Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Różokrzyż

Percy Bysshe Shelley i gotycki Różokrzyżowiec

Wydana na przełomie 1810 i 1811 roku powieść St. Irvyne; or, The Rosicrucian osiemnastoletniego Percy'ego Bysshe Shelleya czyni z różokrzyżowego adepta figurę grozy, w której obietnica nieśmiertelności staje się przekleństwem, a tajemna wiedza – formą samotności i paktu z siłami ciemności.

Tablica z „Geheime Figuren der Rosenkreuzer”, Altona 1785
Tablica z „Geheime Figuren der Rosenkreuzer”, Altona 1785

Student z Oksfordu i jego druga powieść

Gdy pod koniec 1810 roku londyński wydawca John Joseph Stockdale wypuścił na rynek powieść St. Irvyne; or, The Rosicrucian: A Romance, na stronie tytułowej nie widniało nazwisko autora. Książkę podpisano jako dzieło „dżentelmena z Uniwersytetu Oksfordzkiego”, a wszyscy, którzy znali młodego Shelleya, wiedzieli, kto się za tą formułą kryje. Był to jego drugi utwór prozatorski, wydany zaledwie kilka miesięcy po Zastrozzi, i ostatni przed relegowaniem z Oksfordu w marcu 1811 roku za broszurę The Necessity of Atheism. Na stronie tytułowej widniała data 1811, choć książka krążyła już w grudniu poprzedniego roku.

Powieść jest dziełem pośpiesznym, pełnym zapożyczeń i nieciągłości fabularnych. Krytyka przyjęła ją chłodno, a późniejsi biografowie Shelleya na ogół traktowali ją jako młodzieńczy wybryk, który wypada wspomnieć, ale nie ma sensu analizować. Z perspektywy dziejów wyobrażeń o różokrzyżowcach jest jednak tekstem ważnym. Pokazuje, jak w pierwszych latach XIX wieku postać adepta, który zna tajemnicę przedłużenia życia, została wchłonięta przez konwencję powieści grozy i nabrała cech, które odtąd będą jej towarzyszyć: mrocznego uroku, władzy nad cudzą wolą i ceny płaconej za nadludzką wiedzę.

Tytułowe słowo „Różokrzyżowiec” pojawia się w powieści właściwie tylko na stronie tytułowej i w domyśle czytelnika. Shelley nie wykłada doktryny Bractwa, nie wspomina o manifestach ani o Christianie Rosenkreutzu, nie przedstawia żadnej organizacji. Zakłada, że czytelnik zna popularne skojarzenie: różokrzyżowiec to ktoś, kto posiadł sekret eliksiru i przedłuża życie ponad miarę ludzką. Ten skrót myślowy jest dla historii recepcji najciekawszy. Około 1810 roku angielska publiczność potrzebowała już tylko jednego słowa, by przywołać cały kompleks wyobrażeń.

Wolfstein, Megalena i tajemniczy Ginotti

Fabuła zaczyna się w Alpach, wśród burzy. Młody Wolfstein, zrozpaczony i bliski samobójstwa, zostaje uratowany przez bandę rozbójników i wstępuje do ich wspólnoty. W jaskini spotyka Megalenę, kobietę porwaną przez bandytów, z którą ucieka po otruciu herszta. Wśród rozbójników przebywa jednak postać, która od pierwszej chwili budzi w nim lęk: Ginotti, człowiek milczący, przenikliwy, zdający się czytać myśli. To on jest tytułowym różokrzyżowcem, choć powieść nigdy nie nazywa go tak bezpośrednio.

Ginotti śledzi Wolfsteina przez całą książkę, pojawia się w Genui, gdy bohater uwikłany jest w romans z Olimpią di Strobazzo i w zbrodnicze żądania Megaleny, i domaga się od niego przysięgi. W końcu odsłania swoją historię. Od młodości oddany był filozofii przyrody, zgłębiał tajemnice natury z namiętnością, która zastąpiła mu wiarę, i doszedł do przekonania, że może przedłużać życie bez końca. Tę wiedzę chce teraz przekazać Wolfsteinowi, lecz pod jednym warunkiem: Wolfstein musi wyrzec się swojego Stwórcy. Finał rozgrywa się w podziemiach opactwa St. Irvyne, gdzie bohater odmawia ostatniego kroku, a wówczas pojawia się istota piekielna i spotyka obu mężczyzn zagłada.

