# Rydwan triumfalny antymonu

*Przekład z angielskiego*

> Rydwan triumfalny antymonu przypisywany Bazylemu Walentynowi, wydany po niemiecku przez Johanna Thöldego w 1604 roku, w angielskiej edycji A. E. Waite’a z 1893 roku z przedmową o zagadce autora: antymon jako trucizna, lekarstwo i Kamień Ognia.

Autor: Bazyli Walenty (Basilius Valentinus, autor legendarny; tekst wydany przez Johanna Thöldego); edycja angielska Arthur Edward Waite
Tytuł oryginału: Triumph Wagen Antimonii (łac. Currus triumphalis antimonii; ang. The Triumphal Chariot of Antimony, 1893)
Wydanie źródłowe: 1604 (pierwodruk niemiecki, Lipsk, wyd. Johann Thölde); 1893 (edycja angielska Waite’a, podstawa tego wydania)
Przekład z języka angielskiego
Dział: Alchemia
Wydanie polskie: Ordo Theia Philosophia
Adres kanoniczny: https://ordotheia.pl/ksiegi/waite-rydwan-triumfalny-antymonu
Czytnik: https://ordotheia.pl/czytaj/waite-rydwan-triumfalny-antymonu

Bez subskrypcji czytnik pokazuje pierwsze 6% stron; pełna lektura wymaga subskrypcji (https://ordotheia.pl/cennik).

## Czego się dowiesz

- Kim był rzekomy benedyktyn Bazyli Walenty i dlaczego wątpimy w jego istnienie
- Jaką rolę odegrał Johann Thölde w wydaniu pism z 1604 roku
- Preparaty antymonu: szkło, regulus, olej, kwiaty i tynktury
- Dlaczego antymon był w sporach lekarskich trucizną i lekarstwem zarazem
- Czym w tej księdze jest Kamień Ognia

## Księga o jednym minerale

*Rydwan triumfalny antymonu* jest jedną z niewielu klasycznych ksiąg alchemicznych poświęconych w całości jednej substancji. Antymon, a ściślej jego naturalny siarczek, stibnit, był znany od starożytności jako składnik kosmetyków i farb. Od XVI wieku stał się przedmiotem gwałtownych sporów lekarskich: jedni widzieli w nim truciznę, inni najskuteczniejszy środek przeczyszczający i odtruwający. Księga staje w tym sporze po stronie antymonu i czyni z niego minerał niemal cudowny, łączący w sobie truciznę, lekarstwo i ukrytą tajemnicę Dzieła.

Tekst ukazał się po niemiecku w Lipsku w 1604 roku jako *Triumph Wagen Antimonii*, staraniem Johanna Thöldego, który w tych samych latach wydał też inne pisma pod imieniem Bazylego Walentego. Później przełożono go na łacinę i opatrzono obszernym komentarzem Theodora Kerckringa. Waite wydał w 1893 roku angielską wersję tego tekstu, poprzedzoną własną „przedmową biograficzną”, i właśnie ten układ zachowuje polskie wydanie: przedmowa, dedykacja, list dedykacyjny, słowo do czytelnika, traktat, dodatek i rozdział o naturze Kamienia Ognia, a w przypisach uwagi komentatora.

## Mnich, którego mogło nie być

Przedmowa Waite’a jest w istocie studium zagadki autorstwa. Bazyli Walenty przedstawia się w swoich pismach jako benedyktyn z erfurckiego przeoratu świętego Piotra, który porzucił zepsuty świat i w klasztorze poznał tajemnice natury. Waite rzetelnie zestawia jednak racje sceptyków. Pseudonim dawał się odczytać symbolicznie, z greckiego *basileus*, „król”, i łacińskiego *valens*, „mocny”. Już na początku XVI wieku, jak relacjonuje, poszukiwania w archiwach benedyktyńskich nie przyniosły śladu takiego mnicha. Wreszcie pisma Bazylego pojawiły się dopiero za sprawą Thöldego, i to w czasie, gdy ten wydawał również własne dzieła; bibliograf Vincent Placcius twierdził już na początku XVIII wieku, że prawdziwe nazwisko Walentego brzmiało Thölde, choć Waite uznaje jego dowody za niewystarczające.

