Pieczęć Ordo Theia Philosophia

Zakon Złotego Różokrzyża XVIII wieku

Zakon Złotego Różokrzyża był w XVIII wieku tajną siecią małych kół, połączonych korespondencją z anonimowymi przełożonymi i ułożonych w dziewięć stopni, od Juniorów do Magów; łączył laboratorium alchemiczne z luterańską pobożnością, rekrutował wśród wolnomularzy i przez swoich członków zbliżył się do pruskiego tronu.

Zakon bez założyciela

Orden des Gold- und Rosenkreuzes, w literaturze polskiej nazywany Zakonem Złotego i Różanego Krzyża albo krócej Złotym Różokrzyżem, był tajnym stowarzyszeniem alchemiczno-teozoficznym działającym w krajach niemieckojęzycznych, z rozgałęzieniami w monarchii habsburskiej, w Prusach i w Rosji. Pierwsze ślady zorganizowanej działalności pochodzą z lat pięćdziesiątych XVIII wieku i często łączy się je z rokiem 1757, choć ta data jest przybliżona. Dojrzałą postać zakon zyskał po reformie z 1777 roku, po której jego członkowie nazywali się różokrzyżowcami „dawnego systemu”.

Nie znamy założyciela i najpewniej żaden pojedynczy założyciel nie istniał. Zakon wyłonił się z kręgu ludzi, którzy czytali alchemiczne druki o rzekomym bractwie złotego krzyża, takie jak wrocławska księga Sincerusa Renatusa z 1710 roku, i postanowili nadać tej lekturze trwałą organizację. Z tego powodu jego historia zaczyna się nie od aktu fundacyjnego, lecz od momentu, w którym rozproszone grupy zaczęły posługiwać się wspólnymi regułami, nazwami stopni i obiegiem pism. Na tym tle reforma z 1777 roku jest pierwszym wydarzeniem, które można opisać jako decyzję całej organizacji.

Reforma porządkowała trzy sprawy. Zastrzegała członkostwo dla wolnomularzy, w praktyce dla mistrzów masońskich, co czyniło lożę przedsionkiem zakonu. Ustalała jednolitą hierarchię stopni i drogę służbową, którą biegły instrukcje i sprawozdania. Wreszcie wzmacniała zasadę tajemnicy wobec świata, ale także wobec współbraci: członek miał wiedzieć tylko tyle, ile wymagało jego miejsce w hierarchii.

Koło, dyrektor i nieznani przełożeni

Podstawową komórką zakonu było koło, po niemiecku Zirkel. Według rekonstrukcji historyków, przede wszystkim Christophera McIntosha, koła były nieliczne, zwykle do dziewięciu osób, a kierował nimi dyrektor koła. Członkowie znali się nawzajem w obrębie własnej grupy, ale o innych kołach wiedzieli niewiele. Dyrektor utrzymywał korespondencję z przełożonym wyższego szczebla, przesyłał mu sprawozdania i składki, a w zamian otrzymywał kolejne instrukcje, odpisy rękopisów i polecenia dotyczące pracy.

Każdy członek przyjmował imię zakonne, zwykle łacińskie lub zlatynizowane, pod którym występował w korespondencji. Johann Christoph Wöllner był Chrysophironem, a następca pruskiego tronu po przyjęciu w 1781 roku otrzymał imię Ormesus. Imię zakonne pełniło kilka funkcji naraz: chroniło tożsamość w razie przechwycenia listów, odcinało nową osobę zakonną od świeckiego stanu i urzędu, a zarazem utrudniało członkom niższych stopni ustalenie, kim są ich przełożeni.

Taka budowa miała praktyczne zalety. Gdy jedno koło się rozpadało, ujawniało swoje papiery albo popadało w spór, szkoda ograniczała się do kilku osób, a reszta sieci pozostawała nietknięta. Przypominała w tym strukturę konspiracyjną, choć jej cel był religijny, a nie polityczny. Miała też wady: przełożony wyższego szczebla mógł obiecywać kołu postępy, których nikt nie umiał zweryfikować, a niezadowolony członek nie miał komu się poskarżyć poza tym samym przełożonym. Badacze tej korespondencji odnotowują powracające skargi na opóźnione instrukcje, niespełnione zapowiedzi i wysokie koszty pracy.

