Księga M i księga natury w manifestach
Tajemnicza księga M, którą według Famy założyciel Bractwa przełożył w Arabii na łacinę, jest literackim znakiem idei głęboko zakorzenionej w chrześcijańskiej myśli: że świat stworzony stanowi drugą księgę objawienia, a jego lektura, zgodna z Pismem, ma przywrócić ludziom utraconą pełnię poznania.

Księga, której nikt nie widział
W opowieści o wschodniej podróży brata C.R. jest zdanie łatwe do przeoczenia, a zarazem jedno z najbardziej brzemiennych w skutki. W Damkarze, mówi Fama Fraternitatis, młodzieniec nauczył się arabskiego tak dobrze, że przełożył na dobrą łacinę księgę M, którą następnie zabrał ze sobą. Manifest nie podaje tytułu dzieła, nie mówi, kto je napisał ani o czym traktuje. Nie przytacza z niego ani jednego zdania. Litera M pozostaje jedynym znakiem rozpoznawczym, a zarazem jedyną wskazówką co do treści.
Już ta oszczędność jest wymowna. Manifesty pełne są aluzji do pism i sztuk, które bracia mieli posiadać, ale księga M wyróżnia się tym, że jest jednocześnie pierwsza w porządku opowieści i najmniej określona. To ona stoi u początku całej wiedzy, którą założyciel przyniesie do Europy. Wszystko, co później zostanie zapisane w domu Bractwa, wywodzi się w jakiejś mierze z tego aktu przekładu. Księga, której nikt nie widział, staje się w ten sposób pierwotnym tekstem legendy – rodzajem źródła ukrytego za źródłami.
Czytelnicy od początku próbowali rozszyfrować literę. Proponowano Liber Mundi, księgę świata; Liber Mysteriorum; Magia; Mathesis; Microcosmus; Medicina. Każda z tych propozycji ma swoje uzasadnienie w treści manifestów, ale żadna nie znajduje potwierdzenia w samych tekstach. Rozsądnie jest przyjąć, że niedookreślenie było zamierzone. Księga M nie miała być konkretnym dziełem do odnalezienia w bibliotece, lecz obrazem pewnego typu wiedzy. Spośród możliwych odczytań najwięcej mówi to, które łączy ją z ideą księgi natury, bo właśnie ta idea przenika oba manifesty.
Dwie księgi w Confessio
Najwyraźniej formułuje ją Confessio Fraternitatis z 1615 roku. Tekst ten poświęca wiele miejsca Biblii, której lekturę bracia stawiają ponad wszystkie inne. Szczęśliwy jest ten – przekonuje manifest – kto ma Pismo za regułę życia, za cel wszystkich swoich studiów i za streszczenie całego świata. Ostro krytykuje zarazem tych, którzy czytają Biblię dla popisu, wyrywając z niej zdania do sporów. Pismo jest tu nie tylko księgą wiary, lecz także kluczem do całej rzeczywistości.
Obok tej pochwały Confessio umieszcza myśl, która nadaje całemu manifestowi swoisty, hermetyczny ton. Bóg – czytamy – wpisał znaki i litery nie tylko w Pismo Święte, lecz także w cudowne dzieło stworzenia: w niebo i ziemię, a nawet we wszystkie zwierzęta. Z tych znaków bracia mieli zaczerpnąć swoje magiczne pismo i ułożyć nowy język, w którym wyrażana jest natura wszystkich rzeczy. Zdanie to mówi bardzo wiele. Świat nie jest jedynie przedmiotem badania, lecz tekstem, który da się przeczytać, bo został napisany. Jego litery są tej samej natury co litery Biblii, ponieważ obie księgi mają jednego autora.
