Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Astrologia

Pierre d’Ailly i zgoda astronomii z teologią

Kardynał Pierre d’Ailly, jeden z najważniejszych teologów epoki wielkiej schizmy, w serii traktatów z 1414 roku próbował pogodzić astrologię z historią świętą, łącząc wielkie koniunkcje z dziejami religii i wskazując rok 1789 jako możliwą datę przełomu.

Kardynał Pierre d’Ailly, arcybiskup Cambrai, rycina portretowa przypisywana André Thevetowi, 1584 – domena publiczna
Kardynał Pierre d’Ailly, arcybiskup Cambrai, rycina portretowa przypisywana André Thevetowi, 1584 – domena publiczna · Wikimedia Commons

Kanclerz w czasach schizmy

Pierre d’Ailly urodził się w Compiègne około 1350 roku i przeszedł niemal wszystkie szczeble kariery kościelnej i uniwersyteckiej, jakie oferował jego czas. Był kanclerzem uniwersytetu paryskiego, biskupem Cambrai, od 1411 roku kardynałem, a na soborze w Konstancji należał do najwpływowiejszych uczestników obrad, które zakończyły wielką schizmę zachodnią. Pisał o logice, o teologii sakramentów, o reformie Kościoła i o władzy soboru. Jego zainteresowanie astrologią nie było więc dziwactwem odosobnionego uczonego, lecz częścią szerokiej refleksji nad historią Kościoła i jego przyszłością w czasach, gdy jedność chrześcijaństwa wydawała się rozpadać.

Ta refleksja przeszła wyraźną ewolucję. We wcześniejszych pismach d’Ailly był wobec astrologii raczej nieufny i ostro oddzielał prawdziwe proroctwo od wróżby fałszywych proroków. Z czasem jednak, zwłaszcza w drugiej dekadzie XV wieku, zaczął traktować astronomię – w jego słowniku obejmującą także to, co nazwalibyśmy astrologią – jako narzędzie pomocnicze teologii i historii. Badaczka jego myśli Laura Ackerman Smoller nazwała ten projekt „chrześcijańską astrologią” i wiązała go z niepokojem eschatologicznym epoki: schizma, z dwoma, a potem trzema papieżami, przypominała wielu współczesnym zapowiedzi Antychrysta.

Trzy traktaty z jednego roku

Kluczowe teksty powstały w 1414 roku, czyli dokładnie w czasie, gdy d’Ailly przygotowywał się do soboru. Pierwszym jest Vigintiloquium de concordantia astronomicae veritatis cum theologia, zbiór dwudziestu twierdzeń o zgodności prawdy astronomicznej z teologią. Drugim jest De concordia astronomicae veritatis et narrationis historicae, w którym autor zestawia dzieje świata z cyklami koniunkcji. Trzecim jest Elucidarium, objaśniające i uzupełniające wcześniejsze wywody. Wokół nich krąży kilka mniejszych pism, w tym obrona astronomii przed jej krytykami.

Już tytuły wskazują na program. Słowo concordia nie oznacza tu podporządkowania teologii astrologii ani odwrotnie, lecz wykazanie, że obie, dobrze rozumiane, mówią to samo. Prawdziwa astronomia nie może sprzeciwiać się prawdzie objawionej, ponieważ obie pochodzą od tego samego Boga; jeśli wydaje się, że się sprzeciwiają, to albo astronom źle rozumie niebo, albo teolog źle rozumie Pismo. Stąd wynika podwójne zadanie: oczyścić astrologię z tez niezgodnych z wiarą i pokazać, że w tym, co z niej pozostaje, można znaleźć potwierdzenie historii świętej.

Teologicznym fundamentem tego programu był werset z Księgi Rodzaju, w którym Bóg stwarza światła na sklepieniu nieba, aby były „znakami i porami”. D’Ailly czytał go jako biblijną rękojmię astrologii rozumianej jako nauka o znakach. Gwiazdy nie są przyczynami wiary ani zbawienia, lecz mogą być znakami, które Bóg umieścił na niebie, aby zapowiadały i towarzyszyły wielkim wydarzeniom. To rozróżnienie między przyczyną a znakiem pozwalało mu uniknąć zarzutu determinizmu, który ciążył nad astrologią od czasów Ojców Kościoła.

