Maść na broń – spór Fludda z Williamem Fosterem
Kontrowersja o maść na broń, toczona w 1631 roku między anglikańskim duchownym Williamem Fosterem a Robertem Fluddem, pokazuje, jak różokrzyżowa filozofia sympatii i duchowej łączności rzeczy zderzyła się z angielską teologią, podejrzliwą wobec magii, oraz z medycyną, która dopiero szukała własnych kryteriów skuteczności.

Lekarstwo, które smarowano na ostrze
Maść na broń, po łacinie unguentum armarium, a po angielsku weapon-salve, była jednym z najbardziej osobliwych i zarazem najbardziej dyskutowanych środków leczniczych pierwszej połowy XVII wieku. Jej zasada była prosta, a dla współczesnych uczonych niepokojąca. Maści nie nakładano na ranę, lecz na broń, która ją zadała, albo na przedmiot zbroczony krwią rannego. Samą ranę oczyszczano, przewiązywano i zostawiano w spokoju. Według zwolenników metody rana goiła się dzięki niewidzialnemu związkowi między krwią na ostrzu a krwią w ciele, przez który działanie maści przenosiło się na odległość.
Recepty krążące w Europie przypisywano zwykle Paracelsusowi, choć w jego autentycznych pismach trudno je jednoznacznie odnaleźć i zapewne należą do literatury pseudoparacelsjańskiej. Ich składniki brzmią dla współczesnego czytelnika makabrycznie: mech porastający czaszkę człowieka zmarłego gwałtowną śmiercią, ludzki tłuszcz, mumia, krew, a obok nich olej lniany i inne substancje znane ówczesnej aptece. Szczegóły różniły się w zależności od źródła, ale wspólne było przekonanie, że skuteczność maści wynika z sympatii, a nie z bezpośredniego działania na tkankę.
Już na kontynencie metoda wywołała ostre spory. Rudolf Goclenius młodszy bronił jej na początku XVII wieku jako zjawiska naturalnego, magnetycznego, a jezuita Jean Roberti zaatakował go, widząc w niej działanie diabelskie. Jan Baptysta van Helmont w traktacie o magnetycznym leczeniu ran z 1621 roku stanął po stronie naturalnego wyjaśnienia, co ściągnęło na niego długotrwałe kłopoty z władzami kościelnymi. Gdy spór dotarł do Anglii, miał już za sobą dwie dekady historii i ugruntowany zestaw argumentów po obu stronach.
W Anglii lat dwudziestych i trzydziestych XVII wieku maść na broń przestała być wyłącznie tematem uczonych rozpraw. Mówiono o niej w domach szlacheckich, wśród żołnierzy i chirurgów, a jej zwolennicy chętnie opowiadali o przypadkach zdumiewających wyleczeń. Popularność metody sprawiła, że pytanie o jej naturę przestało być akademicką ciekawostką i stało się sprawą sumienia dla zwykłych wiernych, którzy chcieli wiedzieć, czy korzystając z niej, nie popełniają grzechu.
Gąbka proboszcza z Hedgerley
W 1631 roku w Londynie ukazała się rozprawa zatytułowana Hoplocrisma-Spongus: or, A Sponge to wipe away the Weapon-Salve, czyli „Gąbka do starcia maści na broń”. Jej autorem był William Foster, duchowny Kościoła Anglii, proboszcz w Hedgerley w hrabstwie Buckingham. Podtytuł zapowiadał, że autor dowiedzie, iż leczenie przez nakładanie maści na broń, które się ostatnio upowszechniło, jest magiczne i niedozwolone.
Argumentacja Fostera miała charakter przede wszystkim teologiczny. Duchowny nie przeczył stanowczo, że ludzie smarujący ostrza bywają uzdrawiani, ale pytał, jaka siła może sprawić skutek na odległość, bez fizycznego kontaktu i bez naturalnego pośrednika. Skoro natura działa przez styczność, a cuda ustały wraz z czasami apostolskimi, to skutki, których nie da się wyjaśnić naturalnie, muszą pochodzić od diabła. Diabeł, jako duch, może działać na odległość i może posługiwać się pozornie niewinnymi środkami, by wciągnąć ludzi w nieświadome przymierze. Maść na broń byłaby więc pułapką: lekarstwem, które leczy ciało za cenę zagrożenia duszy.
