Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Różokrzyż

Buhle i De Quincey – teza o różokrzyżowym początku masonerii

Göttingeński profesor Johann Gottlieb Buhle w 1804 roku, a za nim Thomas De Quincey w 1824 roku, ogłosili, że wolnomularstwo jest angielską przeróbką ruchu różokrzyżowego, i choć ich teza nie wytrzymała późniejszej krytyki, na długo ukształtowała wyobrażenia o związku obu tradycji.

Portret Thomasa De Quinceya pędzla Jamesa Archera, nie później niż 1891 – domena publiczna
Portret Thomasa De Quinceya pędzla Jamesa Archera, nie później niż 1891 – domena publiczna · Wikimedia Commons

Profesor filozofii wobec legendy

Johann Gottlieb Buhle (1763–1821) nie był ani okultystą, ani członkiem tajnego zakonu, który chciałby uświetnić własny rodowód. Był historykiem filozofii, wydawcą Arystotelesa i autorem obszernych dziejów nowożytnej myśli, wykładającym w Getyndze, a od 1804 roku przez dekadę na uniwersytecie w Moskwie. Do tematu różokrzyżowców zbliżył się więc z zewnątrz, jako uczony, który chciał wyjaśnić zjawisko budzące w jego czasach nieustanne spory. Owocem tej pracy była książka Über den Ursprung und die vornehmsten Schicksale der Orden der Rosenkreuzer und Freymaurer, wydana w Getyndze w 1804 roku, czyli „O pochodzeniu i najważniejszych losach zakonów różokrzyżowców i wolnomularzy”.

Tytuł zawiera już tezę: różokrzyżowcy i wolnomularze to dla Buhlego dwa ogniwa jednej historii, a nie dwa niezależne zjawiska, które przypadkiem posługiwały się podobnymi symbolami. Autor pisał w chwili, gdy na kontynencie wciąż żywe były wspomnienia afery iluminatów, ostrzeżenia przed spiskiem wolnomularskim w rewolucji francuskiej i działalność zakonu Złotego i Różanego Krzyża. Pytanie o pochodzenie lóż nie było więc akademickim drobiazgiem. Kto potrafił wskazać ich źródło, mógł zarazem ocenić, czy masoneria jest instytucją filantropijną, sektą religijną czy narzędziem politycznym.

Buhle miał przy tym do dyspozycji literaturę, której wcześniejsze pokolenia nie znały w takim zakresie. Niemieckie oświecenie zgromadziło już pokaźny zasób wydań, odpisów i bibliografii dotyczących sporu o Bractwo, a w latach osiemdziesiątych XVIII wieku ukazywały się zbiory materiałów do jego dziejów, takie jak zeszyty wydawane przez Johanna Salomona Semlera. Profesor z Getyngi mógł więc pracować na tekstach, a nie na pogłoskach. Jego ambicją było wyciągnąć z tych tekstów spójną narrację, w której legenda zostanie wyjaśniona, a nie tylko wyśmiana.

Andreae, ludibrium i brak Bractwa

Punkt wyjścia Buhlego był krytyczny i w swoim czasie odważny. Przyjął, że manifesty Fama Fraternitatis i Confessio Fraternitatis oraz Chymische Hochzeit Christiani Rosencreutz wyszły z kręgu Johanna Valentina Andreae, wirtemberskiego teologa, który sam nazwał później opowieść o Bractwie ludibrium, czyli igraszką. Według Buhlego teksty te nie były sprawozdaniem z działalności istniejącej organizacji, lecz projektem reformy, ubranym w formę fikcji i adresowanym do wykształconej publiczności. W Niemczech, twierdził, nigdy nie powstało Bractwo w ścisłym sensie, z członkami, siedzibą i przekazem nauki. Powstał natomiast ogromny ruch czytelników, którzy pisali do nieistniejących braci, ogłaszali apologie i polemiki, a niekiedy przedstawiali się jako ich wysłannicy.

Obraz ten Buhle opierał na lekturze dziesiątek broszur z lat 1614–1630, w których rzeczywiście widać więcej ech niż głosu. Autorzy apologii zapewniali, że znają braci, lecz żaden nie podawał nazwisk; krytycy demaskowali oszustwo, lecz nie wskazywali, kto za nim stoi; listy otwarte do Bractwa pozostawały bez odpowiedzi. Z tej ciszy Buhle wyprowadził wniosek negatywny, który historycy przyjmują w znacznej mierze do dziś: w Niemczech pierwszej połowy XVII wieku istniała literatura różokrzyżowa i różokrzyżowa publiczność, ale nie istniało zorganizowane Bractwo, które można by uchwycić w źródłach.

