# Valentin Tomberg i Medytacje o tarocie

> Anonimowe Medytacje o tarocie Valentina Tomberga traktują dwadzieścia dwa atuty nie jako narzędzie przepowiadania, lecz jako ciąg ćwiczeń duchowych w obrębie chrześcijańskiego hermetyzmu, w którym karta staje się zaczynem modlitwy, myślenia i przemiany woli, a nie znakiem przyszłych zdarzeń.

Dział: Tarot
Adres kanoniczny: https://ordotheia.pl/eseje/valentin-tomberg-i-medytacje-o-tarocie

## Książka bez autora

Mało które dzieło dwudziestowiecznej ezoteryki ma tak osobliwą biografię jak *Méditations sur les 22 arcanes majeurs du Tarot*. Napisane po francusku w latach sześćdziesiątych przez człowieka, który od dawna mieszkał w Anglii i pisał wcześniej głównie po niemiecku i rosyjsku, miały ukazać się dopiero po śmierci autora i bez jego nazwiska. Tomberg zmarł w 1973 roku, a pierwsze wydanie, w przekładzie niemieckim, wyszło w kręgu wydawnictwa Herder; francuski oryginał opublikowało paryskie wydawnictwo Aubier Montaigne w 1980 roku, a angielski przekład Roberta Powella, zatytułowany *Meditations on the Tarot. A Journey into Christian Hermeticism*, ukazał się w połowie lat osiemdziesiątych i od tego czasu był wielokrotnie wznawiany.

Anonimowość nie była zabiegiem marketingowym ani kokieterią. Autor zastrzegł ją świadomie i uzasadnił w samym tekście: książka ma przemawiać jako głos tradycji, nie jako dorobek konkretnej osoby. Tytułowy adresat listów, „Drogi Nieznany Przyjacielu”, odpowiada podpisowi, który autor przyjmuje dla siebie – nieznanego przyjaciela, co jest jawnym ukłonem w stronę Louisa-Claude'a de Saint-Martina, osiemnastowiecznego „Nieznanego Filozofa”. Tożsamość Tomberga była wprawdzie od początku znana wydawcom i części czytelników, a dziś podaje się ją powszechnie, lecz sama konstrukcja dzieła zakłada, że nazwisko nie ma tu nic do rzeczy. Czytelnik otrzymuje list od kogoś, kto nie chce być mistrzem, tylko towarzyszem.

Ta decyzja ma konsekwencję interpretacyjną, którą łatwo przeoczyć. Książka, która nie powołuje się na autorytet autora, nie może też opierać się na autorytecie objawienia prywatnego ani na rodowodzie tajnego zakonu. Tomberg nie twierdzi, że otrzymał tarot od wtajemniczonych ani że zna jego egipskie źródło. Mówi raczej, że karty są obrazami, które przetrwały, ponieważ poruszają w człowieku coś trwałego, i że wolno nad nimi medytować tak, jak średniowieczny mnich medytował nad wersetem Psalmu.

## Przedmowa kardynała

Do recepcji książki w środowiskach katolickich walnie przyczynił się Hans Urs von Balthasar, jeden z najważniejszych teologów dwudziestego wieku, mianowany kardynałem tuż przed śmiercią w 1988 roku. Napisał on tekst wprowadzający do wydania niemieckiego, który w późniejszych edycjach, w tym angielskiej, występuje jako przedmowa albo posłowie. Sam fakt, że teolog tej rangi zgodził się towarzyszyć dziełu o tarocie, zaskakiwał wówczas i zaskakuje dziś.

Balthasar nie twierdził, że wszystko w książce jest zgodne z doktryną Kościoła, ani nie przyjmował hermetyzmu jako takiego. Jego tekst jest próbą rozeznania: teolog wskazuje, że autor, choć posługuje się językiem magii, kabały i alchemii, nieustannie podporządkowuje go tajemnicy Wcielenia i modlitwie, i że w tym właśnie tkwi wartość dzieła. Hermetyczne obrazy zostają, by tak rzec, ochrzczone, a nie wpuszczone do domu na równych prawach z Ewangelią. Balthasar interesował się zresztą od dawna tym, jak chrześcijańska myśl przyswajała sobie antyczne, pogańskie obrazy kosmosu; jego wieloletnie studia nad ojcami Kościoła i nad estetyką teologiczną przygotowały go do takiego czytania.