W tym miejscu manifest łączy dwa wątki, które w dziejach myśli chrześcijańskiej nie zawsze szły razem: przekonanie o wyłącznej powadze Pisma, właściwe luterańskiej reformacji, i przekonanie o możliwości odczytania Bożych znaków w przyrodzie, bliskie tradycji hermetycznej i paracelsjańskiej. Confessio nie widzi tu sprzeczności. Biblia jest normą, według której czyta się przyrodę; przyroda jest pismem, które Biblię potwierdza i rozjaśnia. Kto zna jedną księgę, nie powinien gardzić drugą.
Dawna metafora liber mundi
Idea świata jako księgi miała wtedy za sobą przeszło tysiącletnie dzieje. Augustyn w komentarzu do Psalmu 45 zestawiał stronicę Pisma, którą należy słuchać, z księgą okręgu ziemi, którą należy oglądać: tam czyta się słowa, tu widzi się dzieła. W XII wieku Hugo od Świętego Wiktora pisał, że cały ten widzialny świat jest jak księga zapisana palcem Bożym, a człowiek niewykształcony patrzy na nią jak ktoś, kto widzi litery, ale nie umie czytać. Bonawentura rozwinął ten obraz w naukę o księdze stworzenia, którą grzech uczynił dla człowieka nieczytelną, tak że potrzebna mu stała się księga Pisma, aby przywrócić mu zdolność lektury.
W XV wieku Rajmund z Sabundy w dziele Theologia naturalis, nazywanym także Liber creaturarum, twierdził, że Bóg dał ludziom dwie księgi: księgę stworzeń i księgę Pisma, przy czym pierwsza jest dostępna każdemu i nie może być fałszowana ani źle tłumaczona. Traktat ten miał w XVI wieku znakomitą recepcję, a Montaigne przełożył go na francuski i opatrzył słynną Apologią Rajmunda Sebonda. Mikołaj z Kuzy, w dialogach o prostaczku, kazał swojemu laikowi znajdować mądrość nie w książkach uczonych, lecz na rynku, w rzeczach powszednich, w których „mądrość woła na ulicach”.
Paracelsus, czytany przez autorów manifestów z wyraźnym uznaniem, nadał tej metaforze nowy, gwałtowny ton. Lekarz – twierdził – musi czytać księgę natury, przemierzając ją własnymi stopami, bo jej karty to kraje i ludy, a nie biblioteki. Obok światła Pisma stawiał lumen naturae, światło natury, które także pochodzi od Boga i bez którego żadna sztuka lecznicza nie jest możliwa. To właśnie paracelsjańska wersja idei dwóch ksiąg jest dla manifestów najbliższa: księga natury jest w niej nie przedmiotem pobożnej kontemplacji, lecz polem pracy uczonego, który ma z niej wydobyć lekarstwo i wiedzę.
Przekład jako akt objawienia
W tym świetle scena z Damkaru nabiera nowego znaczenia. Założyciel nie tylko otrzymuje księgę, ale ją przekłada. Przekład jest w Famie aktem przyswojenia: wiedza Wschodu, zapisana w obcym języku, zostaje przeniesiona do łaciny, języka uczonej Europy, i dzięki temu staje się dostępna dla reformy. Jeśli przyjąć, że księga M oznacza w jakimś sensie księgę świata, to przekład ten jest figurą pracy, którą manifest powierza Bractwu: przetłumaczyć pismo natury na język ludzkiego poznania.
Nie jest to praca filologiczna w zwykłym sensie. Manifesty twierdzą, że prawdziwe zrozumienie przyrody wymaga oświecenia, a nie tylko wysiłku. Bracia piszą o sobie jako o tych, którym Bóg udzielił szczególnej łaski, i przedstawiają swoją wiedzę jako dar ostatnich czasów. Księga natury jest więc dostępna każdemu, jak chciał Rajmund z Sabundy, ale czytelna tylko dla tego, kto ma właściwy klucz. Ów klucz manifest nazywa poznaniem Chrystusa i zgodą z Pismem. Kto czyta świat bez tego klucza, widzi litery, ale nie rozumie słów – zupełnie jak niewykształcony człowiek z obrazu Hugona.
