Decknamen – język zasłon w traktatach alchemicznych
Alchemicy świadomie mówili językiem zasłon: nazwy zastępcze, zwane w niemieckiej literaturze przedmiotu Decknamen, oraz celowe rozproszenie nauki po wielu księgach miały zarazem strzec tajemnicy przed niepowołanymi i prowadzić wytrwałego czytelnika ku zrozumieniu, które musiał wypracować sam.

Nazwy, które zakrywają, aby odsłonić
Niemieckie słowo Decknamen, dosłownie „imiona przykrywające”, upowszechniło się w badaniach nad dziejami alchemii jako określenie nazw, którymi autorzy traktatów zastępowali właściwe imiona substancji, operacji i stanów. Kto otwiera średniowieczny albo nowożytny traktat, znajduje w nim zielonego lwa, czarnego kruka, wodę, która nie moczy rąk, ołów filozofów, mleko dziewicy, ogień, który nie pali. Żadna z tych nazw nie jest przypadkowa, ale też żadna nie odsyła wprost do przedmiotu, który mógłby od razu wskazać nowicjusz.
Ta praktyka nie była wyłącznie zabiegiem ochronnym. Zasłona w języku alchemików ma dwie strony. Z jednej odgradza tajemnicę od tych, którzy chcieliby jej użyć bez przygotowania, dla zysku albo z pychy. Z drugiej zmusza czytelnika do pracy: do porównywania tekstów, do zastanowienia się, dlaczego jedna rzecz nosi tyle imion, do wyczucia, które obrazy należą do siebie. Zrozumienie, do którego się dochodzi w ten sposób, nie jest informacją przekazaną z zewnątrz, lecz owocem przemiany samego sposobu myślenia. W tym sensie język zasłon jest pedagogiką: uczy patrzeć na rzeczy w ich związkach i analogiach, a nie w izolacji.
Nazwy zastępcze układają się zresztą w rozpoznawalne rodziny. Jedne pochodzą ze świata zwierząt i opisują siłę lub stan materii: lew, smok, orzeł, kruk, łabędź, feniks. Inne czerpią z pokrewieństwa i życia rodzinnego, mówiąc o królu i królowej, bracie i siostrze, matce, która rodzi własnego ojca. Jeszcze inne sięgają po kolory, planety i bóstwa, tak że Saturn, Wenus czy Mars mogą oznaczać zarówno metal, jak i pewien etap przemiany. Wiele nazw ma wreszcie postać paradoksu, jak woda sucha albo ogień wilgotny, co samo w sobie ostrzega czytelnika, że słowa nie należy brać w jego potocznym znaczeniu. Taka systematyka nigdy nie była ustalona raz na zawsze; różni autorzy używali tych samych obrazów odmiennie, a jeden obraz bywał w ciągu stuleci przypisywany coraz to innym rzeczom.
Dawni autorzy mówili o tym wprost, często w przedmowach. Ostrzegali, że ich słowa są zrozumiałe tylko dla „synów sztuki”, że pisali tak, by mądry pojął, a głupi się zgubił, że prawdę ukryli pod przypowieścią. Takie formuły należą do konwencji gatunku i nie zawsze trzeba je brać za szczere wyznanie, ale świadczą o tym, że zasłona była elementem świadomie przyjętej poetyki, a nie tylko skutkiem niejasności myśli.
Zgromadzenie, które mówi wieloma imionami
Jednym z najstarszych i najbardziej wpływowych przykładów tej poetyki jest Turba philosophorum, „Zgromadzenie filozofów”. Tekst zachował się w przekładzie łacińskim, ale badacze od dawna wskazują na jego arabskie pochodzenie i datują pierwowzór mniej więcej na przełom IX i X wieku. Ma formę sprawozdania z obrad, którym przewodniczy Pitagoras, a w których zabierają głos kolejni mędrcy o imionach greckich, często zniekształconych przez wędrówkę z języka do języka. Każdy z nich wypowiada się o Dziele, a ich wypowiedzi z pozoru przeczą sobie nawzajem.
