Sincerus Renatus i reguły Złotego i Różanego Krzyża z 1710 roku
Wydany we Wrocławiu w 1710 roku traktat śląskiego pastora Samuela Richtera, podpisującego się jako Sincerus Renatus, zawiera pierwszy znany zbiór praw bractwa Złotego i Różanego Krzyża, a tym samym zapisuje moment, w którym literacki mit z manifestów zaczyna przybierać kształt regulaminu zakonu.

Sto lat po manifestach
Gdy w latach 1614–1616 ukazały się Fama Fraternitatis, Confessio Fraternitatis i Chymische Hochzeit Christiani Rosencreutz, Europa przez kilka dekad szukała bractwa, które – jak się zdawało – samo wzywało do kontaktu. Odpowiedzi drukowano setkami, a jednak nikt nie potrafił wskazać domu Ducha Świętego ani podać nazwisk braci. Pod koniec XVII wieku fala ta opadła. Różokrzyżowiec stał się postacią z polemik i satyr, sztafażem dla każdego, kto obiecywał tajemną wiedzę, i figurą alchemicznych opowiastek o adeptach, którzy przechodzą przez miasta, zostawiają garść złota i znikają.
Na tym tle niewielka książka wydana we Wrocławiu w 1710 roku ma znaczenie wykraczające poza jej treść alchemiczną. Jej tytuł – Die warhaffte und vollkommene Bereitung des Philosophischen Steins der Brüderschafft aus dem Orden des Gülden- und Rosen-Creutzes – zapowiadał prawdziwe i doskonałe przygotowanie kamienia filozofów według bractwa z zakonu Złotego i Różanego Krzyża. Najważniejsza dla historii ruchu okazała się jednak nie receptura, lecz dołączony do niej zbiór praw, w którym bractwo po raz pierwszy występuje jako organizacja z przełożonymi, obowiązkami i procedurami. Nazwa „Złoty i Różany Krzyż”, w tej postaci, pojawia się tu po raz pierwszy w druku, przynajmniej w świetle znanych dziś źródeł.
Pastor ze Śląska i jego pseudonim
Za pseudonimem Sincerus Renatus – „szczerze odrodzony” – krył się Samuel Richter, luterański duchowny ze Śląska, działający w okolicach Landeshut, dzisiejszej Kamiennej Góry. Niewiele wiadomo o jego życiu poza tym, co wynika z jego pism. Richter należał do pokolenia, które w luterańskiej ortodoksji szukało gorętszej, bardziej osobistej pobożności; łączy się go z kręgami pietystycznymi, a jego pisma noszą wyraźne ślady lektury Paracelsusa i Jakuba Böhmego. W 1711 roku wydał obszerniejsze dzieło Theo-Philosophia theoretico-practica, w którym alchemia, kosmologia i nauka o odrodzeniu człowieka splatają się w jeden system teozoficzny.
Sam pseudonim jest programem. Słowo renatus odsyła do Ewangelii Jana i do pietystycznej nauki o nowym narodzeniu; sincerus podkreśla czystość intencji, przeciwstawioną chciwości zwykłych poszukiwaczy złota. Richter przedstawia się więc nie jako szczęśliwy wynalazca, lecz jako człowiek przemieniony wewnętrznie, któremu dlatego wolno mówić o sprawach ukrytych. To rozróżnienie jest dla jego książki kluczowe: część poświęcona przygotowaniu kamienia ma charakter praktyczny i operuje językiem laboratoryjnym, a sens religijny przypisuje się jej poprzez ramę – przez wymagania moralne wobec adepta i przez przekonanie, że prawdziwa sztuka jest darem Bożym, nie technicznym odkryciem. Richter nie przekształca receptury w alegorię duszy, ale też nie traktuje jej jako czysto chemicznego przepisu oderwanego od życia duchowego.
Pozostaje pytanie, skąd pastor miał tekst praw. Sam sugeruje, że ogłasza materiał bractwa, a nie własny pomysł. Czy rzeczywiście dysponował regulaminem krążącym w jakimś kole, czy też ułożył go sam, wzorując się na Famie i na obyczajach znanych mu stowarzyszeń, tego nie da się dziś rozstrzygnąć. Badacze, tacy jak Christopher McIntosh, ostrożnie przyjmują, że w okresie tym mogły istnieć niewielkie grupy alchemików posługujące się nazwą różokrzyżową, a Richter dał im – albo sobie – formę pisaną. Brak jednak dokumentów, które pozwalałyby wskazać konkretne koło, do którego miałby należeć.
