Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Różokrzyż

Leibniz w norymberskim towarzystwie alchemicznym

Pobyt dwudziestoletniego Leibniza w Norymberdze w latach 1666–1667, gdy pełnił funkcję sekretarza miejscowego towarzystwa alchemicznego, stał się po latach jednym z filarów legendy o różokrzyżowcach, choć zachowane świadectwa opisują raczej krąg laboratoryjnych amatorów niż tajne bractwo z manifestów.

Portret Gottfrieda Wilhelma Leibniza pędzla Christopha Bernharda Franckego, około 1695 – domena publiczna
Portret Gottfrieda Wilhelma Leibniza pędzla Christopha Bernharda Franckego, około 1695 – domena publiczna · Wikimedia Commons

Epizod z czasów studenckich

W życiorysie Gottfrieda Wilhelma Leibniza okres norymberski zajmuje zaledwie kilkanaście miesięcy, a mimo to obrósł literaturą nieproporcjonalnie obfitą. Jesienią 1666 roku młody prawnik z Lipska, któremu tamtejszy wydział odmówił promocji doktorskiej – według jego późniejszych relacji z powodu wieku – przeniósł się do Altdorfu, uniwersytetu należącego do wolnego miasta Norymbergi. Tam obronił rozprawę De casibus perplexis in jure i na początku 1667 roku otrzymał stopień doktora obojga praw. Zaproponowaną mu wówczas karierę uniwersytecką odrzucił. Zamiast katedry wybrał niepewną egzystencję w Norymberdze, mieście bogatym, ruchliwym i pełnym ludzi, którzy łączyli kupiecką zamożność z zamiłowaniem do ciekawostek przyrodniczych.

Właśnie w tym otoczeniu Leibniz zetknął się ze stowarzyszeniem zajmującym się alchemią. Przez pewien czas pełnił w nim obowiązki sekretarza: prowadził zapiski, sporządzał wyciągi z dzieł alchemicznych i odnotowywał przebieg prac, za co otrzymywał wynagrodzenie. Sam fakt nie budzi wątpliwości, bo Leibniz kilkakrotnie wspominał o nim w późniejszej korespondencji, zwykle z lekką ironią wobec własnej młodzieńczej łatwowierności, ale bez zaprzeczania. Wątpliwości dotyczą czegoś innego: kim byli ludzie, którym służył, jak nazywało się ich zgromadzenie i czy miało ono cokolwiek wspólnego z bractwem Różanego Krzyża, o którym od 1614 roku pisano w całej Rzeszy.

Anegdota o listach pełnych niezrozumiałych słów

Najbarwniejszą częścią tej historii jest opowieść o sposobie, w jaki Leibniz zdobył przystęp do towarzystwa. W wersji utrwalonej przez wczesnych biografów, a zwłaszcza przez Éloge de M. Leibnitz Bernarda de Fontenelle'a, odczytaną w paryskiej Akademii Nauk wkrótce po śmierci filozofa, młodzieniec miał przewertować najciemniejsze traktaty alchemiczne, jakie zdołał znaleźć, wynotować z nich najbardziej zagadkowe wyrażenia i ułożyć z nich list, którego sam nie rozumiał. Adresaci, zachwyceni tak głęboką znajomością sztuki, mieli go natychmiast przyjąć i powierzyć mu funkcję sekretarza.

Opowieść ta ma wszystkie cechy anegdoty, którą lubi się powtarzać: pokazuje bystrość przyszłego geniusza, ośmiesza adeptów, którzy pomylili żargon z mądrością, i zarazem uniewinnia bohatera z podejrzenia, że naprawdę wierzył w złoto z pieca. Nie wiadomo, ile w niej prawdy. Przekaz Fontenelle'a opiera się zapewne na informacjach z otoczenia Leibniza, być może pośrednio na jego własnych wspomnieniach, ale relacja ta powstała pół wieku po wydarzeniach i służyła celom pochwalnej mowy. Nowsi badacze traktują ją ostrożnie: zgadzają się, że Leibniz mógł wykorzystać swoją erudycję, by zdobyć zaufanie członków koła, wątpią natomiast, by sprawa rozegrała się w tak teatralny sposób. Tym bardziej nie da się z anegdoty wywnioskować czegokolwiek o charakterze towarzystwa – poza tym, że posługiwało się ono językiem traktatów, a nie jakimś osobnym, inicjacyjnym kodem.

