Zielony lew pożerający słońce
Zielony lew pożerający słońce należy do najbardziej wieloznacznych obrazów alchemii: bywa surową siłą natury, rozpuszczalnikiem zdolnym pochłonąć nawet złoto i dziką duszą, którą trzeba ujarzmić, a jego historia od drzeworytu Rosarium philosophorum po angielskie zbiory Ashmole’a pokazuje, że żadne z tych odczytań nie wyczerpuje symbolu.

Obraz, który zatrzymuje wzrok
W 1550 roku we Frankfurcie ukazał się drukiem Rosarium philosophorum, zbiór cytatów z autorytetów alchemicznych ozdobiony serią drzeworytów, które stały się jednym z najczęściej kopiowanych cykli w dziejach tej sztuki. Wśród nich jest obraz, który nawet dzisiejszego widza, przyzwyczajonego do surrealizmu, zaskakuje gwałtownością. Lew, oznaczony jako zielony, trzyma w paszczy tarczę słońca i pożera ją, a z rozdartego słońca spływa krew. Scena nie ma tła, nie ma postaci ludzkich, nie ma objaśnienia w samym obrazie. Jest tylko zwierzę, światło i krew.
Ta oszczędność jest wymowna. Większość rycin alchemicznych to złożone kompozycje, w których wiele motywów współtworzy jedną alegorię. Zielony lew stoi sam i dlatego tak silnie oddziałuje na wyobraźnię. Obraz nie tłumaczy się, lecz zadaje pytanie: dlaczego król zwierząt pożera króla planet i dlaczego jest zielony, skoro lew w heraldyce i w przyrodzie bywa złoty lub czerwony? Każda odpowiedź na to pytanie prowadzi w inną stronę.
Pytanie to staje się jeszcze ostrzejsze w świetle astrologii, którą znał każdy wykształcony czytelnik XVI wieku. Znak Lwa był domem Słońca, miejscem, w którym planeta ta panuje i ma największą moc. Lew i słońce należały więc do siebie jak pan i jego dziedzina, a obraz, w którym lew pożera słońce, przedstawia bunt domu przeciw jego władcy albo, w innym ujęciu, powrót władcy do łona, z którego czerpie siłę. Ta kosmologiczna bliskość czyni scenę jeszcze bardziej paradoksalną: niszczy się tu nie obcego, lecz tego, z kim jest się najściślej związanym.
Symbol nie powstał w 1550 roku. Zielony lew pojawia się w łacińskich tekstach alchemicznych późnego średniowiecza, a frankfurcki drzeworyt nadał mu tylko postać, którą zapamiętały kolejne pokolenia. Nie da się wskazać jego pierwszego autora ani jednego źródła, z którego wszystkie późniejsze wzmianki by się wywodziły. Należy do tych obrazów, które krążyły w tradycji jak hasła, zrozumiałe dla wtajemniczonych, a dla innych zagadkowe.
Dlaczego zielony
Zieleń lwa jest pierwszą zagadką. Najczęstsza odpowiedź dawnych komentatorów brzmi: zielony znaczy niedojrzały. Jak owoc, który jeszcze nie nabrał barwy, lew jest siłą surową, pełną mocy wzrostu, ale nieukształtowaną. W tradycji związanej z George’em Ripleyem, kanonikiem augustiańskim z Bridlington, autorem Compound of Alchymy z 1471 roku, zieleń lwa tłumaczona bywa właśnie niedojrzałością, a sam lew przedstawiany jako środek, który pośredniczy w łączeniu Słońca i Księżyca. Ripley i liczne pisma mu przypisywane odegrały w Anglii ogromną rolę, toteż te objaśnienia weszły do wspólnego słownika angielskich adeptów.
Zieleń ma jednak także głębszy wymiar. W średniowiecznej teologii była barwą życia i odnowy, a Hildegarda z Bingen uczyniła viriditas, zieloność, jednym z centralnych pojęć swojej wizji świata: oznaczała ona żywotną moc Boga przenikającą stworzenie, siłę, dzięki której rośliny kiełkują, a dusza rozkwita w cnotach. Alchemik, który nazywał swojego lwa zielonym, nie musiał znać Hildegardy, ale posługiwał się tym samym kodem barw, w którym zieleń oznaczała życie jeszcze nie uformowane, lecz już obecne.
