Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Różokrzyż

Crotona Fellowship i różokrzyżowy teatr w Christchurch

Rosicrucian Order Crotona Fellowship, kierowany przez aktora George’a Alexandra Sullivana, oraz jego teatr w okolicach Christchurch pokazują międzywojenne różokrzyżowstwo angielskie jako zjawisko teozoficzne: wspólnotę opartą na reinkarnacji, pitagorejskiej legendzie i scenie, na której misteria miały zastępować obrzęd.

Słońce wschodzące nad miastem, „Splendor Solis”, 1582, British Library
Słońce wschodzące nad miastem, „Splendor Solis”, 1582, British Library

Mała wspólnota na skraju New Forest

Historia Crotona Fellowship przetrwała w pamięci zbiorowej głównie dzięki jednemu z jej uczestników, który zasłynął gdzie indziej i z innego powodu. Ten przypadek sprawia, że o grupie mówi się zazwyczaj jako o przedsionku czegoś późniejszego, a nie jako o zjawisku samym w sobie. Tymczasem niewielka wspólnota działająca w latach 20. i 30. XX wieku, najpierw w Liverpoolu, a potem na wybrzeżu hrabstwa Hampshire, stanowi wyjątkowo czytelny przykład tego, jak w Anglii okresu międzywojennego splatały się teozofia, różokrzyżowa legenda, wolnomularstwo mieszane i amatorski teatr.

Głównym źródłem wiedzy o grupie są dziś badania prowadzone od lat 90. przez historyków współczesnego pogaństwa, przede wszystkim Philipa Heseltona, który przejrzał lokalne archiwa, prasę i wspomnienia mieszkańców, a także uwagi Ronalda Huttona w jego monografii o nowoczesnym czarostwie. Wiele szczegółów pozostaje niepewnych, ponieważ Fellowship nie pozostawił obszernego archiwum, a relacje uczestników są skąpe i często spisane po latach. Obraz, który się z nich wyłania, jest jednak na tyle wyrazisty, że pozwala umieścić tę wspólnotę na mapie brytyjskiego okultyzmu.

Aktor, który pamiętał poprzednie wcielenia

Założycielem i duchowym przywódcą grupy był George Alexander Sullivan, aktor z wykształcenia i praktyki, który przed poświęceniem się działalności ezoterycznej występował w objazdowych zespołach teatralnych. W kręgu swoich uczniów posługiwał się imieniem Aurelius. Około 1920 roku założył w Liverpoolu zakon, któremu nadał nazwę nawiązującą do Krotonu, południowoitalskiego miasta, gdzie według tradycji Pitagoras zgromadził swoją wspólnotę filozoficzną. Wybór nazwy mówił wiele o ambicjach: Fellowship miał być nowoczesną wersją pitagorejskiego bractwa, łączącego naukę, ascezę i życie wspólne.

Według relacji członków i osób z zewnątrz Sullivan przypisywał sobie pamięć wcześniejszych wcieleń, a w kręgu jego zwolenników krążyły twierdzenia, że był w poprzednich żywotach wybitnymi postaciami historii myśli i sztuki. Wśród wymienianych imion pojawiały się postaci kojarzone z tradycją różokrzyżową i hermetyczną. Przypisywano mu też przekonanie o własnej długowieczności, które zostało brutalnie zweryfikowane jego śmiercią w 1942 roku. Trudno dziś ustalić, w jakim stopniu te twierdzenia formułował sam Sullivan, a w jakim narosły wokół niego w przekazach uczniów, ale nie ulega wątpliwości, że jego autorytet opierał się na charyzmie osobistej, a nie na jakiejkolwiek linii przekazu czy dokumentach.

Ten typ przywództwa był charakterystyczny dla teozoficznego klimatu epoki. Ruch Teozoficzny upowszechnił w Anglii idee reinkarnacji, karmy, Wielkich Mistrzów i ewolucji duchowej ludzkości, a liczne mniejsze grupy przyjmowały te pojęcia jako oczywiste tło. Sullivan nie potrzebował uzasadniać koncepcji odrodzeń – jego słuchacze znali ją z wykładów, broszur i odczytów teozoficznych. Mógł natomiast wpisać w nią samego siebie, nadając sobie rolę nauczyciela, który powraca, aby przypomnieć zapomnianą wiedzę.