Daniel Wülfer i środowisko norymberskich adeptów

Postacią, z którą tradycja wiąże kierownictwo towarzystwa, jest Daniel Wülfer (1617–1685), luterański duchowny, kaznodzieja przy kościele św. Wawrzyńca w Norymberdze i autor licznych pism teologicznych. Wülfer należał do miejscowej elity intelektualnej, a jego zainteresowania wykraczały poza teologię; przypisywanie mu przewodnictwa w kole alchemicznym opiera się jednak głównie na przekazach późniejszych autorów, a nie na dokumentach samego stowarzyszenia, których – o ile istniały – nie zachowało się wiele. Ostrożniej jest więc mówić, że Wülfer był osobą, wokół której koncentrowały się norymberskie zainteresowania alchemiczne, niż że był formalnym przełożonym zakonu.

Środowisko, w którym obracał się Leibniz, nie było niczym wyjątkowym w ówczesnych Niemczech. W wielu miastach Rzeszy lekarze, aptekarze, duchowni i zamożni mieszczanie składali się na wspólne laboratorium, wymieniali receptury, kupowali rzadkie książki i finansowali kogoś, kto prowadził dla nich notatki. Ślady prac norymberskich, o ile da się je odtworzyć, wskazują na zajęcia praktyczne: destylacje, próby z metalami, porównywanie przepisów z różnych autorów. W zachowanym materiale nie widać natomiast ani duchowej hermeneutyki Wielkiego Dzieła, ani teozoficznych spekulacji w duchu Jakuba Böhmego. Jeśli członkowie koła rozumieli swoją pracę w kategoriach religijnych, nie zostawili tego śladu, który pozwalałby mówić o alchemii duchowej w sensie ścisłym; uczciwiej jest uznać norymberskie towarzystwo za przedsięwzięcie laboratoryjne, otoczone zwykłą dla epoki aurą tajemnicy.

Funkcja sekretarza w takim kole miała swoje konkretne znaczenie. Alchemiczna literatura XVII wieku była ogromna, rozproszona i pełna sprzeczności; ten sam proces opisywano pod różnymi nazwami, a jedna nazwa mogła oznaczać kilka odmiennych substancji. Ktoś musiał zatem czytać, porównywać i streszczać, a następnie zapisywać, co z tych lektur wynikło w praktyce. Dla młodego człowieka obdarzonego wyjątkową pamięcią i nawykiem sporządzania wypisów było to zajęcie naturalne. Leibniz zdobył w ten sposób rozległą, choć powierzchowną znajomość języka alchemików, która później pozwalała mu swobodnie rozmawiać z adeptami spotykanymi na dworach i w podróżach. Nie znaczy to, że przyswoił sobie ich przekonania; jego późniejsze uwagi świadczą raczej o ciekawości połączonej z rosnącym dystansem.

Pobyt Leibniza w Norymberdze zakończył się w 1667 roku spotkaniem, które miało dla niego znaczenie znacznie większe niż alchemia. Poznał wtedy Johanna Christiana von Boineburga, byłego pierwszego ministra elektora mogunckiego, który dostrzegł jego talent i ułatwił mu wejście do służby w Moguncji. Leibniz opuścił miasto i choć do końca życia interesował się chemią – śledził choćby odkrycie fosforu przez Henniga Branda i zabiegał o pozyskanie jego tajemnicy dla Hanoweru – epizod norymberski pozostał w jego biografii zamkniętym rozdziałem.

Skąd wzięło się słowo „różokrzyżowy”

Nazwa „towarzystwo różokrzyżowe” nie pochodzi ze źródeł z lat sześćdziesiątych XVII wieku. Pojawia się później, w literaturze, która od połowy XVIII wieku z coraz większym zapałem szukała w przeszłości śladów tajnych bractw. Gdy w Rzeszy działały już zakony Złotego Różokrzyża, a wolnomularze spierali się o własne genealogie, nazwisko najsłynniejszego niemieckiego uczonego wiązane z jakimś tajnym kołem stało się łakomym kąskiem. Jednym z autorów, którzy przyczynili się do utrwalenia tego obrazu, był norymberski polihistor Christoph Gottlieb von Murr, wydawca i kolekcjoner, piszący na przełomie XVIII i XIX wieku o rzeczywistym pochodzeniu różokrzyżowców i wolnomularzy. W jego ujęciu i w ujęciach jemu podobnych norymberski krąg alchemików zyskiwał rysy bractwa z manifestów.