Foster nie poprzestał na samej metodzie. Wskazał też jej obrońców, a wśród nich przede wszystkim Roberta Fludda, uznanego lekarza, członka Kolegium Lekarzy i autora licznych traktatów hermetycznych. Fludd był w jego oczach nie tylko zwolennikiem podejrzanej kuracji, ale człowiekiem kojarzonym z Bractwem Różanego Krzyża, a więc z tajną wspólnotą, która od kilkunastu lat budziła w Europie podejrzenia o magię. Spór o maść stał się w ten sposób sporem o Fludda i o różokrzyżową filozofię natury, której był najbardziej znanym rzecznikiem w Anglii.
Wyciskanie gąbki
Fludd odpowiedział jeszcze w tym samym roku rozprawą Doctor Fludds Answer unto M. Foster, or, The Squeesing of Parson Fosters Sponge, czyli „Odpowiedź doktora Fludda panu Fosterowi, albo wyciśnięcie gąbki proboszcza Fostera”. Tytuł przejmował metaforę przeciwnika i odwracał ją: gąbka, która miała zetrzeć maść, sama zostaje wyciśnięta, a wraz z nią wypływają zawarte w niej błędy. Jest to jedna z niewielu prac Fludda napisanych po angielsku, co wskazuje, że tym razem autor kierował się do rodzimej publiczności, a nie do europejskiej republiki uczonych.
Odpowiedź Fludda opiera się na zasadach, które rozwijał od lat. Świat jest przeniknięty jednym duchem, pochodzącym od Boga, który ożywia wszystkie rzeczy i łączy je więzami sympatii i antypatii. Krew ludzka, nawet oddzielona od ciała, zachowuje w sobie cząstkę ducha żywotnego i pozostaje z ciałem w związku. Maść działa przez ten związek, wzmacniając ducha w krwi na ostrzu i, za jego pośrednictwem, w ranie. Nie ma tu ani diabła, ani cudu; jest natura, której działanie na odległość jest tak samo realne jak działanie magnesu na żelazo.
Przykład magnesu był w tej argumentacji kluczowy. Od czasu traktatu Williama Gilberta o magnesie, wydanego w 1600 roku, angielscy uczeni dysponowali szczegółowym opisem siły, która działa przez odległość, bez widocznego pośrednika, a mimo to jest bez wątpienia naturalna. Jeśli magnes przyciąga żelazo, to dlaczego nie mogłaby istnieć podobna siła łącząca krew z krwią? Fludd przywoływał również inne przykłady sympatii, znane z tradycji przyrodniczej, i świadectwa osób, które według jego relacji doznały uzdrowienia tą metodą.
Najważniejsze było jednak dla niego odwrócenie teologicznego zarzutu. Foster, przypisując diabłu każde działanie niewyjaśnione mechanicznie, w gruncie rzeczy pomniejszał Boga, odbierając Mu władzę nad ukrytymi siłami stworzenia. Według Fludda Bóg działa w świecie przez swojego Ducha, a sympatie i antypatie są częścią porządku stworzenia, opisanego w Piśmie. Nazywanie ich diabelskimi oznaczało oddanie diabłu tego, co należy do Stwórcy. Duchowny, który miał bronić religii, okazywał się w tym ujęciu nieświadomym sojusznikiem materializmu, który uznaje tylko styczność i ruch.
Teologia, medycyna i reputacja
Spór miał wiele warstw. W warstwie teologicznej było to starcie dwóch protestanckich wizji świata: jednej, która dla ochrony religii ostro oddziela naturalne od nadprzyrodzonego i podejrzewa każde ukryte działanie o demoniczność, i drugiej, która widzi w naturze pełną obecność Ducha i nie boi się sił ukrytych, o ile można je przypisać Bogu. Obie strony powoływały się na Pismo i obie twierdziły, że bronią czci Bożej.