Równolegle biegnie drugi wątek, o Eloise de St. Irvyne, uwiedzionej przez tajemniczego Nempere'a i ostatecznie uratowanej przez szlachetnego Anglika Fitzeustace'a. Oba wątki łączą się dopiero w ostatnich zdaniach powieści, które ujawniają, że Nempere i Ginotti to ta sama osoba, a Eloise jest siostrą Wolfsteina. Rozwiązanie jest pośpieszne i niezbyt przekonujące, ale nadaje adeptowi cechę, która wzmacnia jego grozę: wieloimienność. Różokrzyżowiec Shelleya nie ma stałej tożsamości. Pojawia się pod różnymi nazwiskami w różnych miejscach, a jego długie życie jest zarazem ciągiem przebrań.

Znaczący jest również moment ostatecznej odmowy. Wolfstein przez całą powieść ulega namiętnościom, popełnia zbrodnie i daje się prowadzić cudzej woli, a jednak w podziemiach opactwa, gdy Ginotti żąda wyrzeczenia się Boga, bohater się waha i nie wypowiada wymaganych słów. Shelley, który kilka miesięcy później miał zostać wyrzucony z uczelni za broszurę o konieczności ateizmu, każe swojemu bohaterowi zatrzymać się przed bluźnierstwem. Można w tym widzieć ustępstwo wobec konwencji, w której pakt z diabłem musi skończyć się katastrofą, ale także ślad niepewności samego autora. Powieść pełna jest zresztą wplecionych w prozę wierszy, melancholijnych i patetycznych, które spowalniają akcję i nadają jej ton lamentu, jakby młody pisarz sam nie był pewien, czy opowiada historię grozy, czy żałobną balladę.

Nieśmiertelność jako przekleństwo

W wyobrażeniach o różokrzyżowcach, jakie krążyły w XVIII wieku, długowieczność była jedną z oznak doskonałości adepta. Manifesty z początku XVII stulecia mówiły o założycielu, który żył ponad sto lat, a jego ciało miało zostać odnalezione w grobowcu nietknięte rozkładem, a późniejsze legendy przypisywały członkom Bractwa wiedzę o elixir vitae. Shelley przejmuje ten motyw, ale odwraca jego znak. U niego nieśmiertelność nie jest nagrodą za mądrość ani owocem duchowego oczyszczenia, lecz przedmiotem transakcji, za którą trzeba zapłacić zbawieniem.

Ginotti nie wydaje się szczęśliwy. Jego długie życie jest pustką, którą wypełnia tylko pragnienie przekazania sekretu, a więc znalezienia następcy, który przejmie jego ciężar. W tej konstrukcji kryje się psychologiczna intuicja, którą rozwinie później cała literatura o nieśmiertelnych: kto przeżywa wszystkich, staje się obcy wszystkim. Wieczność bez wspólnoty okazuje się formą wygnania. Różokrzyżowiec Shelleya nie należy do bractwa. Jest samotny, a jego jedyną więzią z ludźmi jest próba uwiedzenia jednego z nich.

Trzeba też zauważyć, że wiedza Ginottiego ma u Shelleya rodowód przyrodniczy, a nie religijny. Nie dochodzi do niej przez modlitwę, kontemplację ani wtajemniczenie w tradycję, lecz przez badanie natury, połączone z odrzuceniem Boga. W tym punkcie powieść dotyka napięcia, które znajdzie wielką formę kilka lat później we Frankensteinie Mary Shelley: lęku przed wiedzą, która wymyka się granicom wyznaczonym człowiekowi. W St. Irvyne napięcie to wyrażone jest jeszcze w języku diabelskiego paktu, ale jego źródłem jest współczesna autorowi fascynacja nauką.

Godwin, Lewis i gotycka szkoła

Najważniejszym literackim poprzednikiem St. Irvyne jest powieść Williama Godwina St. Leon: A Tale of the Sixteenth Century (1799). Jej bohater, Reginald de St. Leon, otrzymuje od tajemniczego nieznajomego sekret kamienia filozoficznego i eliksiru życia, a dar ten niszczy jego rodzinę i odcina go od świata. Godwin, filozof radykalny i autor Political Justice, napisał opowieść o nieśmiertelności jako o nieszczęściu wynikającym z izolacji jednostki od wspólnoty. Shelley znał jego dzieła i podziwiał je od lat szkolnych; dopiero na początku 1812 roku nawiązał z Godwinem osobistą korespondencję, która zaważyła na jego dalszym życiu.