W astrologicznym przyporządkowaniu barw i planet zieleń wiązano często z Wenus, a więc z pożądaniem, płodnością i siłą przyciągania. To skojarzenie dodaje lwu jeszcze jeden wymiar: jest nie tylko surowy, ale i namiętny, nie tylko niedojrzały, ale i głodny. Jego pożeranie słońca można czytać jako akt żądzy, w którym to, co niższe, pragnie wchłonąć to, co wyższe.
Pożeranie jako rozpuszczenie
Drugą zagadką jest czynność lwa. Pożeranie to w języku alchemii jeden z najczęstszych obrazów rozpuszczenia: substancja, która pochłania inną, rozkłada ją i przyswaja. Słońce oznacza zaś najszlachetniejszy metal i zarazem zasadę doskonałości. Że zielony lew pożera słońce, znaczy więc, że coś surowego i pospolitego okazuje się zdolne do rozpuszczenia tego, co najdoskonalsze. Paradoks jest zamierzony: to nie wyższe przemienia niższe, ale niższe otwiera wyższe, by mogło ono wejść w nową postać.
Nie trzeba tu rekonstruować, jaki materiał laboratoryjny kryć się mógł pod imieniem lwa; historycy chemii proponowali różne rozwiązania i nie ma w tej sprawie zgody, a dla symbolicznej lektury pytanie to jest drugorzędne. Istotne jest to, że obraz wyraża zasadę obecną w całej hermetycznej wyobraźni: przemiana wymaga najpierw rozpadu, a to, co twarde i zamknięte w sobie, musi zostać otwarte. Słońce nie może się odrodzić, dopóki nie zostanie pochłonięte.
Motyw pożerania króla nie był w alchemii odosobniony. Michael Maier w Atalanta fugiens z 1617 roku przedstawił wilka, który pożera króla, a potem zostaje spalony na stosie, z którego król wychodzi przywrócony do życia. Starsza wyobraźnia znała Saturna pożerającego własne dzieci, a teksty alchemiczne mówią o smokach połykających własny ogon i o ptakach rozszarpujących się nawzajem. We wszystkich tych obrazach pożarcie nie jest końcem opowieści, lecz jej środkiem: to, co zostało pochłonięte, wraca w nowej postaci. Zielony lew należy do tej rodziny, choć w odróżnieniu od wilka Maiera nie ukazuje, co dzieje się dalej.
Krew spływająca ze słońca wskazuje, że rozpuszczenie nie jest zniszczeniem bez reszty. Krew to życie, a w alchemicznym języku także tynktura, barwiąca moc, która w dalszych fazach dzieła ma przenikać i przemieniać. Pożarte słońce oddaje więc swoją istotę, a ta zostaje zachowana i przekazana dalej. W tym szczególe obraz zbliża się do motywu ofiary, w której utrata życia jest warunkiem jego przekazania.
Dzika dusza do ujarzmienia
Trzecie odczytanie, najbliższe duchowej alchemii, przenosi scenę do wnętrza człowieka. Lew jest wtedy obrazem dzikiej, nieopanowanej natury: namiętności, gniewu, żądzy, siły popędu, która potrafi zawładnąć nawet najjaśniejszym światłem rozumu. Słońce pożarte przez lwa to świadomość pochłonięta przez to, co w człowieku nieokiełznane. Taki stan nie jest jednak w tej lekturze wyłącznie klęską; jest koniecznym etapem, w którym człowiek musi spotkać własną dzikość, zanim nauczy się ją przemieniać.
Obraz lwa w duszy był dla wykształconych czytelników znajomy jeszcze z innego źródła. W dziewiątej księdze Państwa Platon porównał duszę ludzką do istoty złożonej z wielogłowej bestii, lwa i człowieka, ukrytych pod jedną powłoką. Lew oznacza tam thymos, porywczość i odwagę, siłę, która może stać się sprzymierzeńcem rozumu albo jego wrogiem. Sprawiedliwy człowiek, według Platona, nie zabija lwa, lecz czyni go swoim sojusznikiem. Alchemiczny obraz nie wywodzi się z tego tekstu, ale prowadzi do podobnego wniosku: dzikiej siły nie trzeba niszczyć, trzeba ją przemienić.