W warstwie medycznej spór dotyczył kryteriów skuteczności. Zwolennicy maści przywoływali przypadki wyleczenia, przeciwnicy podawali w wątpliwość ich wiarygodność albo przypisywali je innym przyczynom. Późniejsi komentatorzy zwracali uwagę na okoliczność, której ówcześni uczestnicy sporu nie mogli w pełni docenić: rana, którą tylko oczyszczano i przewiązywano, zamiast smarować drażniącymi substancjami, często goiła się lepiej niż przy zwyczajnych zabiegach chirurgów. Skuteczność metody mogła więc mieć przyczynę zupełnie inną niż zakładana sympatia. Nie oznacza to, że Fludd lub Foster mieli rację w swoich teoriach; oznacza raczej, że obaj mówili o zjawisku, którego właściwego mechanizmu nie znali.
Dla Fludda spór miał także wymiar osobisty. Oskarżenie o magię, wysunięte przez duchownego Kościoła Anglii, mogło zaszkodzić jego pozycji zawodowej i społecznej. Fludd bronił się więc nie tylko jako filozof, ale jako lekarz, który chce zachować dobre imię i poparcie wpływowych pacjentów. Jego odpowiedź jest ostra w tonie, ale starannie unika wszystkiego, co mogłoby potwierdzić podejrzenia o praktyki zakazane. Fludd przedstawia się jako pobożny chrześcijanin i uczony przyrodnik, a nie jako mag.
Filozofia sympatii przed sądem epoki
Kontrowersja z Fosterem nie zakończyła się rozstrzygnięciem. Fludd powrócił do tematu maści na broń w ostatnim wielkim dziele, Philosophia Moysaica, wydanym pośmiertnie w 1638 roku, w którym poświęcił jej obszerne rozważania jako przykładowi działania ducha w naturze. W następnych dziesięcioleciach idea leczenia przez sympatię żyła dalej, a jej najsłynniejszą odmianą stał się „proszek sympatyczny” Kenelma Digby'ego, opisany w wykładzie wydanym w 1658 roku. Debata stopniowo przeniosła się jednak na inne pole: zamiast pytać, czy działanie na odległość jest diabelskie, uczeni zaczęli pytać, czy w ogóle zachodzi.
Z perspektywy historii różokrzyżowej spór o maść na broń jest szczególnie wymowny, ponieważ pokazuje, jak abstrakcyjna filozofia ducha i sympatii, rozwijana w obronie Bractwa, zderzyła się z konkretną praktyką leczniczą i z konkretnym przeciwnikiem. Nie chodziło już o tajemniczy zakon i jego obietnice, lecz o to, czy wolno smarować ostrza i czy chory, który to czyni, nie naraża duszy. Różokrzyżowa wizja świata jako sieci duchowych więzi musiała przejść próbę w świecie, w którym decyzje o leczeniu podejmowali zwykli ludzie, a ich sumienia strzegli duchowni tacy jak Foster.
Ta próba ujawniła zarówno siłę, jak i słabość wizji Fludda. Jej siłą była spójność: wszystko w świecie łączy jeden duch, a więc nie ma powodu, by działanie na odległość uznawać za niemożliwe albo demoniczne. Jej słabością był brak kryteriów, które pozwoliłyby odróżnić rzeczywiste działanie sympatii od złudzenia. Foster nie miał tych kryteriów, ale miał teologię, która pozwalała mu podejrzewać wszystko, czego nie rozumiał. Fludd miał filozofię, która pozwalała mu wszystko wyjaśnić, ale nie potrafiła wskazać, czego wyjaśnić się nie da.
W tym sensie gąbka i jej wyciśnięcie są emblematem epoki przejściowej. Ani duchowny, ani lekarz nie dysponowali narzędziami, które później pozwoliły rozstrzygać podobne spory, a mimo to obaj z pełną powagą zadawali pytanie, które pozostało ważne: jak rozpoznać granicę między ukrytą siłą natury a tym, co ludzka wyobraźnia lub strach przypisuje siłom nadprzyrodzonym.
