Awicenna i filozoficzna krytyka astrologii sądowej
Awicenna, przekonany o realnej przyczynowości ciał niebieskich, w traktacie o obaleniu sądów gwiazd odmówił astrologom możności poznania tej przyczynowości w szczegółach i w ten sposób wyznaczył trwałą w islamie granicę między filozofią natury a praktyką przepowiadania.

Filozof, który wierzył w niebo
Abu Ali al-Husajn ibn Sina, znany łacińskiemu Zachodowi jako Awicenna, nie należał do myślicieli, którzy lekceważyliby niebo. Jego kosmologia jest wręcz zbudowana na ciałach niebieskich. Każda sfera ma swoją duszę, która porusza ją ruchem kołowym z miłości do intelektu stojącego nad nią, a łańcuch intelektów wychodzący od Pierwszego kończy się na tym, który rządzi światem podksiężycowym i udziela form gotowej na nie materii. Ruch sfer jest w tym układzie nieodzowny: to on miesza żywioły, rozgrzewa je i ochładza, sprawia, że materia staje się zdolna przyjąć tę czy inną postać. Bez nieba nie byłoby na ziemi ani rodzenia, ani ginięcia.
Wobec takiej kosmologii można by oczekiwać, że Awicenna stanie się obrońcą astrologii sądowej, w arabskim nazywanej ahkam an-nudżum, „sądami gwiazd”. Skoro wszystko, co dzieje się w świecie podksiężycowym, ma swoje przyczyny w ruchach niebieskich, to wiedza o tych ruchach powinna pozwolić przewidywać zdarzenia. Tymczasem Awicenna napisał osobny traktat, którego tytuł bywa oddawany jako Risala fi ibtal ahkam an-nudżum – „List o obaleniu sądów gwiazd”. Paradoks jest pozorny, a jego rozwiązanie stanowi najciekawszą część całej sprawy: filozof przyjmuje przyczynowość niebios, ale zaprzecza, by astrolog mógł ją poznać.
Autentyczność traktatu była niekiedy kwestionowana, głównie z powodu jego ostrego, miejscami religijnego tonu, który nie przypomina suchej prozy Księgi uzdrowienia. Większość współczesnych badaczy przyjmuje jednak autorstwo Awicenny, a Yahya Michot, który opracował tekst i przekład, wykazał jego zgodność z poglądami wyrażanymi w innych dziełach. Warto więc czytać go nie jako odosobniony wybryk, lecz jako polemiczne rozwinięcie stanowiska obecnego w całym systemie.
Przyczyna znana i przyczyna poznawalna
Rdzeń argumentu Awicenny polega na rozróżnieniu dwóch pytań. Pierwsze brzmi: czy ciała niebieskie są przyczynami zdarzeń na ziemi? Na to filozof odpowiada twierdząco. Drugie brzmi: czy człowiek może z obserwacji nieba wyprowadzić wiedzę o konkretnym zdarzeniu? Tu odpowiedź jest przecząca, i to z kilku powodów, które wzajemnie się wzmacniają.
Po pierwsze, wpływ nieba nie działa sam. Każde zdarzenie w świecie podksiężycowym jest wynikiem spotkania działania niebieskiego z przyczynami ziemskimi: z jakością materii, z wcześniejszymi stanami, z działaniem innych ciał, a w przypadku człowieka także z wolą. Nawet gdyby astrolog znał doskonale układ wszystkich planet, nie znałby całego splotu przyczyn ziemskich, a bez niego nie mógłby wyprowadzić skutku. Działanie nieba przygotowuje materię, lecz nie określa jej losu w całości.
Po drugie, niebo jest niezmiernie bardziej złożone, niż przyznają astrologowie. Awicenna przypomina, że gwiazd jest mnóstwo, a ich moce i wzajemne oddziaływania nie zostały zbadane. Astrolog bierze pod uwagę siedem planet, dwanaście znaków i garść gwiazd stałych, po czym uznaje, że to wystarcza do wyroku. Filozof odpowiada, że nie mamy żadnej gwarancji, iż pominięte czynniki nie zmieniają wyniku. Wnioskowanie z części przyczyn o całości skutku jest błędem logicznym, a nie skromnym przybliżeniem.
