Johann Christoph Wöllner i różokrzyżowcy na dworze pruskim
Johann Christoph Wöllner i Johann Rudolf von Bischoffswerder, dwaj członkowie Złotego Różokrzyża, zdobyli zaufanie następcy tronu, a potem króla Fryderyka Wilhelma II, i choć ich rzeczywisty wpływ bywał wyolbrzymiany, edykt religijny z 1788 roku stał się dla współczesnych symbolem różokrzyżowych rządów w Prusach.

Kraj filozofa i jego następca
Prusy Fryderyka II uchodziły w Europie za ojczyznę tolerancji. Król, który korespondował z Wolterem i drwił z przesądów, pozwalał swoim poddanym wierzyć w co chcą, pod warunkiem że będą posłuszni i płacili podatki. Berlińskie elity intelektualne przywykły do tej swobody, a przekonanie, że państwo pruskie jest państwem rozumu, stało się częścią ich tożsamości. Tym większy był wstrząs, gdy po śmierci starego króla w sierpniu 1786 roku na tron wstąpił jego bratanek, Fryderyk Wilhelm II – człowiek o zupełnie innym temperamencie, wrażliwy, skłonny do melancholii i do religijnych poszukiwań, otoczony doradcami, o których powszechnie mówiono, że należą do tajnego zakonu.
Ten obraz nie był wymysłem plotkarzy. Następca tronu rzeczywiście został przyjęty do Złotego Różokrzyża w 1781 roku i otrzymał zakonne imię Ormesus. Jego przewodnikami w tym środowisku byli dwaj ludzie, którzy później odegrali ważne role w państwie: Johann Christoph Wöllner, występujący w zakonie jako Chrysophiron, oraz Johann Rudolf von Bischoffswerder, oficer pochodzący z Saksonii. Pytanie, które od ponad dwustu lat zajmuje historyków, brzmi: na ile ich przynależność zakonna przełożyła się na politykę, a na ile stała się jedynie wygodnym wyjaśnieniem dla zmian, które miały także inne przyczyny.
Pastor, ekonomista, adept
Wöllner urodził się w 1732 roku w rodzinie pastorskiej w okolicach Spandau, studiował teologię w Halle i sam przez pewien czas był wiejskim duchownym. Szybko jednak zwrócił się ku sprawom gospodarczym. Pisał o rolnictwie i o reformach agrarnych, zdobył uznanie jako znawca administracji majątków, a małżeństwo z córką szlacheckiej rodziny von Itzenplitz otworzyło mu drogę do wyższych sfer. Fryderyk II nie darzył go sympatią i odmówił mu nobilitacji, wyrażając się o nim z pogardą jako o intryganckim klechie. Ta niechęć starego króla miała później zaważyć na reputacji Wöllnera: dla zwolenników fryderycjańskiej tradycji był parweniuszem, który wkradł się w łaski następcy przez tajne stowarzyszenie.
W wolnomularstwie, a następnie w Złotym Różokrzyżu Wöllner znalazł środowisko, w którym jego ambicje intelektualne i religijne mogły się połączyć. Zakon oferował mu obraz świata, w którym pobożność, wiedza przyrodnicza i porządek społeczny tworzyły harmonijną całość, a jednocześnie strukturę, w której mógł awansować. Stał się jednym z czołowych przedstawicieli różokrzyżowców w Berlinie. Jego pobożność wydaje się szczera; nie ma podstaw, by traktować go wyłącznie jako cynicznego karierowicza. Był człowiekiem przekonanym, że oświeceniowa krytyka religii podkopuje fundamenty moralności i państwa, i że przywrócenie autorytetu objawienia jest zadaniem politycznym.
W połowie lat osiemdziesiątych Wöllner prowadził dla następcy tronu wykłady o sprawach państwowych, w których omawiał gospodarkę, finanse i administrację, a także stosunek państwa do religii. Teksty tych wykładów pokazują, że jego program był w dużej mierze konserwatywno-reformatorski: chodziło o lepsze rządzenie, oszczędność, pomoc dla chłopów, ale również o ochronę ortodoksji przed – jak to widział – zgubnym wpływem neologów i deistów.
