Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Alchemia

Michael Maier i Symbola aureae mensae dwunastu narodów

W Symbola aureae mensae duodecim nationum z 1617 roku Michael Maier sadza przy złotym stole dwunastu adeptów z dwunastu narodów, od egipskiego Hermesa po anonimowego Sarmatę, i z ich portretów, emblematów oraz mów buduje genealogię alchemii jako mądrości wspólnej całej ludzkości.

Strona tytułowa „Symbola aureae mensae duodecim nationum” Michaela Maiera z dwunastoma alchemikami przy złotym stole, Frankfurt 1617 – domena publiczna
Strona tytułowa „Symbola aureae mensae duodecim nationum” Michaela Maiera z dwunastoma alchemikami przy złotym stole, Frankfurt 1617 – domena publiczna · Wikimedia Commons

Sąd nad sztuką oskarżoną

Księga, którą Lucas Jennis wydał we Frankfurcie w 1617 roku, ma tytuł długi nawet jak na obyczaje epoki, lecz jej rdzeń mieści się w trzech słowach: Symbola aureae mensae, „znaki złotego stołu”. Michael Maier, lekarz z Holsztynu, dawny medyk na dworze Rudolfa II i palatyn cesarski, był wówczas u szczytu płodności pisarskiej. W ciągu kilku lat ogłosił serię dzieł, w których alchemia występuje nie jako zbiór recept, ale jako starożytna filozofia, dziedziczona po mędrcach i ukryta pod zasłoną obrazów. Symbola są w tej serii książką najbardziej historiograficzną: zamiast komentować jeden mit czy jeden traktat, Maier przedstawia całą tradycję jako zgromadzenie świadków.

Rama narracyjna jest sądowa. Personifikowana Chemia – królowa i matka sztuki – została oskarżona przez swoich przeciwników o oszustwo, próżność i zwodzenie łatwowiernych. Nie broni się sama; zwołuje radę dwunastu mężów, po jednym z każdego narodu, którzy zasiadają przy złotym stole i kolejno zabierają głos. Każdy z nich otrzymuje osobną księgę: portret, opis życia, przegląd przypisywanych mu pism i wywód, który ma dowieść, że sztuka jest prawdziwa, czcigodna i zgodna z naturą. Forma ta zapożycza wiele z retoryki humanistycznej apologii, a zarazem z obyczaju akademickiej dysputy, w której racje przedstawia się w uporządkowanym szeregu.

Wybór sądu jako ramy nie jest ozdobnikiem. Na początku XVII wieku alchemia była przedmiotem ostrej polemiki: krytykowali ją teologowie, lekarze galenowscy i satyrycy, a liczne afery z oszustami na dworach książęcych dostarczały im materiału. Maier odpowiada nie argumentem z eksperymentu, lecz argumentem z autorytetu i z ciągłości. Jeśli tylu mędrców w tak różnych krajach i epokach świadczyło o jednej i tej samej prawdzie, to – sugeruje – trudno ją uznać za wymysł kilku szalbierzy.

Dwunastu przy jednym stole

Lista biesiadników ułożona jest tak, by objąć cały znany świat i całą historię. Pierwszy zasiada Hermes Trismegistos jako Egipcjanin, ojciec sztuki i autor Tabula Smaragdina. Za nim idzie Maria Żydówka, reprezentantka Hebrajczyków, jedyna kobieta przy stole, znana z fragmentów przekazanych przez Zosimosa z Panopolis. Grecję reprezentuje Demokryt – w istocie autor pseudodemokrytejskich pism z kręgu greckiej alchemii aleksandryjskiej, nie atomista z Abdery, choć Maier, jak wielu jego współczesnych, obu tych postaci nie rozdziela. Rzymianinem jest Morienus, legendarny nauczyciel umajjadzkiego księcia Chalida ibn Jazida, Arabem – Awicenna, któremu średniowiecze przypisało traktaty alchemiczne, choć historyczny Ibn Sina transmutację metali kwestionował.

Druga połowa stołu należy do łacińskiej Europy. Niemców reprezentuje Albert Wielki, Francuzów Arnald z Villanowy, Włochów Tomasz z Akwinu, Hiszpanów Rajmund Lull, Anglików Roger Bacon. Jedenaste miejsce zajmuje Melchior Cibinensis, kapłan z Sybina w Siedmiogrodzie, autor traktatu przedstawiającego Dzieło w formie mszy. Dwunasty, Sarmata, pozostaje u Maiera bezimienny: jest nim autor Novum lumen chemicum, ogłoszonego w 1604 roku pod anagramem i powszechnie przypisywanego Michałowi Sędziwojowi.