Za tym rozróżnieniem stała długa tradycja łacińska. Roger Bacon w Opus maius rozważał już związek planet z „sektami”, czyli wielkimi wspólnotami religijnymi, i bronił astrologii jako nauki pożytecznej dla Kościoła, zwłaszcza w obliczu zagrożenia ze strony Antychrysta. D’Ailly znał te wywody i korzystał z nich obficie, niekiedy dosłownie. Jego oryginalność nie polegała więc na wymyśleniu nowej doktryny, lecz na zbudowaniu z dostępnych elementów systematycznego programu zgody, w którym każda teza została zmierzona miarą ortodoksji.

Koniunkcje i dzieje religii

Głównym narzędziem De concordia jest teoria wielkich koniunkcji Saturna i Jowisza, przejęta z łacińskich przekładów arabskiej astrologii. D’Ailly nie rozwija jej jako teorii, lecz stosuje ją do chronologii. Oblicza lata od stworzenia świata do potopu, od potopu do Abrahama, od Abrahama do Mojżesza i do Chrystusa, a następnie szuka w tych odstępach koniunkcji, które mogłyby odpowiadać wielkim zwrotom. Ponieważ rachunek od stworzenia był sporny, a różne tradycje podawały różne daty, kardynał musiał wybierać między wersjami, co czynił z wyraźną świadomością trudności.

Wyniki tej pracy nie miały być dowodem w sensie ścisłym. D’Ailly nazywał je zgodnością: przy pewnych założeniach chronologicznych wielkie przełomy historii świętej przypadają na czasy znaczących koniunkcji lub przemian w cyklach planetarnych. Narodziny Chrystusa, rozprzestrzenienie się wiary, powstanie islamu czy wielkie herezje znajdowały w jego tablicach swoje astrologiczne odpowiedniki. Najważniejsze zastrzeżenie dotyczyło jednak religii chrześcijańskiej: d’Ailly podkreślał, że Wcielenie nie zostało spowodowane przez gwiazdy, lecz jedynie przez nie oznajmione, podczas gdy religie fałszywe mogły być w większym stopniu wytworem naturalnych skłonności, na które niebo wpływa.

Taka asymetria ujawnia napięcie całego projektu. Kardynał chciał zachować wyjątkowość chrześcijaństwa, a zarazem posłużyć się narzędziem, które pierwotnie traktowało wszystkie religie jako zjawiska podlegające cyklom nieba. Rozwiązaniem było przypisanie gwiazdom różnej roli w różnych przypadkach: wobec prawdy objawionej są tylko znakiem, wobec ludzkich instytucji mogą być także przyczyną skłonności. Krytycy, i to zarówno współcześni, jak i późniejsi, uważali to rozróżnienie za kruche.

Dobrym miernikiem dystansu, jaki budził ten projekt, jest postawa Jana Gersona, ucznia i przyjaciela d’Ailly’ego, a po nim kanclerza uniwersytetu. Gerson również pisał o astrologii i również starał się oddzielić jej dopuszczalne zastosowania od zabobonu, ale był znacznie ostrożniejszy wobec łączenia gwiazd z historią świętą. W jego pismach na pierwszy plan wysuwa się troska duszpasterska: ostrzeżenie przed wiarą w wróżby, przed nadużyciami lekarzy posługujących się pomyślnymi dniami, przed niepokojem, który astrologia budzi w sumieniach. Różnica między nauczycielem a uczniem dobrze pokazuje, że nawet w tym samym środowisku i w tych samych latach zgoda astronomii z teologią była propozycją, a nie oczywistością.

Najtrwalszym rysem projektu okazała się jednak sama metoda. D’Ailly traktował historię jako materiał, który można badać za pomocą dat, okresów i powtarzających się układów, a niebo jako zegar, na którym te okresy są zaznaczone. W tym połączeniu chronologii i astronomii zapowiadało się coś, co w XVI wieku rozwiną uczeni układający światowe kroniki i tablice czasów, choć już bez wiary w moc koniunkcji.

Rok 1789 i Antychryst

Najsłynniejszy fragment De concordia dotyczy przyszłości. D’Ailly zauważa, że według przyjętych przez niego rachunków w roku 1789 dopełni się dziesiąty obieg Saturna w ramach pewnego wielkiego cyklu, a jeśli świat przetrwa do tego czasu, nastąpią wtedy wielkie i dziwne przemiany, przede wszystkim w dziedzinie praw i religii. Dodaje, że jeśli w ogóle można spodziewać się przyjścia Antychrysta, to właśnie w okolicach tej daty.

