John Partridge i żart Bickerstaffa
Sfingowana przez Jonathana Swifta przepowiednia śmierci Johna Partridge’a, ogłoszona w Predictions for the Year 1708 i „spełniona” w kolejnych pamfletach, obróciła przeciw astrologowi samą formę almanachu i zadała reputacji całego gatunku cios, z którego uczona publiczność angielska już się nie podniosła.

Szewc, który czytał gwiazdy
John Partridge urodził się w 1644 roku w Surrey i, według relacji współczesnych oraz jego własnych wzmianek, zaczynał jako szewc. Samouk, który nauczył się łaciny i astrologii z książek, zdołał w ciągu kilku dziesięcioleci zbudować jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek londyńskiego rynku wydawniczego. Jego almanach, wydawany od lat osiemdziesiątych XVII wieku pod tytułem Merlinus Liberatus, należał do grupy corocznych kalendarzy, które sprzedawano w ogromnych nakładach przez Kompanię Księgarzy, dysponującą królewskim monopolem na ten rodzaj druku. Almanach zawierał kalendarz, tabele astronomiczne, wskazówki rolnicze i medyczne, a przede wszystkim przepowiednie na nadchodzący rok, ułożone ogólnikowo i nasycone polityką.
Partridge był zdeklarowanym wigiem i zażartym przeciwnikiem katolicyzmu. Za panowania Jakuba II przebywał przez pewien czas w Holandii, a po rewolucji 1688 roku powrócił jako głos protestanckiej sukcesji. W swoich almanachach atakował papistów, jakobitów i wszystkich, których podejrzewał o sympatie wobec wygnanego Stuarta. Prowadził też długie spory z innymi astrologami, w których obelga mieszała się z technicznymi zarzutami dotyczącymi metod obliczeń. Ta wojowniczość dawała mu czytelników, ale zjednywała też wrogów, a jego niechęć do rygorystycznie rozumianego Kościoła anglikańskiego i do duchowieństwa sprzyjającego torysom nie mogła pozostać niezauważona przez ludzi pióra po drugiej stronie.
Warto pamiętać, czym był almanach w ówczesnej Anglii. Dla wielu domów stanowił najważniejszą, często jedyną kupowaną co roku książkę, a jego autorzy cieszyli się rozpoznawalnością, jakiej nie miał żaden filozof przyrody. Pozycja ta opierała się na powtarzalności: co roku ta sama marka, ten sam układ, ten sam ton pewności. Przepowiednie zaś formułowano tak, by przy każdym rozwoju wypadków dało się wskazać fragment, który go rzekomo zapowiadał. Ta właśnie konstrukcja, chroniąca autora przed kompromitacją, stała się celem satyry.
Przepowiednia Isaaca Bickerstaffa
Na początku 1708 roku w Londynie ukazał się pamflet Predictions for the Year 1708, podpisany nazwiskiem nieznanego nikomu Isaaca Bickerstaffa, Esquire. Autorem był Jonathan Swift, wówczas jeszcze nie autor Podróży Guliwera, ale już znany satyryk, duchowny Kościoła Irlandii przebywający w stolicy w sprawach swojego Kościoła. Pamflet udawał poważną rozprawę reformatora astrologii. Bickerstaff ubolewał nad stanem sztuki, którą jego zdaniem zhańbili niedouczeni wydawcy almanachów, piszący przepowiednie tak mętne, że mogły pasować do każdego wydarzenia. On sam zamierzał postąpić inaczej: podać przepowiednie konkretne, z datą, tak by każdy mógł je sprawdzić.
Pierwsza z nich dotyczyła samego Partridge’a. Bickerstaff ogłaszał, że zgodnie z jego obliczeniami astrolog umrze dwudziestego dziewiątego marca o jedenastej wieczorem, na gorączkę, i radził mu uporządkować sprawy. Pozostałe przepowiednie dotyczyły śmierci innych osób i wydarzeń politycznych, ale ich funkcja była podporządkowana pierwszej. Żart polegał na doskonałym naśladownictwie: Swift przejął ton, frazeologię i pewność siebie almanachów, a następnie zastosował do nich kryterium, którego almanachy starannie unikały, czyli sprawdzalność. Satyra nie wymagała ani jednego argumentu przeciw astrologii jako takiej. Wystarczyło pokazać, jak wyglądałaby przepowiednia, którą można zweryfikować.