Właśnie ta pozorna niezgoda jest kluczem do Turby. Mówcy wielokrotnie podkreślają, że mówią o jednej rzeczy, której nadają różne nazwy, i że różnorodność imion nie powinna czytelnika zwodzić. Materię nazywa się tam miedzią, ołowiem, wodą stałą, gumą, octem, a jednocześnie zapewnia się, że wszystko to jest jedno. Czytelnik zostaje postawiony przed zadaniem, którego nie może wykonać mechanicznie: musi znaleźć to, co wspólne pod zmiennymi imionami, i oddzielić je od tego, co tylko pozornie należy do tematu.
Forma zgromadzenia ma przy tym znaczenie wykraczające poza literacki pomysł. Prawda nie zostaje tu wypowiedziana przez jednego mistrza, lecz wyłania się z sumy głosów, z których każdy oświetla ją z innej strony i każdy w pojedynkę bywa mylący. Zdarza się też, że uczestnicy zarzucają sobie nawzajem, iż wypowiadają się zbyt jasno albo zbyt zawile, jakby sama miara odsłonięcia była przedmiotem sporu. Czytelnik obserwuje więc nie tylko naukę, ale i dyskusję o tym, ile z niej wolno powiedzieć.
Turba stała się w łacińskiej Europie autorytetem, do którego odwoływano się przez stulecia, a jej sposób mówienia wszedł do krwiobiegu literatury alchemicznej. Późniejsi autorzy powtarzali, że „filozofowie” celowo zmieniali nazwy, aby zmylić nieuków, i że ich niezgoda jest tylko powierzchniowa. W ten sposób sama wielość nazw stała się argumentem na rzecz jedności nauki: skoro tylu mędrców o różnych imionach mówi o tym samym, to w głębi ich wypowiedzi musi kryć się jedna prawda.
Dispersio – nauka rozsypana po księgach
Obok nazw zastępczych alchemicy posługiwali się drugim sposobem ochrony wiedzy: rozproszeniem. W korpusie pism przypisywanych Dżabirowi ibn Hajjanowi zasada ta ma nawet własne miano, „rozpraszanie wiedzy”, i oznacza świadome rozdzielanie części nauki pomiędzy różne traktaty, tak by żaden z nich nie zawierał całości. W łacińskiej tradycji podobne stwierdzenie znajduje się w Summa perfectionis, przypisywanej Geberowi, której autor oznajmia, że nie wyłożył sztuki w jednym miejscu, lecz rozsiał ją po swoich księgach, aby dotarł do niej tylko ten, kto będzie szukał wytrwale.
Dla historyka idei dispersio jest zjawiskiem równie ważnym jak same Decknamen. Zakłada ono czytelnika, który nie poprzestaje na jednym dziele, lecz porusza się między nimi, porównuje, wraca, łączy rozproszone fragmenty. Wiedza staje się w ten sposób nagrodą za trud lektury, a nie towarem przekazywanym jednym gestem. Później w literaturze alchemicznej pojawia się formuła zachęcająca do wielokrotnego czytania – czytaj, czytaj ponownie, módl się i pracuj – znana zwłaszcza z siedemnastowiecznej grafiki. Niezależnie od dokładnego rodowodu tych słów, wyrażają one tę samą intuicję: tekst alchemiczny nie odsłania się przy pierwszym podejściu.
W duchowej lekturze tej praktyki rozproszenie wiedzy ma jeszcze inny sens. Nauka, która musi być zbierana z wielu miejsc, uczy pokory wobec tradycji i zaufania do długiego czasu. Nie da się jej przyswoić w pośpiechu ani zastąpić czyjąś streszczoną wersją. Kto zbiera rozsypane fragmenty, sam dokonuje swego rodzaju coagulatio: z tego, co rozproszone, tworzy w sobie całość. Taka analogia nie jest wymysłem nowożytnych interpretatorów, lecz wynika z samego kształtu tradycji, w której droga do zrozumienia i droga przemiany często były opisywane tymi samymi słowami.