Taka diagnoza przesądzała o dalszej części wywodu. Skoro w kraju narodzin legendy brak organizacji, trzeba szukać miejsca, w którym idea różokrzyżowa zyskała po raz pierwszy trwałą postać instytucjonalną. Buhle wskazał Anglię. Sięgnął przede wszystkim do pism Roberta Fludda, lekarza i filozofa, który w latach 1616–1617 wystąpił w obronie Bractwa, a później rozwinął obszerny system teozofii przyrody. Fludd nie twierdził, że jest różokrzyżowcem, ale bronił ich przed zarzutami i przyswajał ich program. Dla Buhlego był najważniejszym pośrednikiem: człowiekiem, przez którego idee manifestów przeszły z niemieckiego środowiska lektury do angielskiego środowiska stowarzyszeń.

Od Fludda do loży

Najbardziej spekulatywna część książki dotyczy przejścia od kręgu zwolenników Fludda do wolnomularstwa. Buhle zakładał, że w Anglii pierwszej połowy XVII wieku ludzie zafascynowani programem różokrzyżowym zaczęli się organizować, a w poszukiwaniu formy i osłony sięgnęli po strukturę cechów budowlanych. Symbolika budowania, świątyni Salomona, narzędzi murarskich i światła miała być nowym przebraniem dla dawnej tęsknoty za reformą wiedzy i pobożności. Wolnomularstwo okazywało się w tym ujęciu różokrzyżowym ideałem, który przyjął kształt instytucji i przy tym utracił wiele ze swoich pierwotnych treści alchemicznych i teozoficznych.

Wywód miał zalety, które łatwo dziś przeoczyć. Buhle odrzucał fantastyczne genealogie, w których loże wywodzono od templariuszy, egipskich kapłanów lub bezpośrednio od budowniczych świątyni jerozolimskiej. Zastępował je historią możliwą do sprawdzenia: książki, autorzy, daty, kraje. Dawał też odpowiedź na pytanie, dlaczego tak wiele XVIII-wiecznych systemów masońskich posługiwało się symboliką różokrzyżową: skoro masoneria wyrosła z różokrzyżowców, wysokie stopnie z różą i krzyżem byłyby powrotem do zapomnianych korzeni.

Słabość tej konstrukcji polegała na tym, że jej ogniwa łączące były założeniami, a nie dokumentami. Buhle nie wskazywał źródeł, które poświadczałyby istnienie angielskiego koła różokrzyżowego przekształcającego się w lożę. Opierał się na analogiach symboli, na zbieżnościach chronologii i na przekonaniu, że idee tak żywe jak program manifestów musiały gdzieś przybrać postać organizacji. Już w 1806 roku berliński wydawca i publicysta Friedrich Nicolai ogłosił polemikę z jego książką, kwestionując zarówno rekonstrukcję wczesnej historii, jak i sposób łączenia obu ruchów. Spór pokazał, że Buhle zastąpił jedną legendę drugą, bardziej uczoną, ale nadal niedowiedzioną.

Opium, Londyn i uczony skrót

Przez dwie dekady książka Buhlego krążyła głównie w niemieckim środowisku uczonym. Do angielskiego czytelnika dotarła dzięki Thomasowi De Quinceyowi, który w 1824 roku ogłosił w kilku odcinkach w London Magazine tekst zatytułowany Historico-Critical Inquiry into the Origin of the Rosicrucians and the Free-Masons. De Quincey był już wtedy znany jako autor Confessions of an English Opium-Eater (1821) i jako znawca niemieckiej literatury, który tłumaczył i streszczał autorów mało znanych w Anglii. Swój tekst przedstawił jako opracowanie oparte na Buhlem, nie ukrywając zależności, ale zarazem z przekonaniem, że uporządkował materiał lepiej niż niemiecki profesor, którego wywód uważał za rozwlekły i niezgrabny.

De Quincey nie wnosił nowych źródeł. Wnosił styl, ironię i stanowczość sformułowań. W jego wersji teza Buhlego zyskała formę wyrazistą: wolnomularstwo jest różokrzyżowym ruchem, zmodyfikowanym przez tych, którzy przenieśli go do Anglii, a opowieść o Bractwie jako realnej organizacji w Niemczech jest złudzeniem. Angielski eseista z upodobaniem rozprawiał się z legendami o starożytnym pochodzeniu lóż i z romantyczną aurą tajemnicy, a jednocześnie chętnie przyznawał, że różokrzyżowa idea była szlachetnym marzeniem o reformie świata.