Na szczycie stali przełożeni, których nazwisk nie znali nawet zaawansowani członkowie. Zakon przedstawiał ich jako strażników dawnej wiedzy, od których płynęła prawomocność wszystkich decyzji. Historyk może stwierdzić, że istniało kierownictwo, które redagowało instrukcje i rozstrzygało spory, nie może natomiast potwierdzić, że byli to adepci w rozumieniu zakonnej legendy. Anonimowość szczytu była w tej strukturze elementem konstrukcyjnym: każde polecenie, które docierało do koła, przychodziło z miejsca, którego nie można było sprawdzić.

Dziewięć stopni

Drabina stopni, w kształcie utrwalonym po reformie, należy do najlepiej poświadczonych elementów zakonu, ponieważ jej nazwy przedostały się do druku już w latach osiemdziesiątych XVIII wieku. Łacińskie nazwy stosowano w liczbie mnogiej, jako określenia klas członków:

  1. Juniores – młodsi, stopień wstępny dla przyjętych z lóż.
  2. Theoretici – teoretycy, poznający zasady stworzenia i natury w ujęciu zakonu.
  3. Practici – praktycy, dopuszczani do pierwszych prac laboratoryjnych.
  4. Philosophi – filozofowie, którzy mieli łączyć teorię z praktyką.
  5. Minores – adepci mniejsi.
  6. Majores – adepci więksi.
  7. Adepti Exempti – adepci wyjęci spod zwykłych zobowiązań.
  8. Magistri – mistrzowie.
  9. Magi – magowie, stopień najwyższy.

Znaczenie nazw jest jasne, trudniej ustalić, jak wyglądały wymagania poszczególnych stopni. Zachowane instrukcje dotyczą głównie niższych szczebli, a o najwyższych wiadomo tak mało, że badacze wątpią, czy były w ogóle regularnie obsadzane. Pewne jest, że od piątego stopnia zmieniał się charakter nazw: zamiast etapów nauki pojawiają się godności adeptów, a więc ludzi, którzy według zakonnej teorii nie tylko poznali sztukę, ale zostali przez nią przemienieni.

Drzewo Życia z dziesięcioma sefirami i dwudziestoma dwiema ścieżkami; obok sefir od Malkut do Chochmy wypisano dziewięć stopni Złotego Różokrzyża: Juniores przy Malkut, Theoretici przy Jesod, Practici przy Hod, Philosophi przy Necach, Minores przy Tiferet, Majores przy Gewurze, Adepti Exempti przy Chesed, Magistri przy Binie i Magi przy Chochmie; Keter pozostaje bez stopnia
Dziewięć stopni Złotego Różokrzyża rozpisanych na sefiry według numeracji, którą nadał im dopiero Złoty Brzask. · dotknij, aby powiększyć

Rycina pokazuje te stopnie tak, jak ułożył je w XIX wieku Hermetyczny Zakon Złotego Brzasku, który przypisał każdemu z nich sefirę Drzewa Życia, od Malkut po Chochmę, i nadał numerację 1=10, 2=9 aż do 9=2. Osiemnastowieczny zakon nie stosował tego przypisania. Jego drabina miała sens alchemiczny i teozoficzny, nie kabalistyczny, a sefirotyczna mapa jest późniejszą interpretacją dawnych nazw, przekazanych przez angielską Societas Rosicruciana.

Praca przy piecu i przy modlitewniku

Właściwą treścią zakonnej pracy była alchemia, prowadzona naprawdę, w laboratorium, z kosztownym sprzętem i składnikami. Instrukcje opisywały procesy, a członkowie mieli zdawać przełożonym sprawę z wyników i nie ujawniać ich na zewnątrz. Teoretyczne pisma zakonu wyjaśniały te operacje w języku chrześcijańskiej filozofii przyrody: stworzenie jako wyłonienie się świata z pierwotnej materii, upadek jako zaciemnienie natury, sztuka jako współdziałanie z Bogiem w jej oczyszczeniu. Dobrym obrazem tej wizji są Geheime Figuren der Rosenkreuzer, wydane w Altonie w latach 1785–1788, w których alchemia, kabała chrześcijańska i teozofia Jakoba Böhmego zostały zamknięte w wielkich tablicach.