Zbieżność z rokiem rewolucji francuskiej sprawiła, że w XIX i XX wieku fragment ten był przywoływany jako zdumiewające proroctwo. Trzeba jednak czytać go we właściwym kontekście. D’Ailly nie przepowiadał rewolucji, lecz wskazywał na astrologiczną możliwość przełomu, i to w sposób warunkowy, otoczony zastrzeżeniami. Jego głównym celem było raczej oddalenie paniki eschatologicznej: wobec tych, którzy w schizmie widzieli bezpośrednią zapowiedź końca świata, kardynał pokazywał, że według rachunku nieba Antychryst nie nadejdzie wcześniej niż za kilka stuleci. Astrologia służyła tu uspokojeniu, a nie straszeniu.

Ten aspekt bywa pomijany. W epoce, w której wielu kaznodziejów i wizjonerów zapowiadało rychły koniec, d’Ailly przeciwstawił im rachunek, który odsuwał koniec w przyszłość i zostawiał miejsce na reformę Kościoła. W tym sensie jego astrologia była częścią polityki soborowej: Kościół miał czas, by się naprawić, a schizma nie była jeszcze ostatnim aktem historii.

Imago mundi w rękach Kolumba

Dziełem d’Ailly’ego, które zyskało najszerszy rozgłos, nie był jednak żaden z traktatów astrologicznych, lecz Imago mundi, kosmograficzny podręcznik ukończony około 1410 roku. Kardynał zebrał w nim wiedzę o kształcie i rozmiarach ziemi, o strefach klimatycznych, o morzach i lądach, opierając się w dużej mierze na wcześniejszych autorach, zwłaszcza na Rogerze Baconie. Jedną z tez, które przejął, było przekonanie, że ocean oddzielający zachodnie wybrzeża Europy od wschodnich krańców Azji jest stosunkowo wąski.

Drukowane wydanie Imago mundi, wraz z dołączonymi traktatami astrologicznymi, trafiło w ręce Krzysztofa Kolumba. Jego egzemplarz, zachowany w Sewilli, w Biblioteca Colombina, jest pokryty licznymi notatkami na marginesach, w których żeglarz podkreślał fragmenty o rozmiarach ziemi, o odległościach i o krainach na wschodzie. Kolumb korzystał z d’Ailly’ego także później, gdy w zbiorze nazywanym Libro de las profecías zestawiał proroctwa biblijne i obliczenia dotyczące wieku świata. Kardynał, który pisał o koniunkcjach i o przyszłości Kościoła, stał się w ten sposób jednym z pośrednich autorów wyprawy, która zmieniła mapę świata.

W tej recepcji widać jedność myśli d’Ailly’ego, której nowożytny czytelnik łatwo nie dostrzega. Kosmografia, astrologia i teologia historii były dla niego częściami jednego obrazu świata stworzonego, uporządkowanego i zmierzającego ku celowi. Kolumb czytał Imago mundi nie tylko jako zbiór danych geograficznych, lecz jako dzieło, w którym przestrzeń i czas, odkrycie lądów i bieg dziejów należą do jednego planu opatrzności.

Zgoda, która nie przetrwała

Projekt concordia nie znalazł bezpośrednich kontynuatorów w tej samej formie. Już w XV wieku krytycy astrologii sądowej wskazywali, że zestawianie koniunkcji z dziejami religii podważa wolność Boga i ludzi, a w XVI wieku sam pomysł horoskopu religii stał się jednym z głównych celów ataku. Teologowie potrydenccy patrzyli na takie spekulacje z coraz większą nieufnością, a rozwój chronologii krytycznej odebrał rachunkom d’Ailly’ego ich podstawę.

Mimo to jego traktaty pozostają ważnym świadectwem epoki, w której astrologia nie była jeszcze oddzielona od teologii i historii, a jej najpoważniejsi czytelnicy szukali w niej nie wróżby dla jednostek, lecz sensu dziejów. D’Ailly nie był astrologiem dworskim ani autorem horoskopów. Był teologiem, który wierzył, że Bóg zapisał na niebie znaki porządku historii, i który próbował je odczytać tak, by nie podważyć wiary, lecz ją umocnić. Jego niepowodzenie mówi wiele o granicach tej próby; jego ambicja mówi równie wiele o wyobraźni późnego średniowiecza, w której niebo, Kościół i koniec czasów należały do jednej opowieści.