Kontekst śląski nie jest bez znaczenia. Luteranie na Śląsku żyli pod panowaniem katolickich Habsburgów i dopiero ugoda altransztadzka z 1707 roku, wymuszona przez Karola XII, przywróciła im część kościołów i swobód. W takim środowisku religijna dyskrecja była doświadczeniem codziennym, a idea wspólnoty pobożnych, która działa w ukryciu i nie zwraca na siebie uwagi władzy, miała zrozumiałą siłę przyciągania. Wrocław był zarazem ważnym ośrodkiem drukarskim, w którym książki o tematyce alchemicznej i mistycznej mogły się ukazywać bez większych przeszkód. Nie trzeba z tego wyprowadzać prostych zależności, ale łatwiej zrozumieć, dlaczego właśnie śląski pastor nadał różokrzyżowej legendzie kształt reguły dla dyskretnej, rozproszonej wspólnoty.
Pięćdziesiąt dwie reguły
Zbiór praw liczy pięćdziesiąt dwa artykuły. Ich treść nie przypomina rozbudowanego rytuału; jest to raczej regulamin wspólnoty rozproszonej, której członkowie żyją w świecie i spotykają się rzadko. Reguły określają, kto może zostać przyjęty, jak odbywa się przyjęcie i komu należy się posłuszeństwo. Na czele bractwa stoi przełożony nazywany Imperatorem, a członkowie mają wobec niego zobowiązania, które łączą lojalność z dyskrecją. Szczególny nacisk położony jest na tajemnicę: brat nie powinien ujawniać przynależności, nie powinien chlubić się wiedzą ani demonstrować działania kamienia w sposób, który ściągnąłby uwagę władz lub ciekawskich.
W wielu punktach prawa z 1710 roku rozwijają zobowiązania znane z Famy. Tam bracia przyrzekali leczyć chorych bezinteresownie, nie nosić odrębnego stroju, spotykać się raz w roku i zachować bractwo w ukryciu przez sto lat. U Richtera te ogólne obietnice zostają przełożone na język przepisów: z literackiego motywu powstaje kodeks postępowania. Ważne miejsce zajmują w nim zasady dotyczące kamienia i tynktury – kto może je posiadać, komu wolno je przekazać i jakich nadużyć należy unikać. Pojawiają się również wskazania dotyczące pobożności i uczciwości, które czynią z członka bractwa nie tylko adepta sztuki, lecz także człowieka zobowiązanego do określonego trybu życia.
Ten splot laboratoryjnego i moralnego jest charakterystyczny. Reguły nie mówią o wewnętrznym Wielkim Dziele w sposób, w jaki uczyniliby to XIX-wieczni interpretatorzy alchemii duchowej. Zakładają realny kamień, którego trzeba strzec. Zarazem jednak warunkiem dostępu do sztuki jest charakter: kto jest chciwy, gadatliwy i niepobożny, ten nie powinien być przyjęty, a jeśli zostanie, ma być wydalony. Duchowy sens nie jest tu alegorią substancji, lecz kwalifikacją osoby. W ten sposób Richter zachowuje rozróżnienie, które w późniejszej literaturze często się zaciera: praca nad materią i praca nad sobą pozostają dwiema sprawami, choć ta druga warunkuje pierwszą.
Postać Imperatora zasługuje na osobną uwagę. W manifestach nie było takiego urzędu: bractwo kierowane było przez założyciela, a po jego śmierci przez kolejnych braci, o których tekst mówi oszczędnie. Tytuł zapożyczony z języka władzy cesarskiej nadaje wspólnocie charakter monarchiczny i hierarchiczny, niemal państwowy. Bractwo przestaje być kolegium równych sobie uczonych, a staje się ciałem z głową, której przysługuje prawo decyzji, zwoływania i karania. To przesunięcie od braterskiej równości ku uporządkowanej zwierzchności zapowiada sposób, w jaki różokrzyżowstwo miało się odtąd organizować, i wyjaśnia, dlaczego późniejsi czytelnicy tak chętnie widzieli w regulaminie z 1710 roku zapis rzeczywistej instytucji.