Po wyznaczonej dacie ukazał się drugi pamflet, The Accomplishment of the First of Mr. Bickerstaff’s Predictions, przedstawiony jako list osoby, która była rzekomo przy łożu umierającego. Relacja donosiła, że Partridge zmarł, wprawdzie z kilkugodzinnym odchyleniem od przewidzianej chwili, a przed śmiercią wyznał, że całe jego rzemiosło było oszustwem uprawianym dla zarobku. Ten szczegół był najbardziej okrutnym elementem żartu. Swift nie tylko uśmiercił astrologa na papierze, lecz także włożył mu w usta przyznanie się do szalbierstwa, które wraz z jego „śmiercią” zamykało sprawę.
Martwy, który zaprzecza
Partridge popełnił błąd, który satyra mogła tylko przewidzieć. Zamiast przemilczeć sprawę, zaczął protestować, że żyje. Według najczęściej powtarzanej tradycji czytelnicy, a nawet urzędnicy, mieli traktować go jak zmarłego, a w kręgach londyńskich krążyły kolejne teksty rozwijające żart, w tym rzekome elegie i epitafia; poszczególne anegdoty z tego okresu, na przykład o zabiegach wokół jego pogrzebu, trudno dziś zweryfikować i należy je traktować ostrożnie. Pewne jest, że w almanachu na rok 1709 Partridge stanowczo oświadczył, iż żyje i miał się dobrze w dniu rzekomej śmierci, a Bickerstaffa nazwał oszustem.
Swift odpowiedział w 1709 roku pismem A Vindication of Isaac Bickerstaff, Esq., w którym z kamienną powagą dowodził, że Partridge jednak umarł. Argumentacja była arcydziełem absurdalnej logiki: żaden żywy człowiek nie mógłby napisać tak bezwartościowych rzeczy jak te, które ukazały się w almanachu pod nazwiskiem Partridge’a, a zatem ich autor nie może być żywy. Zaprzeczenie astrologa zostało w ten sposób wchłonięte przez satyrę jako jej kolejny dowód. Każdy jego protest wzmacniał żart, bo publiczność śmiała się już nie z przepowiedni, lecz z człowieka, który dowodzi własnego istnienia.
Do zabawy dołączyli inni. Wśród pism, które wtedy krążyły, znalazł się też tekst wydany w obronie Partridge’a, Squire Bickerstaff Detected, którego autorstwo pozostaje niepewne; przypisywano go różnym autorom, a sam Partridge prawdopodobnie miał w nim jedynie częściowy udział. W tym samym 1709 roku Richard Steele, uruchamiając czasopismo The Tatler, przybrał właśnie pseudonim Isaac Bickerstaff, za zgodą lub przynajmniej przy cichym przyzwoleniu Swifta. Fikcyjna postać, stworzona po to, by ośmieszyć astrologa, stała się redakcyjną maską jednego z najważniejszych pism angielskiego oświecenia.
Dlaczego żart okazał się tak skuteczny
Satyra na astrologów nie była niczym nowym. Kpiono z nich w komediach elżbietańskich, w pamfletach okresu wojny domowej i w broszurach po restauracji Stuartów. Siła żartu Swifta polegała na tym, że trafił w szczególny moment i w szczególną słabość gatunku. Na początku XVIII wieku astrologia straciła już niemal całe oparcie w uczonej kulturze: nie była przedmiotem poważnej dyskusji w kręgach filozofii przyrody, a wykształcone elity traktowały ją coraz częściej jako przesąd ludu. Almanachy pozostały jednak potężną siłą na rynku druku i trafiały do setek tysięcy nabywców. Swift zwrócił się do czytelnika, który kupował almanach dla kalendarza, ale wstydził się już wierzyć w jego przepowiednie.