Historyk musi powiedzieć wprost, że ta galeria w znacznej mierze spoczywa na pseudepigrafach. Tomasz, Albert i Lull nie napisali przypisywanych im traktatów alchemicznych; korpus pseudolullański powstał w XIV i XV wieku, a przypisanie dzieł Akwinacie jest równie późne. Hermes i Maria to postaci, których historyczność w potocznym sensie jest nieuchwytna. Maier pisze jednak w świecie, w którym atrybucja tradycyjna była dla wielu czytelników dowodem, a nie problemem. Dla nas Symbola są cenne właśnie dlatego, że pokazują, jak alchemia u progu XVII wieku wyobrażała sobie własną przeszłość i jakich patronów potrzebowała, by uchodzić za filozofię.

Narody jako głosy jednej mądrości

Najciekawszą decyzją Maiera jest przypisanie każdego mędrca do narodu. Nie chodzi o nowożytny nacjonalizm, lecz o obraz uniwersalności: mądrość, która pojawia się w Egipcie i u Hebrajczyków, u Greków i Arabów, w Niemczech i na krańcach Sarmacji, nie może być lokalnym przesądem. Liczba dwanaście dodaje temu obrazowi powagi. Przywołuje plemiona Izraela, apostołów, znaki zodiaku – pełnię, w której każda część ma swoje miejsce i żadna nie jest zbędna.

Ten rys łączy Symbola z renesansową ideą prisca theologia i philosophia perennis, według której jedna objawiona prawda przechodzi od pierwszych mędrców przez kolejne pokolenia, przybierając różne szaty. Marsilio Ficino wyprowadzał taki łańcuch od Hermesa przez Orfeusza i Pitagorasa do Platona; Agostino Steuco nadał mu nazwę wieczystej filozofii. Maier przenosi ten schemat na alchemię. Łańcuch adeptów jest u niego odpowiednikiem łańcucha teologów: przekazem tej samej tajemnicy natury, która – jak lubił podkreślać – jest zarazem tajemnicą stworzenia i odkupienia.

Konsekwencją jest swoisty ekumenizm, na tamte czasy niezwykły. Przy jednym stole zasiadają poganin, Żydówka, muzułmanin i katoliccy zakonnicy, a ich świadectwa traktowane są jako równoprawne. Maier, luteranin piszący w Niemczech kilka lat przed wybuchem wojny trzydziestoletniej, nie formułuje programu religijnej zgody, ale jego książka zakłada, że prawda natury stoi ponad podziałami wyznaniowymi i etnicznymi. W tym sensie Symbola należą do tego samego klimatu umysłowego, z którego wyrastały manifesty różokrzyżowe, choć związek samego Maiera z bractwem pozostaje przedmiotem osobnej dyskusji.

Portrety i emblematy

Księga jest bogato ilustrowana. Na stronie tytułowej pojawiają się wizerunki uczestników zgromadzenia, a wewnątrz każdą księgę otwiera całostronicowa rycina z postacią adepta i przedmiotem lub sceną, która streszcza jego naukę. Te ryciny nie są portretami w sensie dokumentalnym: nikt nie wiedział, jak wyglądał Morienus czy Maria, a i wizerunki Alberta czy Bacona są typami uczonego, nie studiami twarzy. Funkcja obrazów jest emblematyczna. Postać wskazuje gestem na znak, a znak ma przywołać zasadę.

Hermes wskazuje na słońce i księżyc oraz ogień między nimi, jakby powtarzał zdanie Tablicy o ojcu i matce rzeczy. Maria stoi przy naczyniach, z których unoszą się łączące się opary, co odsyła do przypisywanej jej nauki o złączeniu dwóch w jedno, a w tle widnieje roślina na wzgórzu, związana z tradycyjnym powiedzeniem o białym zielu rosnącym na małych górach. Inne ryciny pokazują lwa, smoka, drzewo, alembik albo ptaka – stałe znaki słownika alchemicznego, przyporządkowane poszczególnym mistrzom tak, by każdy wnosił do wspólnego obrazu jeden rys.