Od legendy do instytucji
W zbiorze praw Sincerusa Renatusa najważniejsze jest przejście, które ten tekst utrwala. Manifesty z początku XVII wieku opisywały wspólnotę widzianą z zewnątrz: opowiadały o założycielu, grobie, księgach i obietnicy powszechnej reformacji, ale nie mówiły, jak do niej wstąpić. Dlatego czytelnicy pisali listy w próżnię. Prawa z 1710 roku odwracają perspektywę – opisują bractwo od środka, z punktu widzenia członka, który zna swoich przełożonych, wie, co mu wolno, i rozumie, jakie są konsekwencje złamania przysięgi.
Taka zmiana perspektywy ma doniosłe skutki. Gdy istnieje regulamin, można sobie wyobrazić jego stosowanie, a gdy można je sobie wyobrazić, można także zacząć je praktykować. Nie wiadomo, czy jakakolwiek grupa rzeczywiście żyła według pięćdziesięciu dwóch reguł w latach bezpośrednio po ich publikacji. Wiadomo natomiast, że tekst krążył, był przedrukowywany i czytany przez ludzi, którzy kilkadziesiąt lat później tworzyli zorganizowane kręgi różokrzyżowe w Rzeszy. Dla nich książka śląskiego pastora stanowiła dowód, że zakon istniał już wcześniej i miał własne prawa, a więc że oni sami nie zakładają czegoś nowego, lecz odnawiają dawną instytucję.
W tym sensie Richter, niezależnie od swoich intencji, dostarczył przyszłym zakonom brakującego ogniwa. Mit potrzebował ciągłości, a ciągłość potrzebowała dokumentu. Regulamin z 1710 roku, pozbawiony dat założenia i list członków, nadawał się do tej roli doskonale: był wystarczająco konkretny, by brzmieć jak prawo działającej wspólnoty, i wystarczająco ogólny, by każda późniejsza grupa mogła się w nim odnaleźć.
Nazwa, która przetrwała
Połączenie złota i róży w nazwie bractwa ma własną wymowę. Złoto oznacza tu zarówno cel sztuki, jak i jej szlachetność; róża i krzyż, przejęte z tradycji manifestów, mówią o cierpieniu i odrodzeniu, o życiu duchowym zakorzenionym w chrześcijańskiej pobożności. Zestawienie obu elementów oddaje dwoistość, którą widać w całym dziele Sincerusa Renatusa: realną alchemię i pietystyczną duchowość, laboratorium i modlitwę, połączone nie przez alegorię, lecz przez osobę adepta, który ma być jednocześnie biegły i pobożny.
Pół wieku później nazwa ta stała się szyldem rozbudowanej organizacji, której dzieje należą już do innej historii. Warto jednak pamiętać, że jej źródło jest skromne: niewielki tom wydany w śląskim mieście przez duchownego, o którym wiemy niewiele więcej niż to, że chciał być szczerze odrodzony. Pięćdziesiąt dwie reguły nie dowodzą istnienia potężnego zakonu w 1710 roku. Dowodzą czegoś innego, dla historii idei równie ważnego – że na początku XVIII wieku ktoś uznał za stosowne przełożyć legendę na prawo. Od tej chwili różokrzyżowstwo mogło być nie tylko opowieścią, którą się czyta, lecz także wspólnotą, do której się należy.
Tę możliwość trzeba oceniać bez przesady w żadną stronę. Nie ma podstaw, by w Richterze widzieć założyciela zakonu ani by uważać jego prawa za akt fundacyjny jakiejś trwałej organizacji. Nie ma też podstaw, by lekceważyć je jako zwykłą mistyfikację. Są one świadectwem wyobraźni religijnej epoki, która chciała, by obiecana w manifestach wspólnota mędrców wreszcie stała się namacalna, i która umiała tę tęsknotę wyrazić w najbardziej przyziemnej z form – w artykułach regulaminu. Właśnie ta przyziemność okazała się najtrwalszym dziedzictwem śląskiego pastora.