Dzisiejsze badania idą w tym samym kierunku. Teksty Bazylego znają chemię i medycynę paracelsjańską, więc trudno je umieścić w XV wieku, do którego odsyła legenda; zwykle uważa się je za dzieło przełomu XVI i XVII wieku, związane z kręgiem Thöldego. Waite nie zamyka sprawy, ale jego przedmowa jest dobrym wprowadzeniem do metody, jaką trzeba stosować wobec całej literatury alchemicznej: im prostsze wydają się fakty biograficzne, tym ostrożniej należy je przyjmować.

## Od szkła antymonu do Kamienia Ognia

Właściwy traktat zaczyna się od pobożnej inwokacji i ostrej krytyki lekarzy, którzy nie znają przyrody, a potępiają antymon. Potem autor przechodzi przez kolejne preparaty: przygotowanie surowego minerału, jego prażenie, „szkło” antymonu, regulus, zwany też „gwiazdą” ze względu na krystaliczny wzór na powierzchni, olej, tynktury, kwiaty i sole, z opisami ich działania i dawkowania. Wiele miejsca zajmują ostrzeżenia, że antymon bez właściwego przygotowania jest trucizną, a z nim staje się lekarstwem; zasada „trucizna i lek w jednym” jest osią całej księgi.

W dodatku pojawiają się wzmianki o odlewaniu z antymonu amuletów, zwierciadeł i dzwonów, które autor zostawia innym jako niezwiązane ze swoim powołaniem. Rozdział końcowy, o Kamieniu Ognia, zmienia ton: autor zapowiada, że wzniesie się „na skrzydłach” ku niebu i mówi przypowieściami, a komentator w przypisach ostrzega, że tu właśnie ukryto tajemnicę tajemnic. Sam autor zastrzega jednak, że Kamień Ognia nie jest uniwersalną tynkturą, jaką jest Kamień Filozofów, lecz utrwaloną tynkturą z rudy antymonu: ma leczyć ludzi, przemieniać srebro w złoto i doskonalić cynę i ołów, ale tylko w ograniczonej proporcji, podczas gdy moc wielkiego Kamienia byłaby nieskończona.

## Na co uważać

Tekst jest też ciekawy literacko. Autor mówi w pierwszej osobie, przerywa wykład modlitwą, przyznaje się do wahań, a w pewnej chwili wyznaje, że „otwiera usta zbyt szeroko”. Komentator w przypisach podejmuje tę grę, zwracając się do Bazylego wprost i rozwijając jego niedopowiedzenia.

Księga należy przede wszystkim do historii medycyny i chemii. Opisuje rzeczywiste operacje na antymonie i jego związkach, a jej spór z lekarzami to spór o jatrochemię paracelsjańską, który toczył się naprawdę, z ofiarami po obu stronach. Związki antymonu są silnie toksyczne; żaden z przepisów nie może być dziś traktowany jako recepta, a dawki podawane w tekście miały sens wyłącznie w kontekście ówczesnej praktyki.

Duchowy wymiar istnieje w tym tekście, ale nie jako alegoria procesu wewnętrznego. Jest to pobożność autora, który widzi w mocach minerału dowód Bożej wszechmocy, i język ukrycia, który w ostatniej części zasłania ostateczne przygotowanie przed niepowołanymi. Antymon zajmie potem w literaturze alchemicznej osobne miejsce, a „gwiaździsty regulus” stanie się jednym z jej najbardziej znanych obrazów. Kto czyta *Rydwan* jako wykład przemiany duszy, czyta go wbrew jego dosłownej treści; kto widzi w nim tylko podręcznik farmacji, pomija jego religijną ramę i literacki kunszt. Najlepiej czytać go jako dokument epoki, w której chemia, medycyna i teologia natury nie były jeszcze rozdzielone, a jednocześnie jako źródło obrazów, z których późniejsza tradycja – także różokrzyżowa – czerpała przekonanie, że w najpodlejszym minerale może kryć się najwyższa moc.