Warto też widzieć granice tej aprobaty. Przedmowa nie jest imprimatur i nie czyni z książki dokumentu nauczania. Jest świadectwem jednego wybitnego czytelnika, który uznał, że duchowy wysiłek autora zasługuje na powagę. Wokół tego świadectwa narosło później sporo przesady, łącznie z niesprawdzonymi opowieściami o lekturze książki przez najwyższych hierarchów; historyk musi je zostawić na marginesie, bo brak źródeł, które by je potwierdzały.

## Dwadzieścia dwa listy

Struktura dzieła jest prosta i ścisła. Każdy z dwudziestu dwóch rozdziałów jest listem poświęconym jednemu Wielkiemu Arkanowi, w kolejności znanej z tarota marsylskiego: od Maga przez Papieżycę, Cesarzową, Cesarza i Papieża aż po Sąd Ostateczny, po którym następuje Głupiec jako list dwudziesty pierwszy i Świat jako dwudziesty drugi. Tomberg nie przestawia kart według żadnej systematyki tajnego zakonu i nie dyskutuje szeroko o przyporządkowaniach liter hebrajskich; przyjmuje porządek tradycyjnej talii jako dany, tak jak przyjmuje się tekst liturgiczny.

Każdy list zaczyna się od przyjrzenia się obrazowi, a następnie rozwija się w szeroką medytację, która bywa długa na kilkadziesiąt stron. Mag otwiera całość rozważaniem o koncentracji bez wysiłku: o skupieniu, które nie jest napięciem woli, lecz spokojem, w którym uwaga staje się lekka jak w zabawie. Papieżyca prowadzi do refleksji nad gnozą i nad tym, jak czynna intuicja przechodzi w bierne, odbierające poznanie. Cesarzowa jest okazją do mówienia o świętej magii, rozumianej nie jako manipulacja siłami, lecz jako współdziałanie z łaską. Kochankowie otwierają rozważanie o trzech ślubach zakonnych – posłuszeństwie, ubóstwie i czystości – jako o trzech zasadach duchowego życia w ogóle. Wisielec staje się obrazem człowieka, którego ciężar przesunął się z ziemi ku niebu, a Śmierć i Wieża dotykają tajemnicy przemijania i pychy.

Pojawia się tu wiele nazwisk z zachodniej tradycji ezoterycznej: Éliphas Lévi, Papus, Joséphin Péladan, Fabre d'Olivet, Saint-Martin. Obok nich stoją jednak Pseudo-Dionizy, Tomasz z Akwinu, Bonawentura, Teresa z Ávili, Jan od Krzyża, a także filozofowie nowożytni, jak Henri Bergson. Tomberg cytuje ich z równą swobodą, co jest jedną z przyczyn, dla których książka bywa uważana przez jednych za syntezę, przez innych za eklektyczny zbiór. Rzetelna lektura pokazuje jednak wyraźną hierarchię: autorzy okultystyczni dostarczają słownika i obrazów, ale ostatnie słowo zawsze należy do mistyki chrześcijańskiej i Ewangelii.

## Arkan jako zaczyn, nie jako sekret

Kluczowa dla zrozumienia całości jest definicja arkanu, którą Tomberg podaje w pierwszym liście i do której wielokrotnie wraca. Arkan nie jest tajemnicą do odszyfrowania ani alegorią do przetłumaczenia na zwykłe pojęcia. Jest raczej czymś w rodzaju fermentu lub enzymu: obrazem, który, raz przyjęty do świadomości, pobudza w niej proces, jakiego nie dałoby się wywołać samą argumentacją. Arkanem jest to, co trzeba poznać, aby stać się płodnym w danej dziedzinie życia duchowego; nie chodzi więc o wiedzę posiadaną, lecz o zdolność, która dojrzewa.

