Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Różokrzyż

Od Peuckerta do Gilly'ego – historiografia manifestów

Dwudziestowieczna historiografia manifestów różokrzyżowych, od Willa-Ericha Peuckerta po Carlosa Gilly'ego, stopniowo porzuciła jałowy spór o realne istnienie Bractwa i zastąpiła go badaniem autorów, rękopisów, drukarzy oraz setek czytelników, którzy na wezwanie Famy odpowiadali.

Tablica z „Geheime Figuren der Rosenkreuzer”, Altona 1785
Tablica z „Geheime Figuren der Rosenkreuzer”, Altona 1785

Spór, który nie mógł się rozstrzygnąć

Przez ponad trzy stulecia pytanie o Bractwo Różanego Krzyża stawiano niemal zawsze w tej samej formie: czy ono naprawdę istniało? Zwolennicy legendy odpowiadali twierdząco i szukali dowodów ciągłości od Christiana Rosenkreutza do współczesnych sobie lóż i zakonów. Sceptycy odpowiadali przecząco i uznawali manifesty za mistyfikację, żart albo polityczną prowokację. Obie strony dzieliło wszystko poza założeniem, że rozstrzygnięcie tej kwestii jest najważniejszym zadaniem badacza.

Pierwszy krok w stronę innego pytania uczyniono już na początku XIX wieku. Christoph Gottlieb von Murr w 1803 roku i Johann Gottlieb Buhle w pracy wydanej w Getyndze w 1804 roku wskazali na Johanna Valentina Andreaego jako głównego autora manifestów, opierając się na jego autobiografii i na wzmiankach, w których nazywał Bractwo igraszką. Atrybucja ta, choć wielokrotnie podważana przez środowiska wolnomularskie i okultystyczne, przesunęła punkt ciężkości: skoro manifesty mają autora, można badać jego intencje, otoczenie i lektury. Długo jednak pozostawała tezą jednego czy dwóch argumentów, nie zaś wnioskiem z systematycznego badania źródeł.

W XIX wieku i na początku XX powstawały też wielkie syntezy pisane z perspektywy samej tradycji ezoterycznej. Arthur Edward Waite w The Real History of the Rosicrucians z 1887 roku i w obszerniejszej The Brotherhood of the Rosy Cross z 1924 roku zebrał imponujący materiał i odniósł się krytycznie do wielu legend, ale jego książki nadal krążyły wokół pytania o autentyczność przekazu i o ewentualną duchową sukcesję. Prawdziwa zmiana perspektywy przyszła z innej strony – z historii kultury i religijności ludowej.

Peuckert i reformacja, która się nie dokonała

Will-Erich Peuckert, śląski folklorysta i historyk kultury, opublikował w 1928 roku w Jenie książkę Die Rosenkreutzer. Zur Geschichte einer Reformation. Już podtytuł zapowiadał nowe ujęcie. Peuckert nie pytał, czy bracia zbierali się w domu Ducha Świętego, lecz jaką reformację zapowiadały manifesty i dlaczego tak wielu ludzi ją przyjęło. Umieścił je w szerokim kontekście niemieckiej religijności przełomu XVI i XVII wieku: paracelsjanizmu, spirytualizmu, chiliazmu, oczekiwania rychłego przełomu dziejów. Bractwo stawało się u niego wyrazem nastroju epoki, a nie tajemniczą organizacją, której istnienie trzeba udowodnić lub obalić.

Książka ukazała się w wydawnictwie Eugena Diederichsa, które w pierwszych dekadach XX wieku publikowało serie poświęcone niemieckiej mistyce, ruchom religijnym i dawnej literaturze duchowej. To otoczenie wydawnicze ma znaczenie, bo pokazuje, w jakim klimacie powstawało nowe zainteresowanie manifestami: szukano w nich nie tyle zagadki do rozwiązania, ile świadectwa duchowych dziejów narodu i jego niespełnionych odnów. Takie ujęcie niosło własne zagrożenia, ale miało też niewątpliwą zaletę. Wprowadzało do badań cały świat drobnych autorów, broszur i rękopisów, który dla historyków skoncentrowanych na wielkich nazwiskach pozostawał niewidoczny.

