyć.