Przeprowadzka do Christchurch i środowisko wolnomularstwa mieszanego

Pod koniec lat 20. i na początku lat 30. grupa przeniosła się na południe Anglii, w okolice Christchurch, do wsi Somerford położonej na skraju New Forest. Był to obszar, w którym mieszkało wówczas wielu emerytów, wojskowych i urzędników kolonialnych, a także sympatyków ruchów duchowych przyciąganych łagodnym klimatem i spokojem okolicy. Członkowie Fellowship osiedlali się w pobliżu, budowali domy i prowadzili wspólne życie, choć nie w formie ściśle zamkniętej komuny.

Ważną postacią tego etapu była Mabel Besant-Scott, córka Annie Besant, przewodniczącej Towarzystwa Teozoficznego. Mabel była aktywna w wolnomularstwie mieszanym, czyli w obediencji Le Droit Humain, przyjmującej zarówno mężczyzn, jak i kobiety, i kierowała lożą działającą w tej okolicy. Jej obecność łączyła Fellowship z głównym nurtem teozofii i z ruchem, w którym rytuał, obrzęd i symbolika odgrywały istotną rolę. Członkowie obu środowisk w dużej mierze się pokrywali, a granica między zakonem Sullivana a lożą była płynna.

To połączenie jest kluczem do zrozumienia charakteru grupy. Różokrzyżowstwo Crotona Fellowship nie miało wiele wspólnego z protestancką utopią reformy wiedzy, jaką opisywały manifesty z XVII wieku, ani z mistycyzmem chrześcijańskim w duchu Jakuba Böhmego. Było różokrzyżowstwem teozoficznym, w którym nazwa Bractwa Różanego Krzyża służyła jako szyld dla nauki o reinkarnacji, ukrytych Mistrzach i duchowym postępie, wyrażonej w języku zaczerpniętym od Bławatskiej i Besant. Taka synteza była w ówczesnej Anglii zjawiskiem częstym, ale rzadko przybierała formę tak osobliwą jak w Somerford.

Teatr jako misterium

Najbardziej znanym przedsięwzięciem Fellowship był teatr. W 1938 roku wspólnota otworzyła w Somerford budynek nazwany Rosicrucian Theatre, reklamowany jako pierwszy teatr różokrzyżowy w Anglii. Wzniesiono go w dużej mierze własnymi siłami członków, a repertuar składał się głównie z utworów autorstwa samego Sullivana. Sztuki podejmowały tematy duchowe, reinkarnacyjne i historyczne; według zachowanych relacji jedną z pierwszych wystawionych była sztuka poświęcona Pitagorasowi, co dobrze odpowiadało nazwie grupy i jej wyobrażeniu o własnym pochodzeniu.

Idea teatru jako formy przekazu duchowego nie była wymysłem Sullivana. Pomysł, że dramat może pełnić funkcję współczesnego misterium, krążył w kręgach ezoterycznych od dawna, a w Europie kontynentalnej znalazł spektakularne wcielenie w dramatach misteryjnych Rudolfa Steinera wystawianych w Monachium i Dornach. W Anglii podobne ambicje przejawiały się w różnych przedsięwzięciach teatralnych łączących sztukę z teozofią. Dla aktora, który przez lata grał w objazdowych zespołach, było to jednak coś więcej niż teoria: scena była jego naturalnym językiem, a przedstawienie – oczywistym sposobem przekazania nauki szerszej publiczności.

Warto zastanowić się, co właściwie odróżniało takie przedstawienie od rytuału. W obrzędzie lożowym uczestnik jest zarazem aktorem i adresatem: przechodzi przez sceny, które mają go przemienić, a widzów w ścisłym sensie nie ma. W teatrze podział na scenę i widownię zostaje zachowany, a przemiana ma dokonać się przez współodczuwanie i refleksję, nie przez osobiste przejście przez próg. Sullivan wybrał drugą drogę, co oznaczało, że jego misteria były z założenia egzoteryczne – kierowane do każdego, kto kupił bilet. W pewnym sensie był to gest podobny do tego, jaki wykonywali teozofowie, publikując nauki dawniej zastrzeżone dla wtajemniczonych: tajemnica miała stać się widowiskiem dostępnym dla wszystkich, w nadziei, że niektórzy widzowie rozpoznają w nim coś własnego.

Nie należy przy tym przeceniać wyrafinowania tego programu. Zachowane opisy sugerują, że sztuki Sullivana były raczej moralitetami o wyraźnym przesłaniu niż utworami o ambicjach literackich, a ich wykonawcami byli w większości amatorzy z grona członków. Teatr z Somerford był więc przedsięwzięciem wspólnotowym, w którym samo przygotowanie przedstawienia – budowa dekoracji, próby, szycie kostiumów – mogło mieć dla uczestników większe znaczenie niż jego odbiór. Praca nad sceną pełniła rolę podobną do wspólnej pracy w klasztorze: wiązała grupę i nadawała jej codzienności rytm.

