Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Różokrzyż

François Garasse i jezuicka satyra na różokrzyżowców

Jezuita François Garasse w obszernej La doctrine curieuse des beaux esprits de ce temps z 1623 roku wpisał Bractwo Różokrzyżowe w obraz paryskiego libertynizmu i ukrytego ateizmu, czyniąc z mitycznej wspólnoty jeden z elementów oskarżenia, które jednocześnie wytaczano poetom, wolnomyślicielom i Théophile'owi de Viau.

Słońce wschodzące nad miastem, „Splendor Solis”, 1582, British Library
Słońce wschodzące nad miastem, „Splendor Solis”, 1582, British Library

Kaznodzieja z Angoulême

François Garasse urodził się w 1585 roku w Angoulême, wstąpił do Towarzystwa Jezusowego i szybko zyskał sławę kaznodziei oraz polemisty o ciętym, często grubiańskim języku. Pisał przeciw kalwinistom, przeciw gallikańskim prawnikom krytycznym wobec jezuitów, przeciw wszystkim, w których widział wrogów Kościoła i Korony. Jego styl łączył erudycję z farsą: cytował Ojców Kościoła i starożytnych poetów, a zarazem nie gardził przezwiskami, anegdotą z karczmy i dowcipem na granicy obelgi. Współcześni nie byli zgodni, czy taki sposób pisania przynosi sprawie katolickiej więcej pożytku, czy szkody.

Najgłośniejszym jego dziełem okazała się La doctrine curieuse des beaux esprits de ce temps, ou prétendus tels, wydana w Paryżu w 1623 roku. Już tytuł zawierał ironię: „piękne umysły”, czyli ludzie uchodzący za wyrafinowanych i niezależnych, zostali tu przedstawieni jako wyznawcy „ciekawej” doktryny, a słowo curieuse oznaczało w ówczesnym języku moralistów nie tyle zaciekawienie, ile grzeszną ciekawość, curiositas, pożądanie wiedzy zakazanej lub próżnej. Pojęcie to miało długą historię. Augustyn w Wyznaniach zaliczał ciekawość do „pożądliwości oczu” i odróżniał ją od pragnienia prawdy prowadzącego do Boga; średniowieczni moraliści widzieli w niej źródło magii, astrologii sądowej i wszelkich prób przekroczenia granic wyznaczonych człowiekowi. Garasse sięgał po ten ciężar znaczeniowy świadomie. Nazywając doktrynę „pięknych umysłów” ciekawą, sugerował, że jej korzeniem nie jest błąd intelektualny, lecz wada moralna: pycha, która nie chce przyjąć wiary z rąk Kościoła i woli szukać sekretów na własną rękę.

Książka liczy ponad tysiąc stron i dzieli się na osiem ksiąg, z których każda otwiera się sformułowaniem jednej z rzekomych maksym libertynów, a następnie ją obala. Garasse konstruuje w ten sposób portret zbiorowy, który nie odpowiada żadnemu konkretnemu środowisku, lecz zbiera w jedno rozproszone poglądy, anegdoty i podejrzenia. Ten zabieg jest kluczem do zrozumienia, dlaczego w jego obrazie znalazło się miejsce dla różokrzyżowców.

Trzeba też pamiętać, czym było słowo „ateista” w ustach polemisty z lat dwudziestych XVII wieku. Rzadko oznaczało człowieka, który systematycznie zaprzecza istnieniu Boga; znacznie częściej było etykietą przyklejaną każdemu, kto wątpił w cuda, lekceważył praktyki religijne, żył rozwiąźle albo głosił poglądy naturalistyczne. W tym szerokim sensie „ateizm” był raczej kategorią obyczajową i polityczną niż filozoficzną. Ta płynność pozwalała Garasse'owi łączyć w jednym oskarżeniu ludzi, którzy w rzeczywistości nie mieli ze sobą wiele wspólnego, i umieszczać w tym samym rzędzie biesiadującego poetę, uczonego lekarza i tajemnicze bractwo zza Renu.

Anatomia bezbożnego umysłu

Według Garasse'a „piękne umysły” nie są otwartymi ateistami, bo na to nie mają odwagi. Ukrywają swoją niewiarę pod maską dowcipu, poezji i filozofii. Uważają, że prawdziwie mądrych ludzi jest niewielu i że ci nieliczni nie muszą wierzyć w to, w co wierzy lud. Chwalą naturę jako jedynego przewodnika, kpią z cudów, wątpią w nieśmiertelność duszy, czytają Lukrecjusza i Machiavellego, cenią Pomponazziego i podziwiają spalonego w 1619 roku w Tuluzie Giulia Cesarego Vaniniego. Garasse atakuje także, choć ostrożniej, Pierre'a Charrona, autora traktatu De la sagesse, w którym widział zręczne przebranie sceptycyzmu.