Ryciny z Symbola zaczęły szybko żyć własnym życiem. Wydawnictwo Jennisa, prowadzące świadomy program książki alchemiczno-emblematycznej, wykorzystywało je ponownie w innych publikacjach, a sylwetki mędrców przy złotym stole stały się w XVII wieku czymś w rodzaju kanonicznej galerii przodków sztuki. Obrazy, które u Maiera służyły argumentacji, w późniejszych zbiorach stawały się przedmiotem kontemplacji: wystarczyło spojrzeć na Hermesa z dwoma światłami, by przypomnieć sobie całą naukę o przeciwieństwach.

Między kroniką a wtajemniczeniem

Czy Symbola są historią alchemii? Tylko w bardzo szczególnym sensie. Maier zbiera ogromną ilość materiału biograficznego i bibliograficznego, cytuje autorów, porównuje legendy, a przy tym nie przestaje być apologetą. Księga jest kroniką o tyle, o ile kronika mogła być w XVII wieku formą obrony: przedstawić przeszłość znaczyło ją uprawomocnić. Nowożytna krytyka atrybucji, która rozbiła pseudepigrafy Lulla i Tomasza, przyszła później i dziś jest punktem wyjścia każdej rzetelnej lektury.

Jest jednak w tej księdze także wymiar, którego nie da się sprowadzić do apologii. Maier nieustannie sugeruje, że świadectwa mędrców zgadzają się nie dlatego, że przepisywali od siebie, lecz dlatego, że wszyscy patrzyli na tę samą naturę i tę samą tajemnicę. Zgromadzenie przy stole staje się wtedy obrazem wspólnoty wtajemniczonych, ponad czasem i przestrzenią, a czytelnik zostaje zaproszony, by przy tym stole dosiąść się jako trzynasty. Złoty stół jest zarazem stołem uczty i stołem sądu: kto chce zrozumieć sztukę, musi najpierw wysłuchać wszystkich jej świadków i przyjąć, że mówią jednym językiem w wielu dialektach.

Ta myśl miała długie dzieje. Z jednej strony karmiła późniejsze wyobrażenia o jednej wiecznej tradycji ezoterycznej, które w XIX i XX wieku przybrały formy daleko wykraczające poza intencje Maiera. Z drugiej strony przypomina, że alchemia nowożytna rozumiała siebie jako dziedzictwo międzykulturowe, a nie wyłącznie łacińskie: obecność Arabów, Greków i Żydówki przy stole odpowiada, choć w legendarnym przebraniu, rzeczywistej drodze, jaką teksty alchemiczne przebyły z Aleksandrii przez świat islamu do średniowiecznej Europy. W tej drodze Maier dostrzegł coś, co nazwalibyśmy dziś ciągłością tradycji; jego dwunastu biesiadników jest jej żywym, choć nie zawsze historycznie wiernym obrazem.

Księgę zamyka partia, w której sam autor wychodzi z roli sprawozdawcy. Po wysłuchaniu dwunastu mów Maier opisuje własną alegoryczną wędrówkę przez kolejne części świata w poszukiwaniu feniksa i lekarstwa, które z jego popiołów miałoby się rodzić. Wędrowiec pyta, błądzi, otrzymuje wskazówki od postaci z mitu i proroctwa, a jego droga przez Europę, Afrykę, Azję i Amerykę powtarza w skali osobistej to, co rada mędrców pokazała w skali dziejów. Uniwersalna mądrość nie jest więc tylko dziedzictwem do podziwiania; staje się zadaniem, które każdy adept musi podjąć sam, przemierzając świat i własną duszę. Ta zmiana perspektywy – od galerii przodków do pielgrzymki ucznia – nadaje całości charakter książki inicjacyjnej, a nie tylko encyklopedycznej.

Szczególne miejsce przypada w tej konstrukcji ostatniemu gościowi. Postawienie bezimiennego Sarmaty – współczesnego Maierowi autora z Europy Środkowej – w jednym szeregu z Hermesem pokazuje, że łańcuch mądrości nie jest dla Maiera zamknięty. Tradycja nie kończy się na starożytności ani na scholastyce; trwa i może zostać podjęta przez każdego, kto potrafi czytać księgę natury. Dla polskiego czytelnika to zakończenie ma dodatkowy wymiar: jedna z najbardziej europejskich książek alchemicznych epoki domyka swój panteon postacią, w której tradycja rozpoznawała Sędziwoja, i w ten sposób włącza Rzeczpospolitą do wyobrażonej mapy hermetycznej mądrości.