Z tej perspektywy wyrastało także późniejsze zainteresowanie Peuckerta tym, co nazywał pansofią – nurtem łączącym wiedzę o naturze, magię, mistykę i nadzieję na odnowę całego człowieka. Jego książka o pansofii z 1936 roku i rozszerzona wersja pracy o różokrzyżowcach, wydana pośmiertnie w 1973 roku jako Das Rosenkreutz, utrwaliły obraz manifestów jako jednego z ogniw szerokiej, częściowo podziemnej tradycji. Dzisiejsi badacze cenią erudycję Peuckerta i jego wyczucie religijnego klimatu, zarazem jednak zwracają uwagę, że jego obraz bywa zbyt panoramiczny, a granice między poszczególnymi nurtami – zbyt płynne.

Paul Arnold i francuska perspektywa

W 1955 roku w Paryżu ukazała się Histoire des Rose-Croix et les origines de la franc-maçonnerie Paula Arnolda. Autor, historyk literatury i teatru, potraktował legendę różokrzyżową jako zjawisko literackie i duchowe zarazem, analizując teksty manifestów, ich symbolikę i dalsze losy we Francji i w Anglii, aż po wątek związków z powstającym wolnomularstwem. Książka Arnolda była ważna dla czytelników francuskojęzycznych, ponieważ uporządkowała chaos legend i oddzieliła udokumentowane fakty od twierdzeń późniejszych zakonów. Jej ambicja, by zarazem opowiedzieć historię Bractwa i wyjaśnić genezę masonerii, sprawiła jednak, że wiele jej konstrukcji wymagało później korekty w świetle nowych badań nad źródłami.

Arnold nie był jedynym, który w tamtych dekadach próbował uporządkować materiał. Ważne prace o Andreaem przyniosły następne pokolenia: Richard van Dülmen w książce Die Utopie einer christlichen Gesellschaft z 1978 roku przedstawił tybińskiego teologa jako reformatora społecznego i autora projektu chrześcijańskiej wspólnoty, a Roland Edighoffer w wielotomowym studium wydanym w latach osiemdziesiątych analizował związek między różokrzyżowymi pismami a wizją idealnej społeczności w dziełach Andreaego. Pytanie „kto napisał” zyskało w ten sposób oparcie w dokładnej znajomości całej twórczości podejrzanego autora. Okazało się, że motywy obecne w manifestach – krytyka jałowej erudycji, wezwanie do braterskiej wspólnoty uczonych, połączenie pobożności z badaniem natury – powracają w łacińskich i niemieckich pismach Andreaego z lat późniejszych, choć już bez mitologii krypty i tajnego zakonu.

McIntosh i długie trwanie legendy

Christopher McIntosh, brytyjski historyk ezoteryki, przyniósł do tej historiografii inną perspektywę: zainteresowanie długim trwaniem legendy i jej kolejnymi wcieleniami. Jego książka wydana w 1980 roku jako The Rosy Cross Unveiled, później poprawiona i znana jako The Rosicrucians, opowiadała dzieje mitu od manifestów aż po zakony XIX i XX wieku, bez przyjmowania ich roszczeń do ciągłości i bez lekceważenia ich znaczenia jako zjawisk kulturowych. W pracy The Rose Cross and the Age of Reason z 1992 roku McIntosh zajął się z kolei osiemnastowiecznym Zakonem Złotego i Różanego Krzyża oraz jego relacją z oświeceniem, pokazując, że różokrzyżowstwo XVIII wieku było w znacznej mierze nowym wynalazkiem, który posługiwał się dawnym imieniem.

Takie ujęcie miało konsekwencje metodologiczne. Skoro każde pokolenie tworzyło własne Bractwo, historyk nie musi szukać jednej, ciągłej organizacji, lecz może badać, jak legenda była przyjmowana, przekształcana i wykorzystywana. Pytanie „czy istniało” zostaje zastąpione pytaniem „co znaczyło dla tych, którzy się do niego odwoływali”. McIntosh pisał przy tym z myślą o czytelniku spoza wąskiego grona specjalistów, co sprawiło, że jego książki stały się dla wielu pierwszym rzetelnym wprowadzeniem do tematu, wolnym zarówno od apologetyki zakonów, jak i od pogardliwego sceptycyzmu. Pokazywał, że można traktować poważnie duchowe aspiracje ludzi, którzy odwoływali się do Różanego Krzyża, nie przyjmując ich historycznych twierdzeń.