Wiąże się z tym jedna z najbardziej charakterystycznych tez Famy. Manifest odrzuca stanowisko, według którego coś może być prawdziwe w filozofii, a fałszywe w teologii, i nazywa je bluźnierstwem. Prawda jest jedna, bo jeden jest jej autor. Filozofia, medycyna i matematyka nie są dziedzinami wobec wiary neutralnymi ani jej przeciwnymi, lecz innymi sposobami odczytywania tego samego tekstu. Na tym przekonaniu opiera się cały program reformy wiedzy, który manifesty zapowiadają.
Drugie objawienie i jego granice
Trzeba jednak zapytać, w jakim sensie księga natury jest dla manifestów objawieniem. Teologia luterańska odróżniała naturalne poznanie Boga, dostępne każdemu z dzieł stworzenia, od objawienia zbawczego, danego jedynie w Słowie. Pierwsze mogło prowadzić do uznania istnienia Boga i Jego mocy, ale nie do poznania łaski. Manifesty nie łamią tej granicy otwarcie. Nigdzie nie twierdzą, że z przyrody można wyczytać tajemnicę Chrystusa. Utrzymują raczej, że lektura świata, prowadzona w świetle Pisma, odsłania ład stworzenia w stopniu, jakiego dotąd nie znano, i że ten ład jest częścią Bożego planu na ostatnie czasy.
Zarazem jednak język manifestów idzie dalej niż ostrożna teologia naturalna. Mowa w nich o magicznym piśmie zaczerpniętym ze znaków stworzenia, o nowym języku wyrażającym naturę rzeczy, o harmonii mikrokosmosu i makrokosmosu. Te motywy przywołują wyobrażenie o pierwotnej mowie Adama, który nadawał zwierzętom imiona zgodne z ich istotą. Księga natury nie jest tu jedynie zbiorem świadectw o Stwórcy, lecz tekstem, którego właściwe odczytanie przywraca człowiekowi stan sprzed upadku. W tym tkwi jej charakter drugiego objawienia: nie zastępuje Pisma, ale dopełnia je w sposób, który teologom ortodoksyjnym musiał wydawać się podejrzany.
Nic dziwnego, że krytycy manifestów, zarówno luterańscy, jak i katoliccy, zarzucali im właśnie to: pomieszanie Biblii z magią, a Ducha Świętego z alchemicznym światłem natury. Zwolennicy odpowiadali, że Bractwo niczego Pismu nie odbiera, lecz pokazuje, jak wiele można w nim odnaleźć, gdy czyta się je razem ze stworzeniem.
Litera, która pozostaje otwarta
Historia nie zna żadnej księgi M i zapewne nigdy jej nie pozna. Kolejne pokolenia ezoteryków wypełniały tę literę własną treścią, a niektóre późniejsze zakony twierdziły nawet, że posiadają jej odpisy lub jej odpowiedniki. Takie twierdzenia nie mają oparcia w źródłach. Siła motywu leży gdzie indziej: w tym, że manifest umieścił na początku całej swojej opowieści księgę bez treści, czyli taką, którą trzeba dopiero przeczytać.
W tym sensie księga M jest najlepszym streszczeniem programu manifestów. Mówi, że wiedza o świecie nie jest jeszcze napisana do końca w ludzkich traktatach, lecz zapisana w samym świecie, a zadaniem uczonego jest jej przekład. Mówi, że ten przekład wymaga podróży, pokory wobec obcych nauczycieli i światła, które przychodzi z góry. I mówi wreszcie, że obie księgi – ta, którą trzyma się w ręku, i ta, w której się żyje – mają jednego autora, a więc nie mogą sobie przeczyć. Z tej intuicji wyrastała zarówno pobożna przyrodoznawcza teologia XVII wieku, jak i hermetyczne marzenie o języku, który wypowiadałby rzeczy tak, jak wypowiedział je Bóg.