W tym portrecie najważniejsza jest idea ukrycia. Libertyn Garasse'a mówi jedno, myśli drugie; publicznie uczestniczy w obrzędach, prywatnie z nich drwi; tworzy z podobnymi sobie zamknięte kółko, w którym prawdziwe przekonania wyraża się półsłówkami i aluzjami. Taki obraz zakładał, że za pozorną różnorodnością poetów, lekarzy, filozofów i dworaków kryje się jedna wspólnota, połączona tajemną zgodą. Nic dziwnego, że w tym samym roku, w którym Paryż mówił o niewidzialnych braciach, Garasse dostrzegł w nich wygodną figurę tej właśnie wspólnoty.

Różokrzyżowcy jako sekta „pięknych umysłów”

Garasse nie poświęcił Bractwu osobnej księgi, lecz włączył je w ciąg swoich oskarżeń jako przykład tego, dokąd prowadzi grzeszna ciekawość. Przedstawiał różokrzyżowców jako zgromadzenie przybyłe z Niemiec, z kraju herezji, obiecujące wiedzę tajemną, uzdrowienia i przemianę świata, a w gruncie rzeczy szerzące pychę i niewiarę pod płaszczem pobożnych słów. Ich obietnice reformy, przekazane przez manifesty, interpretował jako zapowiedź buntu przeciw porządkowi religijnemu i politycznemu.

Powiązanie to miało solidne podstawy w logice polemicznej, choć żadnych w faktach. Różokrzyżowe manifesty powstały w protestanckiej Wirtembergii i zawierały ostre słowa o papieżu. Dla jezuity sam ten fakt wystarczał, by uznać Bractwo za wrogie. Ale Garasse poszedł dalej: zamiast traktować różokrzyżowców wyłącznie jako odłam herezji luterańskiej, uczynił z nich część tego samego zjawiska, którym był libertynizm. Łączyła je, w jego oczach, wspólna pogarda dla autorytetu, skłonność do tajemnicy i przekonanie o własnej wyższości nad prostym ludem.

Takie połączenie wydaje się z dzisiejszej perspektywy paradoksalne. Manifesty różokrzyżowe były tekstami żarliwie chrześcijańskimi, przesyconymi chrystologią i oczekiwaniem odnowy wiary. Libertyni, przynajmniej niektórzy, rzeczywiście bliscy byli sceptycyzmowi i naturalizmowi. Garasse nie widział jednak tej różnicy, ponieważ nie interesowało go to, w co ktoś wierzy, lecz to, czy poddaje się autorytetowi Kościoła. Z tego punktu widzenia mistyk szukający objawienia poza Kościołem i sceptyk kpiący z objawienia byli dwiema twarzami tej samej nieposłuszności.

Proces poety

Książka Garasse'a nie była jedynie traktatem moralnym. Ukazała się w chwili, gdy przed paryskim parlamentem toczyła się sprawa Théophile'a de Viau, najbardziej utalentowanego poety swego pokolenia, którego nazwisko łączono ze zbiorem obscenicznych i bluźnierczych wierszy Le Parnasse satyrique. Théophile utrzymywał, że większość tych utworów nie jest jego autorstwa, a wydawca przypisał mu je dla zysku. Garasse w Doctrine curieuse atakował go bezpośrednio, cytując i komentując wersy, które miały świadczyć o jego bezbożności.

W sierpniu 1623 roku parlament skazał Théophile'a zaocznie na spalenie, a wyrok wykonano symbolicznie na jego wizerunku. Poeta uciekł, lecz we wrześniu został zatrzymany w Pikardii i przewieziony do Paryża, gdzie spędził blisko dwa lata w więzieniu Conciergerie. W tym czasie powstały jego pisma obronne, w tym łacińskie i francuskie apologie, w których przedstawiał się jako ofiara jezuickiej nienawiści. Ostateczny wyrok z 1625 roku zamienił karę śmierci na wygnanie. Théophile zmarł w Paryżu we wrześniu 1626 roku, osłabiony więzieniem.