Po trzecie, i to jest zarzut najbardziej filozoficzny, reguły astrologii nie mają dowodu. Gdy astrologowie przypisują Saturnowi zimno i suchość, a Jowiszowi umiarkowane ciepło i wilgoć, gdy dzielą znaki na męskie i żeńskie, ogniste i wodne, nie opierają się na żadnym rozumowaniu apodyktycznym, lecz na analogiach, skojarzeniach i powtarzanych opiniach. Awicenna, wychowany na Analitykach Arystotelesa, mierzył każdą wiedzę miarą dowodu. Astrologia jej nie spełniała: nie potrafiła pokazać przyczynowego związku między przypisaną cechą a ciałem niebieskim, a jej doświadczenie było zbyt rzadkie i zbyt nieuporządkowane, by uzasadnić indukcję.
Miejsce astrologii w podziale nauk
To samo stanowisko, tyle że w spokojniejszym tonie, pojawia się w systematycznych pismach Awicenny. W klasyfikacji nauk, którą przedstawił w osobnym traktacie o podziale nauk rozumowych i która przenika strukturę Kitab asz-szifa, astrologia sądowa figuruje wśród gałęzi pochodnych nauki przyrodniczej, obok medycyny, fizjonomiki, tłumaczenia snów czy nauki o talizmanach. Takie umieszczenie jest wymowne. Astrologia nie należy do matematyki, w której mieściła się astronomia jako nauka o ruchach i wielkościach, lecz do zastosowań fizyki, które mają przedmiot realny, ale metodę niepewną.
W tej perspektywie astrologia przypomina medycynę w jej najsłabszym wydaniu: obie zajmują się działaniem przyczyn naturalnych na konkretne przypadki, obie muszą wnioskować z niepełnych danych, obie posługują się regułami, które bywają trafne częściej lub rzadziej. Różnica polega na tym, że lekarz może badać chorego, dotykać pulsu, obserwować mocz, a jego reguły można sprawdzić na wielu ludziach. Astrolog ma przed sobą niebo, którego układy powtarzają się rzadko, i ziemię, której przyczyn nie bada wcale. Dlatego jego sztuka jest, w najlepszym razie, przypuszczeniem, a w najgorszym oszustwem.
W części metafizycznej Szify Awicenna omawia również kwestię wiedzy o przyszłości. Dusze sfer, zgodnie z jego nauką, w pewien sposób obejmują wydarzenia świata podksiężycowego jako skutki własnych ruchów, a dusza ludzka, gdy oczyści się i zwróci ku górze, może w snach lub w stanie proroczym otrzymać przebłysk tej wiedzy. To ważne uzupełnienie. Awicenna nie twierdzi, że przyszłość jest całkowicie niepoznawalna; twierdzi, że nie poznaje się jej przez rachunek astrologa. Droga do niej prowadzi przez przemianę duszy i przez łączność z wyższymi intelektami, a nie przez tablice i astrolabium. Filozofia i proroctwo mogą więc mówić o tym, co astrologia tylko udaje, że wie.
Granica między zasadą a rzemiosłem
Stanowisko Awicenny można opisać jako podział kompetencji. Do filozofa należy wiedza o zasadach: o tym, że istnieją sfery, że mają dusze, że ich ruch jest przyczyną zmian w żywiołach, że świat podksiężycowy jest uporządkowany i podlega opatrzności. Taka wiedza jest ogólna i dowodowa, ponieważ wynika z pierwszych zasad metafizyki i fizyki. Do praktyka należałoby natomiast stosowanie tych zasad do pojedynczych przypadków: do narodzin konkretnego dziecka, do wyniku konkretnej bitwy, do pomyślności konkretnej podróży. Awicenna nie neguje, że takie zastosowania byłyby w zasadzie możliwe dla umysłu, który ogarnąłby wszystkie przyczyny. Neguje, że jest nim umysł astrologa.
Ten podział ma swój odpowiednik w samej biografii filozofa. Awicenna był lekarzem praktykującym przez całe życie, autorem Kanonu medycyny, i dobrze znał różnicę między teorią a sztuką leczenia. Wiedział, że lekarz posługuje się regułami, które nie są dowodami, i że jego wiedza jest prawdopodobna. Właśnie dlatego tak ostro oddzielał rzemiosło, które uczciwie przyznaje swoją niepewność, od rzemiosła, które podaje domysł za konieczność. Zarzut wobec astrologów nie dotyczy tego, że ich wiedza jest niepewna, lecz tego, że udają, iż jest pewna, i na tej rzekomej pewności opierają wyroki o ludzkim losie.