Z tej definicji wynika praktyczny charakter książki. Czytelnik nie jest zaproszony do rozkładania kart ani do poszukiwania w nich odpowiedzi na pytania o los. Jest zaproszony do zatrzymania się przy jednym obrazie na długo, do powrotu do niego, do pozwolenia, by kształtował myślenie, uczucie i wolę. Medytacja w sensie Tomberga jest bliższa *lectio divina* niż interpretacji symbolicznej: tekst i obraz mają przenikać się z modlitwą, a nie zastępować ją.

Autor wprost odcina się od wróżbiarstwa. Nie potępia go z wyżyn, ale traktuje jako sprowadzenie arkanów do najniższego z możliwych użytków. Wróżba pyta, co się wydarzy; medytacja pyta, kim człowiek ma się stać. To przesunięcie akcentu z przyszłości na przemianę jest właściwym rdzeniem tego, co Tomberg nazywa hermetyzmem chrześcijańskim. W jego ujęciu hermetyzm nie jest odrębną religią ani tajnym kościołem, lecz duchową dyscypliną, która może żyć wewnątrz Kościoła, tak jak w średniowieczu żyła w nim mistyka, a w renesansie neoplatonizm.

## Hermetyzm w służbie wiary

Tomberg zdaje sobie sprawę z napięcia, które wywołuje samo połączenie słów „chrześcijański” i „hermetyczny”. Odpowiada na nie nie przez kompromis, lecz przez hierarchię. Hermetyzm obejmuje według niego mistykę, gnozę, świętą magię i filozofię hermetyczną, przy czym gnoza jest tym, co z mistycznego doświadczenia daje się zrozumieć, magia tym, co z niego daje się przekazać w działaniu, a filozofia tym, co daje się ująć w myśli. Wszystkie te wymiary wypływają jednak z modlitwy i do niej wracają. Gdy któryś z nich się usamodzielnia, rodzi się to, co autor nazywa magią osobistą albo pychą duchową, i przed tym przestrzega z naciskiem, który może zaskoczyć czytelnika spodziewającego się okultystycznego podręcznika.

Bardzo wyraźnie widać to w listach poświęconych Diabłowi i Wieży. Zło nie jest w nich siłą do wykorzystania ani energią do zrównoważenia, lecz rzeczywistością duchową, która powstaje, gdy wola człowieka wytwarza byty pasożytnicze, żywiące się jego namiętnościami. Wieża jest obrazem budowli wznoszonej o własnych siłach, która musi runąć, by mogła powstać inna, oparta na łasce. Taka lektura jest bliższa ascetyce ojców pustyni niż typowemu komentarzowi okultystycznemu z przełomu wieków.

Ostatnie listy, poświęcone Głupcowi i Światu, domykają ten ruch. Głupiec nie jest u Tomberga figurą szaleństwa w zwykłym sensie, lecz zadaniem: ma pokazać różnicę między mądrością świata a „uczoną niewiedzą”, w której człowiek przestaje polegać na własnym rozumie, nie tracąc go zarazem. Świat jest obrazem rytmu, w którym stworzenie tańczy wokół centrum, i zamknięciem medytacji w kontemplacji kosmosu jako dzieła miłości.

## Między ezoteryką a teologią

Recepcja *Medytacji* pokazuje, jak trudno taką książkę umieścić na mapie. Dla wielu czytelników z kręgów ezoterycznych stała się najgłębszym dziełem o tarocie, jakie powstało w dwudziestym wieku, choć nie zawiera ani jednej instrukcji wróżebnej. Dla części katolików była mostem do zainteresowania mistyką, dla innych pozostała podejrzana ze względu na samą tematykę. Historyk idei może tu zauważyć rzecz prostszą: książka przywraca kartom ich najstarszy status, sprzed okultystycznych spekulacji o Egipcie, czyli status obrazów, które zapraszają do rozważania, podobnie jak średniowieczne cykle cnót i występków czy emblematy barokowe.

W tym sensie tytuł mówi wszystko. Nie są to „objaśnienia” ani „klucze” do tarota, lecz medytacje. Ich miarą nie jest trafność przypisań, lecz to, czy po lekturze czytelnik inaczej patrzy, inaczej się modli i inaczej działa. Że autor zdecydował się zniknąć za tym tekstem, jest najlepszym komentarzem do jego zamiaru: nie chciał założyć szkoły, chciał zostawić ćwiczenie.