W XIX wieku biografowie Leibniza, tacy jak Gottschalk Eduard Guhrauer, przekazywali tę informację dalej, czasem z zastrzeżeniami, czasem bez nich, a popularne historie ezoteryzmu chętnie ją rozdmuchiwały. W efekcie w wielu książkach można przeczytać, że Leibniz „był różokrzyżowcem” albo przynajmniej „sekretarzem różokrzyżowców w Norymberdze”. Takie sformułowanie zawiera prawdziwe jądro – rzeczywistą funkcję sekretarza – ale owija je w kategorię, której źródła z epoki nie potwierdzają.

Krytyka historyczna i jej wnioski

Rozstrzygające dla nowszej oceny okazały się studia George'a MacDonalda Rossa, który w artykule opublikowanym w 1974 roku na łamach „Studia Leibnitiana” zestawił dostępne świadectwa dotyczące norymberskiego towarzystwa. Jego wnioski są trzeźwe: Leibniz rzeczywiście pracował dla grupy zainteresowanej alchemią, ale nic nie wskazuje, by grupa ta określała się jako różokrzyżowa, posiadała rytuały inicjacyjne czy uważała się za część ponadlokalnej organizacji. Etykieta różokrzyżowa okazuje się anachronizmem, przeniesieniem na XVII-wieczne koło pojęć ukształtowanych przez późniejszą epokę zakonów i lóż.

Krytyka ta nie unieważnia całkowicie związku między epizodem norymberskim a ruchem różokrzyżowym. Manifesty z lat 1614–1616 wywołały w Niemczech falę publikacji, a w ich wyniku każdy, kto zajmował się alchemią w atmosferze dyskrecji, mógł być postrzegany przez otoczenie jako potencjalny członek niewidzialnego bractwa. Słowo „różokrzyżowiec” bywało w XVII wieku określeniem potocznym, często szyderczym, na każdego, kto obiecywał tajemną wiedzę. W tym luźnym sensie norymberscy adepci mogli być tak nazywani także przez współczesnych, choć brak na to bezpośrednich dowodów. Ważne jest jednak odróżnienie tej potocznej łatki od twierdzenia, że istniała w Norymberdze zorganizowana gałąź zakonu.

Warto też pamiętać, jak niewiele wiadomo o samym składzie koła. Nie zachowała się lista członków ani statut, a nazwiska wymieniane w literaturze pochodzą głównie z późniejszych rekonstrukcji. Historycy, którzy próbowali ustalić, kto oprócz Wülfera uczestniczył w pracach, musieli opierać się na pośrednich wskazówkach, a ich ustalenia pozostają hipotezami. Ta luka w źródłach sprzyjała dopowiedzeniom: gdzie brak dokumentów, tam łatwo umieścić tajny zakon, który z definicji dokumentów nie zostawia.

Sam Leibniz w późniejszych latach odnosił się do opowieści o bractwie Różanego Krzyża sceptycznie i, według przekazów jego korespondencji, uważał je za literacką fikcję zręcznego autora. Taka postawa dobrze współgra z jego norymberskim doświadczeniem: kto widział od środka, jak wygląda koło alchemików, ten łatwiej rozpoznaje, czym różni się ono od niewidzialnego kolegium opisywanego w Fama Fraternitatis.

Legenda jako świadectwo epoki

Historia sekretarza norymberskich alchemików mówi więc mniej o samym Leibnizu niż o tym, jak późniejsze pokolenia budowały pamięć tradycji różokrzyżowej. XVIII- i XIX-wieczni autorzy potrzebowali świadków i patronów, a nazwisko uczonego, którego dzieło zdawało się łączyć matematykę z metafizyką, było patronem doskonałym. Dopisanie go do listy wtajemniczonych nadawało ruchowi powagę i zarazem sugerowało, że w jego najlepszych przedstawicielach wiedza przyrodnicza i tajemna stanowiły jedność.

Dla historyka ten mechanizm jest równie interesujący jak sam epizod. Pokazuje, że tradycja ezoteryczna często rozwija się przez retrospektywną interpretację: zwyczajne fakty z biografii, wyrwane z kontekstu i opatrzone nową nazwą, stają się dowodami ciągłości. W przypadku Norymbergi z lat 1666–1667 pozostaje kilka pewnych danych – młody doktor praw, płatna funkcja sekretarza, praca nad wyciągami z traktatów, kaznodzieja Wülfer w tle – oraz gęsta warstwa późniejszych dopowiedzeń. Oddzielenie jednych od drugich nie odbiera tej historii uroku; przeciwnie, pozwala dostrzec, jak w kulturze wczesnej nowożytności przeplatały się ciekawość przyrodnicza, ambicja społeczna i pragnienie przynależności do kręgu tych, którzy wiedzą więcej.