Chrześcijańska tradycja dostarczała tu podwójnego klucza. Z jednej strony lew był obrazem Chrystusa, Lwa z pokolenia Judy z Apokalipsy, a Fizjolog, starożytny traktat o symbolice zwierząt, opowiadał, że lwica rodzi martwe młode, które ojciec trzeciego dnia ożywia swoim tchnieniem, co odczytywano jako zapowiedź zmartwychwstania. Z drugiej strony Pierwszy List Piotra przestrzegał, że przeciwnik krąży „jak lew ryczący, szukając, kogo pożreć”. Ten sam zwierzęcy kształt mógł więc oznaczać zarówno odkupiciela, jak i niszczyciela, a alchemiczny lew zachowywał w sobie obie możliwości.
Właśnie ta dwuznaczność jest kluczem do duchowego sensu symbolu. Siła, która pożera, nie jest zła sama w sobie; staje się niszcząca wtedy, gdy pozostaje nieopanowana, a twórcza, gdy zostanie ujarzmiona i podporządkowana wyższemu celowi. W niektórych alchemicznych obrazach i tekstach pojawia się motyw lwa poskromionego, a nawet okaleczonego, któremu obcina się łapy, by nie mógł już rozszarpywać. Zielony lew pożerający słońce stoi na początku tej drogi: pokazuje moc w stanie surowym, zanim ktokolwiek nauczył się nią kierować.
Ripley, Ashmole i wielość kluczy
Angielska tradycja szczególnie upodobała sobie zielonego lwa. Utwory Ripleya krążyły w rękopisach przez cały XVI wiek, a tak zwane zwoje Ripleya, długie malowane rotulusy powstałe po jego śmierci i jedynie mu przypisywane, zaludniały wyobraźnię adeptów smokami, ptakami i lwami. W 1652 roku Elias Ashmole, antykwariusz, którego zbiory dały później początek muzeum w Oksfordzie, wydał Theatrum Chemicum Britannicum, zbiór angielskich poematów alchemicznych, w którym obok Compound of Alchymy umieścił wiersze związane z emblematycznym zwojem przypisywanym Ripleyowi oraz własne uwagi i objaśnienia.
Ashmole nie był interpretatorem jednego klucza. W obszernych Prolegomenach do swojego zbioru rozróżnił kilka rodzajów kamienia: mineralny, roślinny, magiczny i anielski, z których każdy odpowiadał innemu poziomowi rzeczywistości i innemu rodzajowi wiedzy. Takie ujęcie, niezależnie od tego, jak oceniamy jego treść, otwierało drogę do wielopoziomowej lektury symboli. Zielony lew w obrębie tego schematu mógł oznaczać jedną rzecz w pracy przy piecu, a inną w kontemplacji, i Ashmole, o ile wiadomo, nie próbował ustalić jednego, obowiązującego objaśnienia.
To dobrze oddaje naturę symbolu. Dawni autorzy sami podkreślali, że filozofowie nadają tej samej rzeczy wiele imion, a jednej nazwie wiele znaczeń, i że czytelnik musi rozpoznawać sens z kontekstu. Zielony lew jest w tym sensie wzorcowym przykładem alchemicznej wieloznaczności. Nie jest kodem do złamania, po którego rozszyfrowaniu reszta staje się jasna, lecz obrazem, który zmusza do myślenia na kilku poziomach jednocześnie.
Można go czytać jako opowieść o naturze, w której surowa, młoda siła pochłania dojrzałą doskonałość, by z niej wyrosło coś nowego. Można jako opowieść o duszy, która musi stanąć wobec własnej dzikości i pozwolić, by jej jasność została na czas pochłonięta. Można wreszcie jako opowieść o ofierze, w której to, co najcenniejsze, oddaje swoją krew, by życie mogło przejść dalej. Żadne z tych odczytań nie jest jedynym prawdziwym, a każde staje się uboższe, gdy zapomina o pozostałych. Lew z frankfurckiego drzeworytu wciąż trzyma w paszczy słońce, a krew wciąż płynie, jakby obraz chciał przypominać, że w alchemii nic nie zostaje rozstrzygnięte raz na zawsze.