Słowniki: Ruland i Pernety
Skoro zasłona wymagała klucza, nie dziwi, że w epoce nowożytnej pojawiły się próby uporządkowania alchemicznego słownictwa. Najważniejszym z wczesnych przedsięwzięć tego rodzaju jest Lexicon alchemiae sive dictionarium alchemisticum Martina Rulanda młodszego, wydany we Frankfurcie w 1612 roku, już po śmierci autora. Ruland, lekarz związany z dworem cesarza Rudolfa II, zebrał w nim tysiące haseł: nazwy substancji, terminy techniczne, wyrażenia zaczerpnięte z Paracelsusa i jego uczniów, a także liczne Decknamen wraz z próbami ich objaśnienia.
Słownik Rulanda nie usuwa jednak zasłony. Często podaje dla jednego hasła kilka znaczeń, odsyła do różnych autorów, przyznaje, że dany termin bywa używany niejednolicie. Czytany dziś, przypomina raczej mapę wielości niż klucz do jednego szyfru. Jest przez to cennym świadectwem tego, jak sami ludzie początku XVII wieku przeżywali bogactwo i niejasność języka sztuki: już wtedy potrzebowali pomocy, aby się w nim poruszać, i już wtedy widzieli, że pomoc ta nie zastąpi własnego rozumienia.
Inny charakter ma Dictionnaire mytho-hermétique Antoine'a-Josepha Pernety'ego, benedyktyna, który później porzucił zakon i stał się ośrodkiem kręgu iluminatów w Awinionie. Słownik ukazał się w 1758 roku, w tym samym roku co jego Les Fables égyptiennes et grecques dévoilées. Pernety był przekonany, że mity greckie i egipskie zawierają zaszyfrowaną naukę hermetyczną, i jego słownik łączy objaśnienia terminów alchemicznych z odczytaniami postaci mitologicznych. Złote runo, jabłka Hesperyd, wędrówki herosów stają się u niego kolejnymi zasłonami jednej sztuki.
Słownik Pernety'ego jest więc nie tyle zestawieniem dawnego słownictwa, ile programem interpretacyjnym, i trzeba go czytać jako świadectwo osiemnastowiecznej wyobraźni hermetycznej, a nie jako neutralny przewodnik. Właśnie dlatego jest jednak pouczający. Pokazuje, jak praktyka Decknamen mogła rozrosnąć się w całościową hermeneutykę: skoro alchemicy ukrywali naukę pod obcymi imionami, to może także poeci i kapłani starożytności robili to samo. Krok od języka zasłon do przekonania, że cała kultura jest zasłoną, okazał się niewielki.
Między ochroną a prowadzeniem
Język zasłon bywał przez krytyków alchemii wyśmiewany jako zwykła mistyfikacja, która pozwalała ukryć brak rezultatów pod gąszczem metafor. Taka krytyka pojawiała się już w średniowieczu i w czasach nowożytnych i nie była pozbawiona podstaw, bo zasłona rzeczywiście mogła okrywać pustkę. Historyk nie może jednak poprzestać na tym zarzucie, bo przesłoniłby on to, co w tej praktyce było szczególne. Decknamen nie są tylko kodem, który po odszyfrowaniu traci znaczenie. W wielu tekstach obraz zastępczy niesie treść, której żadna techniczna nazwa by nie oddała: kruk mówi o ciemności i śmierci, mleko dziewicy o czystości i karmieniu, zielony lew o surowej, pożerającej sile. Zasłona staje się wtedy nauczycielem.
Dla czytelnika duchowej alchemii najważniejsze jest być może to, że język zasłon wymaga przemiany od tego, kto go czyta. Nie da się go zrozumieć z dystansu, jak listy definicji; trzeba w niego wejść, przyzwyczaić się do jego logiki analogii, nauczyć się widzieć jedność pod wielością imion. Turba uczy, że różne głosy mogą mówić o tym samym. Dispersio uczy cierpliwości i zbierania. Słowniki Rulanda i Pernety'ego pokazują, że nawet najstaranniejsze uporządkowanie nie zwalnia czytelnika z własnego trudu. W tej perspektywie zasłona i odsłonięcie nie są przeciwieństwami, lecz dwoma etapami jednej drogi: najpierw tekst zakrywa, aby czytelnik zaczął szukać, a potem odsłania tylko tyle, ile szukający zdołał w sobie przygotować.