Podobieństwo już samych tytułów, St. Leon i St. Irvyne, nie jest przypadkowe. Shelley przejmuje od Godwina motyw adepta przekazującego sekret oraz przekonanie, że ten sekret jest raczej klątwą niż darem. Różnica polega na tonacji. Godwin pisał powieść filozoficzną, w której nadprzyrodzone wydarzenia służą analizie społecznych i moralnych skutków bogactwa i długowieczności. Shelley pisał powieść grozy, w której te same motywy służą wywołaniu dreszczu i budowaniu atmosfery winy.

Tę atmosferę zawdzięczał drugiej linii wpływów: angielskiej powieści gotyckiej przełomu stuleci. The Monk Matthew Lewisa (1796) dostarczył wzoru diabelskiego paktu i gwałtownego, okrutnego finału. Zofloya, or The Moor Charlotte Dacre (1806), powieść, którą młody Shelley czytał z entuzjazmem, podsunęła mu postać demonicznego kusiciela i namiętnej, zbrodniczej kobiety, której echem jest Megalena. Od Ann Radcliffe przejął pejzaże alpejskie, burze i ruiny opactw. Z tych elementów złożył powieść, w której różokrzyżowiec staje się kolejnym wcieleniem gotyckiego złoczyńcy: uczonym zamiast mnicha, adeptem zamiast demona.

Młodzieniec przy piecyku

Biografia Shelleya podsuwa dodatkowe tło. Jego szkolni i uniwersyteccy przyjaciele, przede wszystkim Thomas Jefferson Hogg, wspominali, że w Eton i w Oksfordzie przeprowadzał amatorskie eksperymenty chemiczne i elektryczne, a jego pokój pełen był naczyń, przyrządów i plam. W Eton słuchał wykładów popularyzatora nauki Adama Walkera. Według relacji przyjaciół i krewnych w dzieciństwie czytał też dawnych autorów, takich jak Albert Wielki i Paracelsus, a jego wyobraźnię rozpalały opowieści o duchach, eliksirach i zaklęciach. Relacje te pisane były po latach i mają swoje skłonności do upiększania, ale zgadzają się co do jednego: dla młodego Shelleya granica między nowoczesną chemią a dawną tajemną wiedzą była płynna.

Nie znaczy to, że St. Irvyne jest świadectwem zainteresowania alchemią duchową. Shelley nie szukał w hermetyzmie drogi wewnętrznej przemiany i nie interesował się symboliką Wielkiego Dzieła. Jego eksperymenty były zabawą chłopca zafascynowanego elektrycznością i reakcjami chemicznymi, a jego powieść używa różokrzyżowca jako znaku zakazanej wiedzy w ogóle. Ta płynność jest jednak znacząca dla historii wyobrażeń. W St. Irvyne adept przestaje być depozytariuszem starożytnej mądrości, a staje się prototypem uczonego, który posunął się za daleko.

Spadkobiercy Ginottiego

Wpływ powieści Shelleya na późniejszą literaturę był ograniczony, bo sama książka szybko popadła w zapomnienie i wznawiano ją głównie jako ciekawostkę w zbiorach jego pism. Motyw, który utrwaliła, rozwijał się jednak dalej. Mary Shelley wróciła do tematu nieśmiertelności jako przekleństwa w opowiadaniu The Mortal Immortal (1833), gdzie uczeń Korneliusza Agryppy wypija eliksir i skazany jest na to, by przeżyć ukochaną i trwać samotnie. Bulwer-Lytton w latach czterdziestych nadał postaci nieśmiertelnego adepta szlachetniejszy wymiar, ale nie pozbawił jej melancholii i ceny, jaką płaci za oddzielenie od ludzi.

Młodzieńcza powieść Shelleya pozostaje więc ogniwem w procesie, w którym różokrzyżowiec z postaci reformatora i uzdrowiciela, znanego z manifestów, przemienił się w romantycznego obcego, trwającego poza czasem. Shelley nie wiedział o Bractwie wiele i nie próbował się dowiedzieć. Wystarczyło mu słowo, które w jego czasach oznaczało sekret eliksiru i aurę tajemnicy, oraz gotycka scena, na której ten sekret mógł zostać zaoferowany i odrzucony. Jego Ginotti jest adeptem, który posiadł wszystko poza tym, co nadaje życiu sens, i właśnie dlatego staje się w powieści figurą bardziej żałosną niż straszną.