Edykt religijny z 1788 roku
Gdy Fryderyk Wilhelm II objął tron, Wöllner zaczął szybko awansować. Otrzymał szlachectwo, którego odmówił mu poprzedni władca, a w lipcu 1788 roku został ministrem stanu i sprawiedliwości oraz kierownikiem departamentu spraw duchownych, zastępując Karla Abrahama von Zedlitza, który uchodził za protektora oświecenia. Zaledwie kilka dni później, 9 lipca 1788 roku, ogłoszono edykt religijny, który przeszedł do historii pod nazwiskiem Wöllnera.
Edykt formalnie potwierdzał tolerancję dla wszystkich uznanych wyznań, ale jednocześnie zobowiązywał duchownych luterańskich i reformowanych do nauczania zgodnego z księgami wyznaniowymi ich Kościołów. Kaznodzieja, który głosił poglądy racjonalistyczne, podważał dogmat o Trójcy czy naukę o grzechu pierworodnym, mógł zostać usunięty z urzędu. Pod koniec tego samego roku wydano edykt cenzuralny, który zaostrzał kontrolę nad drukiem. Kilka lat później powołano komisję egzaminacyjną, mającą sprawdzać prawowierność kandydatów na urzędy kościelne i nadzorować nauczanie teologii na uniwersytetach.
Najbardziej znanym epizodem tej polityki stał się konflikt z Immanuelem Kantem. W 1794 roku filozof otrzymał królewskie pismo, w którym zarzucano mu wypaczanie zasad chrześcijaństwa w dziele o religii w granicach samego rozumu. Kant zobowiązał się jako wierny poddany Jego Królewskiej Mości do powstrzymania się od publicznych wypowiedzi o religii, a po śmierci króla uznał to zobowiązanie za wygasłe. Sprawa pokazuje skalę ambicji nowego kursu, ale także jego ograniczenia: państwo mogło nakładać kary i zakazy, nie mogło jednak cofnąć zmian, które zaszły w myśleniu wykształconych elit.
Czy edykt był rzeczywiście dziełem różokrzyżowym? W jego treści nie ma nic, co odwoływałoby się do alchemii, teozofii czy specyficznych nauk zakonu. Był to dokument ortodoksyjnego luteranizmu, który mógłby wyjść spod pióra każdego konserwatywnego teologa. Związek z zakonem polegał na osobach, a nie na doktrynie: ludzie, którzy go przygotowali i wdrażali, należeli do Złotego Różokrzyża, a ich przekonanie o konieczności obrony objawienia wyrastało z tego samego religijnego żaru, który przyciągnął ich do bractwa. Dla krytyków to wystarczało, by mówić o rządach tajnego zakonu.
Seanse i dworska mistyka
Druga warstwa oskarżeń dotyczyła tego, co działo się w prywatnym życiu króla. Według licznych relacji, w dużej części pochodzących z drugiej ręki lub od nieprzychylnych obserwatorów, w kręgu Fryderyka Wilhelma organizowano seanse, podczas których miały się ukazywać duchy zmarłych. Najczęściej wymienia się w tym kontekście pałac w Charlottenburgu oraz rezydencje w Poczdamie, a jako reżysera tych zjawisk wskazywano Bischoffswerdera. Opowiadano, że królowi ukazywały się postacie dawnych władców i mędrców, które napominały go i udzielały rad, a także że w inscenizacji używano sztuczek akustycznych i optycznych.
Trudno dziś oddzielić w tych opowieściach prawdę od plotki. Pewne jest, że król był zainteresowany zjawiskami nadprzyrodzonymi i że w jego otoczeniu praktykowano coś w rodzaju teurgicznych lub spirytystycznych doświadczeń; nie jest natomiast jasne, jak często się one odbywały, kto w nich uczestniczył i czy rzeczywiście służyły do przekazywania politycznych instrukcji. Wiele szczegółów, które powtarzały późniejsze książki, pochodzi z pamfletów i wspomnień pisanych po upadku różokrzyżowców, gdy ośmieszenie ich stało się modne. Historyk musi tu zachować szczególną ostrożność, pamiętając, że obraz króla manipulowanego przez duchy był zbyt atrakcyjny, by jego autorzy troszczyli się o dokładność.