Drugą przyczyną skuteczności była forma. Bickerstaff nie polemizował z astrologią z pozycji filozofa ani teologa, lecz występował w roli lepszego astrologa. Udając zwolennika sztuki, mógł obnażyć jej retoryczne mechanizmy od środka: ogólnikowość, wieloznaczność, zabezpieczanie się przed pomyłką. Kontrast między jego jedną precyzyjną przepowiednią a zwykłymi frazami almanachów był bardziej wymowny niż każdy traktat. Czytelnik sam wyciągał wniosek, że przepowiednia, której nie można obalić, niewiele mówi, a przepowiednia, którą można obalić, łatwo okazuje się fałszywa.
Trzecią przyczyną był spór polityczny i kościelny w tle. Swift nie wybrał Partridge’a przypadkiem: wybrał najbardziej hałaśliwego wigowskiego almanachistę, wroga duchowieństwa, którego Swift reprezentował. Żart był więc także odwetem w sporze o miejsce Kościoła w państwie. Nie umniejsza to jego znaczenia dla dziejów astrologii, lecz przypomina, że satyra działa w konkretnej sieci interesów i że kpina z gwiazd była zarazem kpiną z określonego obozu.
Echo po drugiej stronie Atlantyku
Najlepszym świadectwem żywotności żartu jest jego powtórzenie w innym kraju i przez innego autora. W 1732 roku, wydając pierwszy rocznik swojego almanachu Poor Richard’s Almanack na rok następny, Benjamin Franklin przybrał postać skromnego astrologa Richarda Saundersa i przepowiedział śmierć konkurencyjnego wydawcy kalendarzy z Filadelfii, Titana Leedsa, podając dokładną datę i godzinę. Gdy Leeds zaprotestował, Franklin w kolejnych rocznikach z udawaną troską dowodził, że rywal musiał już umrzeć, skoro pod jego nazwiskiem ukazują się teksty tak nieprzystojne i nieuprzejme. Schemat był przejęty od Swifta niemal dosłownie, a Franklin z pewnością znał jego wzór.
Różnica polegała na tym, że Franklin żartował z wnętrza gatunku, który sam z powodzeniem uprawiał. Jego almanach odniósł ogromny sukces handlowy, a przepowiednie astrologiczne pełniły w nim rolę parodystycznego ozdobnika, otaczającego przysłowia, rady gospodarskie i kalendarz. Żart Bickerstaffa przestał być w tej wersji atakiem na almanach, a stał się sposobem jego przekształcenia: kalendarz zachował dawną formę, ale jego wydawca puszczał oko do czytelnika, dając mu do zrozumienia, że obaj wiedzą, ile warte są gwiazdy. W ten sposób satyra Swifta weszła do samej struktury popularnego druku i współtworzyła nowy, ironiczny typ almanachu, który przetrwał dłużej niż przepowiednie Partridge’a.
Długi cień jednego pseudonimu
Partridge żył jeszcze kilka lat. Jego almanach przestał się ukazywać na pewien czas po 1709 roku i pojawił się znowu dopiero później; przerwę tę często łączy się bezpośrednio z ośmieszeniem, choć mogły się do niej przyczynić także spory z Kompanią Księgarzy i inne okoliczności, których źródła nie wyjaśniają jednoznacznie. Zmarł naprawdę w 1715 roku, a Merlinus Liberatus wydawano pod jego nazwiskiem jeszcze długo po jego śmierci, co stanowi gorzką ironię: rzeczywisty zgon astrologa nie przerwał jego almanachu, który żył dzięki marce, podobnie jak fikcyjny zgon nie przerwał życia człowieka.
Dla dziejów astrologii żart Bickerstaffa stał się punktem odniesienia przywoływanym przy każdej próbie ośmieszenia przepowiedni. Pokazał, że wobec gatunku opartego na powszechnej wierze i uczonym lekceważeniu najskuteczniejszą bronią nie jest obalanie zasad, lecz parodia. Almanachy nie zniknęły i przez cały XVIII wiek pozostawały masowym towarem, ale ich przepowiednie coraz częściej czytano z uśmiechem, jako ozdobnik kalendarza. Wraz z tym przesunięciem rozpadała się wspólnota czytelników, w której wydawca przepowiedni mógł uchodzić za autorytet. Kiedy w XIX wieku astrologia w Anglii zaczęła się odradzać, musiała budować tę wiarygodność od nowa, a pamięć o Partridge’u, który dowodził, że żyje, towarzyszyła jej jako ostrzeżenie przed własną śmiesznością.