Rola Garasse'a i jego współbrata Jeana Voisina w tej sprawie była przedmiotem sporów już wśród współczesnych. Pewne jest, że Doctrine curieuse dostarczyła oskarżeniu atmosfery i języka, w którym poeta jawił się jako przywódca tajnego sprzysiężenia bezbożników. Wpisanie w ten sam obraz różokrzyżowców służyło wzmocnieniu wrażenia, że Paryż jest oblężony przez niewidzialną armię niewiary. Plakaty, które w tym samym roku obiegły miasto, Garasse traktował jako potwierdzenie tej tezy, nie zastanawiając się nad ich pochodzeniem.

Opór czytelników

Doctrine curieuse wywołała szybko sprzeciw, i to nie tylko ze strony libertynów. Jeszcze w 1623 roku François Ogier opublikował Jugement et censure du livre de la Doctrine curieuse, w którym zarzucał jezuicie brak powagi, nadużywanie bufonady w sprawach wiary oraz szerzenie właśnie tych bezbożnych opinii, które rzekomo zwalczał, gdyż przytaczał je obszernie i z upodobaniem. Garasse odpowiedział w 1624 roku Apologią, lecz spór tylko zyskał na rozgłosie. Zarzut Ogiera dotykał zresztą problemu, który powraca w każdej literaturze demaskatorskiej: kto szczegółowo opisuje poglądy przeciwnika, by je potępić, ten zarazem je rozpowszechnia. Wielu czytelników mogło się dowiedzieć o maksymach libertynów, a także o istnieniu rzekomego Bractwa, właśnie z kart jezuickiej książki, która miała ich przed tymi ideami ustrzec.

W tym samym okresie Marin Mersenne wydał L'Impiété des déistes, dzieło o innym tonie i innej metodzie, które także zwalczało niewiarę, ale bez groteski. Porównanie obu autorów pokazuje, że w łonie samego katolicyzmu francuskiego istniały różne strategie wobec zjawisk uznawanych za zagrożenie: jedna opierała się na satyrze i ośmieszeniu, druga na argumentacji filozoficznej.

Największy cios przyszedł później. W 1625 roku Garasse ogłosił Somme théologique des vérités capitales de la religion chrétienne, a rok później Jean Duvergier de Hauranne, opat Saint-Cyran, odpowiedział miażdżącą krytyką, wytykając jezuicie błędy teologiczne i nieprzyzwoitość tonu. Sorbona potępiła Somme théologique, a pozycja Garasse'a w zakonie osłabła. Zmarł w 1631 roku w Poitiers, gdzie opiekował się chorymi na dżumę – śmierć, która przyniosła mu w oczach wielu szacunek, jakiego nie zdobyły jego książki.

Długie życie pewnego skojarzenia

Choć Garasse jako autor szybko został zapomniany lub ośmieszony, skojarzenie, które utrwalił, przetrwało. Odtąd w polemice katolickiej różokrzyżowcy mogli pojawiać się nie tylko jako heretycy czy czarnoksiężnicy, ale także jako emblemat tajnego wolnomyślicielstwa. Ten wątek powróci w XVIII wieku, gdy przeciwnicy oświecenia i masonerii zaczną opisywać tajne stowarzyszenia jako spisek przeciw tronowi i ołtarzowi, a różokrzyżowcy zostaną włączeni do genealogii rzekomej konspiracji.

Dla historyka ezoteryki przypadek Garasse'a jest pouczający przede wszystkim jako przykład tego, jak obraz Bractwa kształtował się w oczach jego przeciwników bardziej niż przez wysiłki jego zwolenników. Garasse nie miał żadnej wiedzy o tym, kim byli autorzy Famy, i niespecjalnie go to interesowało. Różokrzyżowcy byli dla niego ramą, w którą można było wstawić każdego, kogo uważał za niebezpiecznego. Paradoks polega na tym, że ta polemiczna rama, uboga w treść, okazała się trwalsza niż wiele pobożnych interpretacji manifestów.

Jest wreszcie w tej historii ironia, której Garasse nie mógł przewidzieć. Wpisując Bractwo w obraz „pięknych umysłów”, nadał mu aurę intelektualnej śmiałości, jakiej sam tekst Famy być może nie miał. Dla późniejszych czytelników, którzy cenili wolność myśli bardziej niż jezuicką ortodoksję, oskarżenie Garasse'a mogło brzmieć jak komplement. Różokrzyżowiec jako ktoś, kto myśli samodzielnie, z dala od autorytetów i w ukryciu przed cenzorem, jest w znacznej mierze postacią stworzoną przez jego wrogów.