Gilly i archiwum odpowiedzi

Największy przełom w badaniach nad samymi manifestami przyniosła praca Carlosa Gilly'ego, związanego z amsterdamską Bibliotheca Philosophica Hermetica, księgozbiorem zgromadzonym przez Joosta Ritmana. Gilly połączył bibliofilską dokładność z historią idei. W monografii o Adamie Haslmayrze, wydanej w 1994 roku, pokazał, że tyrolski muzyk i paracelsysta znał Famę z odpisu już około 1610 roku i napisał na nią odpowiedź, za którą został skazany na galery. Dowodziło to, że manifest krążył w rękopisach na kilka lat przed kasselskim drukiem, a więc nie był nagłym wydarzeniem wydawniczym, lecz tekstem o własnej przedpremierowej historii.

W 1995 roku Gilly wydał Cimelia Rhodostaurotica, katalog wystawy rękopisów i druków związanych z Bractwem, powstałych między 1610 a 1660 rokiem. Jest to zarazem katalog i rozprawa: przy każdym obiekcie autor rekonstruuje okoliczności powstania, krąg czytelników, związki z innymi tekstami. Z tej mozaiki wyłania się obraz, którego nie dawały wcześniejsze syntezy. Manifesty wyrastają z tybińskiego kręgu skupionego wokół Tobiasa Hessa, w którym Andreae był jednym z uczestników, a nie samotnym autorem. Odpowiedzi pisali paracelsyści, lekarze, pastorzy, astrolodzy, chiliaści i zwykli ciekawscy, a ich listy, broszury i rękopisy tworzą coś w rodzaju archiwum epoki, w którym widać, czego ludzie szukali w obietnicy powszechnej reformy.

Gilly kładł nacisk na to, że wielu czytelników traktowało manifesty z najwyższą powagą religijną i że to ich reakcje, a nie hipotetyczna organizacja, stanowią prawdziwą historię Bractwa. Badanie recepcji wymagało przy tym pracy bibliograficznej, jakiej wcześniejsi historycy nie wykonali: identyfikacji pseudonimów, ustalania dat druków, śledzenia egzemplarzy z notami właścicieli. Już wcześniej, przy okazji amsterdamskiej wystawy z 1986 roku, przygotowanej na czterechsetlecie urodzin Andreaego, Gilly i jego współpracownicy zaprezentowali szeroki wybór wczesnych wydań i odpisów, a w kolejnych pracach rozwijał tezę o paracelsjanizmie jako ruchu o wyraźnie religijnym, a nie tylko medycznym charakterze. Nie wszystkie jego rozstrzygnięcia przyjęto bez dyskusji; badacze nadal spierają się o to, jak rozłożyć udział Hessa, Andreaego i innych członków kręgu w powstaniu poszczególnych tekstów.

Od legendy do historii czytania

Kiedy porównamy punkt wyjścia z punktem dojścia, przesunięcie jest wyraźne. Na początku XX wieku spór toczył się o to, czy Bractwo było rzeczywiste. Pod koniec stulecia historycy niemal jednomyślnie przyjmowali, że manifesty są dziełem konkretnego środowiska, a zasadnicze pytania dotyczyły jego składu, motywów i dalszego oddziaływania. Zamiast tajnej organizacji mamy krąg przyjaciół z Tybingi, sieć drukarzy w Kassel, Frankfurcie i Strasburgu oraz setki czytelników rozproszonych po Rzeszy i poza nią. Otwarte pozostają liczne kwestie szczegółowe, od datowania pierwszych redakcji po rolę poszczególnych mecenasów, ale są to pytania o charakterze filologicznym i historycznym, na które można odpowiadać na podstawie źródeł, a nie pytania wymagające wiary w nieuchwytną sukcesję.

Ta zmiana nie odebrała tematowi powagi ani duchowego wymiaru. Przeciwnie, pozwoliła go zobaczyć wyraźniej. Kiedy przestaje się pytać, czy bracia istnieli, można dostrzec, jak głęboka była tęsknota ludzi, którzy pisali do nich listy, drukowali apele i prosili o przyjęcie. Historiografia od Peuckerta do Gilly'ego nauczyła czytać manifesty jako lustro epoki, w którym odbijają się jej lęki, nadzieje i wyobrażenia o mądrości. Że w tym lustrze widać przede wszystkim czytelników, a nie autorów, jest być może najtrwalszym wnioskiem całego stulecia badań.