Program nauki biegł od tekstu do ręki. Najpierw uczeń przepisywał i studiował powierzone mu rękopisy, często bardzo obszerne, a dopiero później otrzymywał pozwolenie na operacje. Odpisy traktowano jako własność zakonu, a nie prywatny księgozbiór członka. Mimo to w bibliotekach niemieckich i austriackich przetrwało wiele takich zbiorów, które dziś pozwalają odtworzyć tok nauki dokładniej niż jakiekolwiek oficjalne opisy. Ich lektura pokazuje także, jak wiele z tej wiedzy było kompilacją starszych druków alchemicznych, przepisywanych, skracanych i opatrywanych komentarzem, a jak mało materiałem rzeczywiście nowym. Zakon był więc w dużej mierze wspólnotą kopistów i komentatorów, a jego tajemnica polegała w równym stopniu na treści, co na kontroli obiegu tekstów.

Obok pieca stał modlitewnik. Od członków oczekiwano regularnej modlitwy, czystości obyczajów, posłuszeństwa przełożonym i wyrzeczenia się chęci zysku. Zakon nie oddzielał przy tym pracy duchowej od laboratoryjnej, ale też nie zastępował jednej drugą. Kto dziś czyta jego pisma wyłącznie jako zapis wewnętrznej przemiany, gubi połowę ich treści: dla autorów instrukcji kamień filozoficzny był rzeczywistą substancją, a pobożność warunkiem jej otrzymania.

Loża jako przedsionek i dwór jako pokusa

Ponieważ zakon rekrutował wśród wolnomularzy, jego losy splotły się z kryzysem masonerii niemieckiej lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Różokrzyżowcy przedstawiali się jako ci, którzy znają ukryty sens symboli lożowych, i rywalizowali o tę rolę z systemem Ścisłej Obserwy, a następnie z iluminatami bawarskimi, których racjonalistyczny program uważali za zagrożenie dla wiary. Konwent w Wilhelmsbadzie w 1782 roku, który zakończył dominację Ścisłej Obserwy, otworzył przed nimi nowe możliwości w niektórych lożach.

Najbardziej widoczne następstwa miała obecność zakonu w Berlinie. Wöllner i Johann Rudolf von Bischoffwerder pozyskali dla zakonu następcę tronu, a po 1786 roku stali się jego zaufanymi doradcami; edykt religijny z 1788 roku kojarzono odtąd z różokrzyżowcami, choć w jego treści nie ma śladu zakonnej doktryny. Inną drogą poszło koło moskiewskie, w którym w latach osiemdziesiątych działali Johann Georg Schwarz i Nikołaj Nowikow, łącząc różokrzyżową pobożność z działalnością wydawniczą. W obu przypadkach zakon działał przez ludzi, a nie jako instytucja dysponująca własnym programem politycznym.

Co wiadomo pewnie, a co jest twierdzeniem zakonu

Na podstawie dokumentów można stwierdzić istnienie kół, imion zakonnych, dziewięciu stopni, obowiązku sprawozdań i składek oraz decyzji z 1787 roku o zawieszeniu prac, nazywanej Silanum. Wiele z tych informacji znamy dzięki przeciwnikom. Na początku lat osiemdziesiątych ukazało się Der Rosenkreuzer in seiner Blöße, podpisane pseudonimem Magister Pianco i przypisywane Hansowi Heinrichowi von Ecker und Eckhoffen, który sam przeszedł przez zakon; podobne ujawnienia sprawiały, że regulaminy i nazwy stopni stawały się wiedzą publiczną szybciej, niż życzyli sobie przełożeni.

Do twierdzeń zakonu należą natomiast trzy rzeczy, które były dla członków najważniejsze. Po pierwsze, ciągłość z dawnym bractwem i z mędrcami starożytności, dla której nie ma żadnego dowodu. Po drugie, istnienie przełożonych będących adeptami w pełnym sensie tego słowa. Po trzecie, skuteczność laboratoryjnej sztuki, w której obiecywano lekarstwo uniwersalne i przemianę metali. Historyk opisuje te przekonania jako fakty z dziejów religijności, nie jako ustalenia o świecie.

Paradoksalnie najtrwalszą częścią dziedzictwa okazała się ta, którą sam zakon uważał za drugorzędną: nazwy szczebli. Przechowane w drukach i encyklopediach wolnomularskich, przeszły do wiktoriańskiej Anglii, a stamtąd do systemu, który wpisał je w Drzewo Życia. Kto dziś posługuje się słowami Practicus czy Adeptus Exemptus, korzysta z hierarchii pomyślanej dla ludzi, którzy pracowali przy piecu i czekali na listy od przełożonych, których nigdy nie mieli zobaczyć.