W jego przekładzie na język angielskiej eseistyki teza nabrała jednak innego charakteru niż w Getyndze. Buhle pisał jako historyk filozofii, dla którego dzieje tajnych stowarzyszeń były epizodem dziejów idei. De Quincey pisał jako literat, dla którego temat był okazją do popisu erudycji i sceptycyzmu. To właśnie jego wersja, czytelna i błyskotliwa, sprawiła, że przekonanie o różokrzyżowych korzeniach masonerii weszło do obiegu brytyjskiego i amerykańskiego, gdzie przetrwało w popularnych książkach jeszcze w XX wieku.

Esej De Quinceya miał też własny, często pomijany walor. Autor stawiał pytania metodyczne, które pozostają aktualne: jak odróżnić ideę od instytucji, jak traktować teksty, które same deklarują istnienie organizacji, i jak oceniać świadectwa ludzi zainteresowanych w tym, by organizacja istniała. Odpowiedzi, których udzielał, były pochopne, ale same pytania przetrwały. Tekst został później włączony do zbiorowych wydań jego pism, dzięki czemu czytali go nie tylko historycy masonerii, lecz także czytelnicy angielskiej prozy romantycznej, dla których był po prostu jednym z erudycyjnych esejów mistrza stylu.

Teza, która przeżyła swoje dowody

Dlaczego koncepcja tak słabo udokumentowana miała tak długie życie? Przede wszystkim dlatego, że odpowiadała na rzeczywisty problem. XVIII-wieczna masoneria, zwłaszcza w systemach wysokich stopni, rzeczywiście przyswoiła sobie symbolikę różokrzyżową, a stopień Rycerza Różanego Krzyża należał do najbardziej rozpowszechnionych. Obserwator, który widział te zbieżności, szukał dla nich wyjaśnienia genetycznego. Teza Buhlego i De Quinceya dawała takie wyjaśnienie w sposób prosty: podobieństwo symboli wynika z pokrewieństwa krwi.

Po drugie, teza dogadzała obu stronom sporu o masonerię. Jej obrońcy mogli widzieć w niej szlachetny rodowód, sięgający ideałów reformy wiedzy i chrześcijańskiej pobożności. Jej krytycy mogli dowodzić, że loże od początku były przebraniem dla ezoterycznych spekulacji. Teza zachowywała przy tym pozory naukowości, bo jej autorzy przedstawiali się jako przeciwnicy fantazji, a nie ich twórcy.

Późniejsza historiografia rozdzieliła oba wątki. Badania nad dziejami cechów murarskich, protokołami lóż szkockich z przełomu XVI i XVII wieku i rozwojem angielskich lóż przed 1717 rokiem pokazały, że wolnomularstwo ma własne korzenie, związane z organizacją rzemiosła i ze zmianą jego członków z praktyków w dżentelmenów. Prace takie jak The Origins of Freemasonry Davida Stevensona (1988) wskazały Szkocję jako miejsce kluczowe dla tej przemiany. Różokrzyżowa symbolika pojawia się w tym obrazie jako jeden z wątków kultury umysłowej, który niektóre loże przyswoiły, a nie jako przyczyna ich powstania. Badacze nie wykluczają, że ludzie zainteresowani programem manifestów bywali członkami lóż, ale od indywidualnych zainteresowań do tezy o genezie prowadzi długa droga, której Buhle i De Quincey nie przebyli.

Nie znaczy to, że ich prace są bezwartościowe. Buhle jako jeden z pierwszych podjął próbę napisania historii obu ruchów na podstawie tekstów, a jego rozpoznanie roli Andreae i fikcyjnego charakteru manifestów należy do trwałych osiągnięć. De Quincey sprawił, że temat stał się częścią angielskiej kultury literackiej i że kolejne pokolenia czytelników zadawały pytanie o związek róży z kielnią. Ich teza jest dziś przykładem tego, jak krytyczna metoda, zastosowana konsekwentnie w jednej części wywodu, może zostać zawieszona w drugiej. Odrzucili jedną legendę, by stworzyć następną, i zrobili to tak przekonująco, że odróżnienie obu zajęło historykom ponad sto lat.