Krytyka moralna i religijna
Traktat o obaleniu sądów gwiazd nie poprzestaje na epistemologii. Awicenna zarzuca astrologom także zgubny wpływ na życie wspólnoty. Ludzie, którzy wierzą wróżbom, podejmują decyzje na podstawie pomyślnych i niepomyślnych godzin, oddają się trwodze lub próżnej nadziei, zaniedbują roztropność i zawierzenie Bogu. Władcy, którzy utrzymują astrologów na dworach, podejmują decyzje polityczne w oparciu o domysły podane jako konieczność. W tych fragmentach ton Awicenny bliski jest teologom, i nic dziwnego: filozof dobrze wiedział, że jego krytyka zostanie przyjęta przychylniej, jeśli pokaże, że rozum zgadza się tu z objawieniem.
Zarazem trzeba odnotować dwuznaczność, z której Awicenna zdawał sobie sprawę. Jego filozofia przyjmowała istnienie przyczyn niebieskich i dusz sfer, czego wielu teologów nie akceptowało. Krytykując astrologów, odcinał się od praktyki, ale nie od kosmologii. Teolog mógł zatem przyjąć jego argumenty przeciw wróżbie, a jednocześnie odrzucić jego niebo pełne pośredników. W tej podwójności leży źródło późniejszych losów traktatu.
Dziedzictwo w islamie
Argumenty Awicenny powracały w kolejnych stuleciach u autorów o bardzo różnych poglądach. Al-Ghazali, który w Tahafut al-falasifa zwalczał wiele tez filozofów, w sprawie astrologii stanął zaskakująco blisko Awicenny. Przyznawał, że Bóg mógł uczynić ciała niebieskie znakami albo pośrednimi przyczynami zdarzeń, lecz twierdził, że pełna wiedza o nich przekracza ludzkie możliwości, a zajmowanie się wróżbą jest szkodliwe dla wiary. Ten sam schemat – przyczynowość możliwa, wiedza niemożliwa – został więc przejęty przez krytyka filozofii i obrócony w argument teologiczny.
Ibn Rushd, choć zwalczał wiele tez Awicenny, również uważał astrologię sądową za naukę pozbawioną podstaw dowodowych, a w komentarzach do Arystotelesa przyznawał niebu jedynie ogólny wpływ na świat podksiężycowy. W XIV wieku Ibn Kajjim al-Dżawzijja w obszernym dziele Miftah dar as-sa'ada przeprowadził długą, szczegółową polemikę z astrologami, w której łączył argumenty religijne z racjonalnymi, przejmując także typowe dla filozofów zarzuty o braku dowodu i o niezgodzie samych mistrzów sztuki. Ibn Chaldun w Mukaddimie poświęcił osobny rozdział obaleniu astrologii, podkreślając, że jej przepowiednie są jedynie przypuszczeniem i że szkodzą państwom, które im ulegają.
Ta linia krytyki nie zniszczyła astrologii w świecie islamu, która nadal kwitła na dworach i w praktyce codziennej. Pokazuje jednak, że po Awicennie istniało dobrze ugruntowane stanowisko, zgodnie z którym można uznawać niebo za przyczynę i zarazem odmawiać astrologom prawa do wiedzy. Rozdzielenie kosmologii od mantyki, przyczynowości od jej znajomości, stało się wspólnym narzędziem filozofów i teologów.
Właśnie w tym tkwi trwała wartość traktatu Awicenny. Nie jest on najobszerniejszą ani najbardziej szczegółową krytyką astrologii w dziejach, lecz jedną z najczystszych pojęciowo. Pokazuje, że spór o gwiazdy nie musi być sporem między wiarą w niebo a jej brakiem. Może być sporem o granice ludzkiego poznania – o to, co w świecie przyczyn rzeczywiście jest dostępne rozumowi, a co należy do wiedzy wyższej, która, jeśli w ogóle zostaje udzielona, przychodzi drogą oczyszczenia duszy, a nie rachunku.
