Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Alchemia

Ethan Allen Hitchcock i alchemia jako sztuka moralna

Amerykański generał Ethan Allen Hitchcock w Remarks upon Alchemy and the Alchemists z 1857 roku odczytał autorów alchemicznych jako moralistów i pisarzy religijnych, którzy pod zasłoną metali mówili o człowieku, jego sumieniu i odnowieniu – co jest śmiałą interpretacją, a nie ustalonym faktem historycznym.

Generał Ethan Allen Hitchcock w mundurze, dagerotyp Thomasa Martina Easterly’ego z 1851 roku – domena publiczna
Generał Ethan Allen Hitchcock w mundurze, dagerotyp Thomasa Martina Easterly’ego z 1851 roku – domena publiczna · Wikimedia Commons

Żołnierz w bibliotece hermetycznej

Trudno o mniej oczekiwanego autora książki o alchemii niż Ethan Allen Hitchcock. Urodzony w 1798 roku w Vergennes w stanie Vermont, wnuk Ethana Allena, bohatera wojny o niepodległość, ukończył akademię wojskową w West Point i przez całe dorosłe życie był zawodowym oficerem. Pełnił funkcję komendanta kadetów w West Point, brał udział w wojnach z Seminolami na Florydzie, w wojnie meksykańskiej służył w sztabie generała Winfielda Scotta. W 1855 roku, po konflikcie z ówczesnym sekretarzem wojny Jeffersonem Davisem, odszedł z armii; w czasie wojny secesyjnej powrócił jednak jako generał-major ochotników i doradca wojskowy w Waszyngtonie. Zmarł w 1870 roku.

Równolegle do kariery żołnierskiej Hitchcock prowadził życie intelektualne, o którym świadczą jego dzienniki i księgozbiór. Czytał Spinozę, Swedenborga, neoplatoników i mistyków; z czasem zaczął gromadzić dawne traktaty alchemiczne i studiował je z cierpliwością, której nie powstydziłby się filolog. Pierwszym owocem tej lektury była niewielka broszura wydana w 1855 roku, rozbudowana dwa lata później w książkę Remarks upon Alchemy and the Alchemists, opublikowaną w Bostonie. Długi podtytuł mówił wprost, że celem pracy jest wykazanie, iż poszukiwanie kamienia filozofów nie miało na celu odkrycia środka przemieniającego metale.

Na tym jednak Hitchcock nie poprzestał. W następnych latach wydał książkę o Swedenborgu jako filozofie hermetycznym, rozprawę o Chrystusie jako duchu, a także komentarze do sonetów Szekspira, poematu Spensera i Vita nuova Dantego. Wszystkie te prace łączy jedna metoda: przekonanie, że wielkie teksty duchowej tradycji mówią językiem symbolu, za którym ukrywa się nauka o człowieku, i że uważny czytelnik może ten język odczytać bez pomocy tajnej inicjacji.

Alchemicy jako moraliści

Główna teza Remarks upon Alchemy brzmi następująco: przedmiotem sztuki hermetycznej był człowiek, a nie metal. Alchemicy, twierdzi Hitchcock, pisali o doskonaleniu natury ludzkiej, o oczyszczeniu sumienia, o zjednoczeniu woli z prawem moralnym i z Bogiem. Złoto, srebro, merkury i siarka były dla nich nazwami stanów i władz duszy, a operacje laboratoryjne – obrazami pracy wewnętrznej. W niektórych miejscach Hitchcock posuwa się do bardzo konkretnych utożsamień, jak wtedy, gdy merkury filozofów zestawia z sumieniem; w innych pozostaje przy ogólniejszym twierdzeniu, że kamień jest człowiekiem odnowionym.

Dlaczego jednak autorzy mieliby ukrywać tak szlachetną naukę pod tak mylącą zasłoną? Odpowiedź Hitchcocka jest historyczna, choć w dużej mierze spekulatywna. Alchemicy, według niego, żyli w świecie, w którym swobodne wypowiadanie poglądów religijnych groziło prześladowaniem. Mówiąc o metalach, mogli przekazywać naukę o zbawieniu przez wewnętrzną przemianę, niezależną od kościelnych pośredników, a zarazem uniknąć oskarżenia o herezję. Zasłona miała też drugą funkcję: odstraszać chciwych i niegodnych, którzy, szukając złota, nigdy nie dotarliby do sensu tekstów.