Teatr miał również funkcję praktyczną. Otwarty dla publiczności spoza grupy, mógł przyciągać nowych sympatyków i dawać wspólnocie dochód. Przedstawienia ogłaszano w lokalnej prasie, a widzami byli także mieszkańcy okolicy, niekoniecznie zainteresowani ezoteryką. Z dostępnych relacji wynika jednak, że przedsięwzięcie nie odniosło sukcesu ani artystycznego, ani finansowego. Recenzje bywały chłodne, frekwencja niewielka, a wybuch wojny w 1939 roku praktycznie zakończył działalność sceny. Po śmierci Sullivana w 1942 roku Fellowship stopniowo zanikał, choć pojedynczy członkowie utrzymywali kontakty jeszcze po wojnie.

Gość, który przyszedł na przedstawienie

W 1939 roku do grupy zbliżył się Gerald Gardner, emerytowany urzędnik kolonialny, który osiedlił się w pobliskim Highcliffe. Uczestniczył w spotkaniach, poznał członków i według własnych późniejszych relacji traktował samego Sullivana z dużym dystansem, a niektóre jego twierdzenia uważał za śmieszne. Dalsze losy Gardnera i to, co z tych znajomości wyniknęło, wykraczają poza historię samej wspólnoty i stanowią odrębny temat. W tym miejscu wystarczy zauważyć, że właśnie jego późniejsza sława sprawiła, iż historycy zainteresowali się Fellowship i zaczęli odtwarzać jego dzieje.

Ten mechanizm pamięci jest pouczający. Grupa, która w swoich czasach była lokalną ciekawostką, znaną głównie mieszkańcom Christchurch i garstce teozofów, zyskała historiograficzne znaczenie dopiero wtedy, gdy stała się tłem cudzej biografii. Powoduje to pokusę, by czytać ją wyłącznie przez pryzmat tego, co nastąpiło później, i szukać w niej zapowiedzi zjawisk, które zaistniały dekadę później. Uczciwsze wydaje się spojrzenie na nią jako na pełnoprawny przykład międzywojennego okultyzmu angielskiego, z jego teatralnością, synkretyzmem i przywiązaniem do charyzmatycznych nauczycieli.

Różokrzyżowstwo jako szyld i jako sen

Crotona Fellowship pozwala dostrzec, jak bardzo w XX wieku rozciągnęło się znaczenie słowa „różokrzyżowy”. W XVII wieku oznaczało ono tajemnicze bractwo z manifestów, w XVIII – stopień w systemach wolnomularskich i alchemiczne Złote Różokrzyże, w XIX – nurt w okultyzmie angielskim i francuskim. W okresie międzywojennym przymiotnik ten mógł zostać dołączony do niemal każdej grupy, która chciała podkreślić swoją łączność z ukrytą mądrością dawnych wieków. Fellowship Sullivana jest jednym z wielu takich przykładów, choć wyróżnia się zakorzenieniem w teatrze.

Krytyczny historyk zauważy, że w Somerford nie przechowywano żadnej dawnej tradycji, a sama nazwa zakonu była deklaracją aspiracji, a nie świadectwem pochodzenia. Nie znaczy to jednak, że grupa była jedynie mistyfikacją. Jej członkowie traktowali swoje życie wspólnotowe poważnie, budowali, grali, medytowali i uczyli się, przekonani, że uczestniczą w odnowie duchowej. Ich różokrzyżowstwo było snem o ciągłości, wyrażonym w języku epoki i w formie, którą najlepiej znał ich nauczyciel.

Pod tym względem drewniany teatr z Somerford okazuje się zaskakująco wierny jednemu z wątków najstarszej legendy. Chymische Hochzeit Christiani Rosencreutz z 1616 roku jest przecież opowieścią pełną spektakli, przedstawień i scenicznych alegorii, w której inicjacja dokonuje się przez oglądanie i uczestniczenie w dramacie. Sullivan zapewne nie myślał o tej analogii w sposób uczony, ale jego przekonanie, że teatr może być drogą przemiany, wpisuje się w długą linię wyobraźni, w której sceniczny obraz bywał nośnikiem prawdy niewypowiadalnej wprost.