Warto przy tym pamiętać, jak takie praktyki mogły być rozumiane od wewnątrz. Dla pobożnego członka zakonu kontakt ze światem duchowym nie był zabawą ani sztuczką, lecz przedłużeniem modlitwy i przekonania, że Bóg może przemawiać przez znaki i posłańców. Teozoficzna literatura, którą czytano w tych kręgach, pełna była opisów aniołów, wizji i światła wewnętrznego. Jeśli Fryderyk Wilhelm szukał w seansach pocieszenia i rady, to szukał ich w języku religijnym, który traktował poważnie, a nie w atmosferze salonowej rozrywki, jaką sugerowały późniejsze satyry.
Bischoffswerder, niezależnie od tych legend, zajmował realnie ważną pozycję. Jako adiutant generalny i zaufany doradca wpływał na pruską politykę zagraniczną, uczestnicząc w negocjacjach z Austrią na początku lat dziewięćdziesiątych. Jego kariera pokazuje, że różokrzyżowe koneksje mogły otwierać drzwi, ale utrzymanie się na dworze wymagało także zdolności, które z zakonem nie miały nic wspólnego.
Berlińscy oświeceniowcy i obraz zakonu
Najostrzej na nowy kurs zareagowało środowisko berlińskich zwolenników oświecenia: wydawca Friedrich Nicolai, redaktorzy „Berlinische Monatsschrift” Johann Erich Biester i Friedrich Gedike oraz ich liczni sojusznicy. Dla nich edykt religijny był zamachem na wolność myśli, a różokrzyżowcy – uosobieniem obskurantyzmu, który przez tajne stowarzyszenia i dworskie intrygi odbiera państwu rozum. Zaostrzona cenzura sprawiła, że część pism oświeceniowych szukała wydawców i drukarzy poza granicami Prus, co samo w sobie stało się aktem protestu.
W ich publicystyce ukształtował się obraz, który miał długie życie: różokrzyżowiec jako oszust lub fanatyk, posługujący się alchemią i duchami, by zdobyć władzę nad słabym monarchą. Obraz ten był polemiczny i uproszczony, ale zawierał trafną obserwację – że tajne stowarzyszenie oparte na hierarchii i posłuszeństwie stwarza możliwość wpływu, który wymyka się publicznej kontroli. W epoce, w której opinia publiczna dopiero zaczynała się kształtować jako siła polityczna, było to doświadczenie nowe i niepokojące.
Sam zakon w tym czasie słabł. Jeszcze przed wstąpieniem Fryderyka Wilhelma na tron w strukturach Złotego Różokrzyża narastały napięcia, a pod koniec lat osiemdziesiątych przełożeni zarządzili zawieszenie prac. Wöllner i Bischoffswerder działali więc w dużej mierze już jako indywidualni doradcy króla, a nie jako emisariusze sprawnej organizacji. Po śmierci Fryderyka Wilhelma II w listopadzie 1797 roku jego syn i następca, Fryderyk Wilhelm III, szybko odsunął obu od władzy: Wöllner został zdymisjonowany w 1798 roku, a polityka religijna jego ministerium straciła oparcie.
Mit i rzeczywistość wpływu
Epizod pruski odegrał w dziejach różokrzyżowstwa rolę nieproporcjonalną do jego realnego znaczenia. Dla przeciwników stał się dowodem, że tajne zakony dążą do władzy i są w stanie ją zdobyć; dla późniejszych autorów spiskowych – wzorem opowieści o niewidzialnych rządach. Tymczasem przy bliższym spojrzeniu widać raczej konserwatywną politykę religijną, prowadzoną przez szczerze pobożnych urzędników, którzy przypadkiem – a może nieprzypadkowo – należeli do zakonu o mistycznym charakterze, oraz króla, który szukał w religii i w zjawiskach nadprzyrodzonych oparcia, jakiego nie dawała mu racjonalistyczna kultura dworu wuja.
Edykt Wöllnera pozostał symbolem, bo dobrze nadawał się do tej roli: był konkretnym aktem prawnym, który można było cytować, krytykować i przeciwstawiać tolerancji fryderycjańskiej. Jego związek z różokrzyżowstwem jest rzeczywisty, ale pośredni. Przez osoby, a nie przez doktrynę, mistyczny zakon zetknął się z państwową władzą – i z tego zetknięcia obie strony wyszły zmienione: Prusy z doświadczeniem krótkiej reakcji religijnej, a różokrzyżowstwo z reputacją, która ciążyła na nim przez całe następne stulecie.