Ta druga część argumentu jest ciekawa, ponieważ Hitchcock wykorzystuje ją do wyjaśnienia istnienia „suflerów”, alchemików-oszustów i pracujących przy piecu naiwniaków. Ich istnienie nie przeczy, jego zdaniem, tezie zasadniczej, lecz ją potwierdza: prawdziwi filozofowie celowo pisali tak, by ci, którzy szukają zewnętrznego złota, gubili się w labiryncie receptur. Laboratoryjna alchemia jawi się więc w tej wizji jako nieporozumienie, zrodzone z dosłownej lektury tekstów przeznaczonych dla duszy.

Argument z materii, którą wszyscy depczą

Siła wywodu Hitchcocka nie polega na jednym olśnieniu, lecz na cierpliwym zestawianiu miejsc, które w dosłownej lekturze wydają się absurdalne. Alchemicy powtarzają przecież od wieków, że materia ich dzieła jest jedna, że można ją znaleźć wszędzie, że posiadają ją zarówno bogaci, jak i biedni, że jest pogardzana, deptana na ulicach i wyrzucana jak śmieć, a zarazem stanowi najcenniejszy skarb świata. Żadna substancja chemiczna, argumentuje Hitchcock, nie odpowiada wszystkim tym określeniom naraz. Odpowiada im natomiast natura ludzka: każdy ją ma, mało kto ją ceni, a ukryta w niej możliwość odnowienia jest bezcenna.

Podobnie traktuje on nieustanne sprzeczności traktatów. Gdy jeden autor każe pracować ogniem gwałtownym, a inny łagodnym, gdy ta sama substancja jest raz stała, raz lotna, raz zimna, raz gorąca, czytelnik szukający receptury musi się pogubić. Dla Hitchcocka sprzeczności te nie są wynikiem pomyłek, lecz sygnałem, że język ma sens przenośny i że dopiero przeniesiony na grunt życia wewnętrznego staje się spójny. Człowiek bywa w różnych okresach twardy i chwiejny, oziębły i rozpalony, a praca nad sobą wymaga raz surowości, raz cierpliwości.

Ta metoda ma wyraźny rodowód filozoficzny. Hitchcock był wielbicielem Spinozy i myślał o Bogu, naturze i prawie moralnym w kategoriach jedności, a nie osobnych sfer. Skoro natura jest jedna, a człowiek jest jej częścią zdolną do poznania, to najwyższa wiedza musi być poznaniem tego, jak w człowieku działa to samo prawo, które rządzi całością. Alchemia w jego lekturze okazuje się więc symboliczną wersją filozofii, którą sam wyznawał. Nie umniejsza to jego erudycji, ale pomaga zrozumieć, dlaczego w tekstach sprzed wieków odnajdywał tak łatwo własne przekonania.

Lektura Ireneusza Filaletesa

Duża część książki poświęcona jest szczegółowej lekturze konkretnych autorów. Hitchcock szczególnie upodobał sobie Ireneusza Filaletesa, autora Introitus apertus ad occlusum regis palatium, jednego z najpopularniejszych traktatów alchemicznych drugiej połowy XVII wieku. Cytuje go obszernie i przekonuje, że pod opisem przygotowania merkurego, gołębic Diany i ognia ukrytego w materii kryje się nauka o człowieku, który musi odnaleźć w sobie żywą zasadę prawdy i pozwolić jej działać.

Interpretacja ta jest wewnętrznie spójna i często pomysłowa. Hitchcock zwraca uwagę na liczne miejsca, w których Filaletes zastrzega, że jego słowa zrozumie tylko ten, kto ma odpowiednie usposobienie, że dzieło wymaga pokory i bojaźni Bożej, że naturę trzeba naśladować, a nie gwałcić. Dla niego są to wskazówki, że tekst dotyczy przede wszystkim duszy. Stąd już niedaleko do wniosku, że „ogień tajemny” jest miłością, a „naczynie” – ludzkim sercem.

Warto przy tym zauważyć, że Hitchcock nie czyta Filaletesa jako mistyka w sensie ekstatycznym. Nie szuka w jego tekstach wizji ani stanów nadzwyczajnych, lecz nauki o codziennym życiu moralnym: o uczciwości wobec siebie, o pracy nad własnymi skłonnościami, o wierności prawdzie poznanej w sumieniu. Jego Filaletes jest raczej nauczycielem cnoty niż wtajemniczonym w misteria, co bardzo dobrze oddaje charakter całej interpretacji – trzeźwej, etycznej i w gruncie rzeczy protestanckiej w swoim przekonaniu, że zbawienie dokonuje się w wewnętrznym spotkaniu człowieka z prawdą, bez pośrednictwa instytucji.

Współczesna wiedza o Filaletesie każe jednak zachować wobec tej lektury dystans. Badania historyków alchemii, zwłaszcza Williama Newmana, przekonująco powiązały pisma Filaletesa z Georgem Starkeyem, urodzonym na Bermudach i wykształconym w Harvardzie alchemikiem, który od 1650 roku działał w Londynie, którego notatniki laboratoryjne pokazują rzeczywistą, drobiazgową pracę nad rtęcią i antymonem. Pobożny język traktatów nie wykluczał więc realnych eksperymentów, a wręcz z nimi współistniał. Przypadek Filaletesa dobrze pokazuje, gdzie leży słabość metody Hitchcocka: wymiar religijny tekstu traktuje on jako dowód, że wymiar materialny był fikcją, podczas gdy dla wielu dawnych autorów oba należały do jednej praktyki.

Swedenborg jako filozof hermetyczny

Rok po Remarks upon Alchemy Hitchcock opublikował Swedenborg, a Hermetic Philosopher, książkę, w której ta sama metoda zostaje zastosowana do szwedzkiego wizjonera. Swedenborg opisywał w swoich pismach rozmowy z aniołami i duchami, podróże po niebie i piekle, wewnętrzny sens Pisma. Hitchcock nie przyjmuje tych opisów dosłownie, ale też ich nie odrzuca jako złudzeń. Proponuje trzecią drogę: Swedenborg miałby pisać językiem symbolicznym, pokrewnym językowi alchemików, a jego „świat duchowy” byłby opisem stanów ludzkiej świadomości.

To ciekawe przesunięcie, bo pokazuje, że alchemia była dla Hitchcocka nie tylko przedmiotem badań, lecz kluczem hermeneutycznym. Gdy raz uznał, że alchemicy pisali o człowieku, zaczął w ten sam sposób czytać mistyków, poetów i proroków. Swedenborg, Spenser, Dante i Szekspir stają się w jego pracach uczestnikami jednej, ponadczasowej rozmowy o przemianie człowieka, prowadzonej za pomocą obrazów. Ten uniwersalizm jest zarazem siłą i ograniczeniem jego myśli: pozwala dostrzec zaskakujące pokrewieństwa, ale zaciera różnice między tradycjami i epokami.

Niezależność od Atwood i miejsce w historii interpretacji

Hitchcock doszedł do swojej tezy w czasie, gdy w Anglii ukazała się, a zaraz potem została wycofana, książka Mary Anne Atwood. Nic nie wskazuje, by ją znał, kiedy pisał broszurę z 1855 roku; egzemplarzy było niewiele i krążyły w wąskim kręgu. Obie interpretacje różnią się też wyraźnie charakterem. Atwood widziała w alchemii praktykę transową, pokrewną mesmeryzmowi i teurgii. Hitchcock widział w niej przede wszystkim etykę i religię, naukę o sumieniu, a jego styl jest raczej styl racjonalnego komentatora niż wtajemniczonej.

Ta niezależność ma znaczenie dla historyka. Pokazuje, że duchowa lektura alchemii nie była w połowie XIX wieku dziełem jednej osoby ani jednej szkoły, lecz wyrastała z szerszego klimatu: z romantycznej hermeneutyki, z upadku dosłownej wiary w transmutację metali po narodzinach nowoczesnej chemii, z rosnącego zainteresowania mistyką i z potrzeby uratowania czegoś cennego z dawnych tekstów, które w oczach nauki stały się jedynie zapisem błędów. Interpretacja Hitchcocka znalazła później czytelników także wśród autorów psychologicznych; Herbert Silberer powoływał się na niego w swojej rozprawie o symbolice mistyki.

Trzeba jednak jasno powiedzieć, że jest to stanowisko interpretacyjne, a nie ustalenie historyczne. Teza, że alchemicy w ogóle nie zajmowali się metalami, nie wytrzymuje konfrontacji ze źródłami – z notatkami laboratoryjnymi, recepturami, świadectwami warsztatów. Hitchcock miał rację, że w wielu tekstach istnieje wymiar moralny i religijny, i że czytanie ich wyłącznie jako prymitywnej chemii jest równie jednostronne. Mylił się, uznając ten wymiar za jedyny. Jego książka pozostaje jednak cennym świadectwem – zarówno pomysłowości samotnego czytelnika, jak i tego, jak w XIX wieku zaczęto widzieć w alchemii sztukę moralną, sztukę stawania się lepszym człowiekiem.