Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Astrologia

Sekstus Empiryk i sceptycka krytyka horoskopu

Piąta księga Przeciw uczonym Sekstusa Empiryka, wymierzona w astrologów, jest najbardziej techniczną krytyką horoskopu, jaką zostawiła starożytność, bo nie spiera się o moralne skutki wiary w gwiazdy, lecz wykazuje praktyczną niemożność ustalenia chwili narodzin i wschodzącego znaku, na których opiera się cała sztuka.

Zodiak z Dendery, starożytny relief egipski
Zodiak z Dendery, starożytny relief egipski

Lekarz sceptyk wobec Chaldejczyków

Sekstus Empiryk, działający najpewniej w drugiej połowie II wieku po Chrystusie lub na przełomie II i III stulecia, jest dla nas głównym świadkiem starożytnego pirronizmu. Jego przydomek wskazuje na przynależność do empirycznej szkoły medycznej, która odrzucała spekulacje o ukrytych przyczynach chorób i opierała wiedzę lekarską na obserwacji, pamięci przypadków i doświadczeniu powtarzanym wielokrotnie. O jego życiu nie wiadomo prawie nic, a nawet miasto, w którym nauczał, pozostaje przedmiotem domysłów. Zachowały się natomiast jego pisma, w tym obszerny cykl skierowany przeciw przedstawicielom różnych dziedzin wiedzy, tradycyjnie nazywany Adversus mathematicos.

Piąta księga tego cyklu, zatytułowana „Przeciw astrologom”, różni się od wielu antycznych polemik z astrologią przede wszystkim tonem. Sekstus nie oburza się na fatalizm, nie przestrzega przed bezbożnością ani nie wyśmiewa łatwowierności klientów. Pyta raczej, czy sztuka ta może w ogóle działać zgodnie z własnymi zasadami. Jego krytyka jest immanentna: przyjmuje założenia astrologów na tyle, na ile trzeba, by pokazać, że prowadzą one do wymagań niemożliwych do spełnienia.

Ważne jest zastrzeżenie, od którego Sekstus zaczyna. Nie atakuje astronomii jako takiej ani prognoz pogodowych opartych na wschodach i zachodach gwiazd, które przypisuje uczonym takim jak Eudoksos i Hipparch. Jego przeciwnikami są „Chaldejczycy”, czyli twórcy horoskopów urodzeniowych, twierdzący, że z układu nieba w chwili narodzin można wyczytać los człowieka. To rozróżnienie między wiedzą o ruchach i zjawiskach a sztuką przepowiadania losów stanie się później jednym z najtrwalszych motywów zachodniej refleksji o astrologii.

Wykład doktryny przed jej obaleniem

Zanim przejdzie do krytyki, Sekstus przedstawia podstawy sztuki, którą zamierza podważyć. Opisuje podział zodiaku na dwanaście znaków, każdego z nich na trzydzieści stopni, a każdego stopnia na sześćdziesiąt minut. Wylicza cztery punkty kardynalne horoskopu: wschodzący, czyli horoskopos, środek nieba, punkt zachodzący i punkt pod ziemią. Wspomina o dwunastu miejscach horoskopu i o ich nazwach, o planetach dobroczynnych i szkodliwych, o domach planet, ich wywyższeniach, granicach i trygonach.

Ten wykład nie jest ozdobnikiem. Służy pokazaniu, że cała konstrukcja zależy od jednego punktu wyjścia: od ascendentu, czyli stopnia zodiaku wschodzącego na horyzoncie w chwili narodzin. Od niego liczy się pozostałe punkty kardynalne i miejsca, od niego zależy rozmieszczenie planet w horoskopie, a więc i cała interpretacja. Jeśli ascendent zostanie ustalony błędnie, wszystkie dalsze wnioski tracą podstawę. Sekstus przyjmuje więc strategię, która przypomina metodę lekarza empiryka: zamiast spierać się o teorię, bada, czy podstawowa obserwacja jest w ogóle wykonalna.

Jego opis doktryny jest dla historyka cennym świadectwem, bo pokazuje, jak w II wieku wyglądał kanon wiedzy astrologicznej, który zwykły wykształcony człowiek mógł znać. Sekstus nie był astrologiem, a jednak dysponował słownikiem technicznym na tyle bogatym, by wytykać astrologom szczegółowe trudności.

Której chwili szukamy

Pierwsza trudność dotyczy samego pojęcia chwili narodzin. Astrolog musi wiedzieć, od jakiego momentu liczy horoskop. Może to być chwila poczęcia albo chwila narodzin, ale żadna z nich nie daje się wyznaczyć jednoznacznie. Poczęcie jest procesem ukrytym i rozciągniętym w czasie, a ani matka, ani lekarz nie są w stanie wskazać momentu, w którym nasienie zostaje przyjęte i zaczyna się kształtowanie płodu. Sekstus przypomina, że według ówczesnej fizjologii zachodzą tu przemiany stopniowe, a więc nie ma jednego punktu, który można by uznać za początek.

Narodziny wydają się prostsze, lecz i one rozpadają się na etapy. Czy chodzi o chwilę, w której dziecko zaczyna wychodzić, w której ukazuje się głowa, w której całe ciało wyłania się z łona, czy w której dziecko zostaje położone na ziemi? Między tymi momentami mija czas, a niebo w tym czasie się obraca. Astrolog, który chce precyzji co do stopnia, nie może pozostawić tej kwestii nierozstrzygniętej, a zarazem nie ma kryterium, które pozwalałoby ją rozstrzygnąć. Wybór jednego z momentów okazuje się arbitralny, a więc także wynik interpretacji staje się arbitralny.

Ta część krytyki ma charakter pojęciowy, ale wynika z niej wniosek praktyczny. Sztuka, która nie wie dokładnie, co mierzy, nie może twierdzić, że mierzy dokładnie.

Gong, horyzont i zegar wodny

Najbardziej charakterystyczny dla Sekstusa jest drobiazgowy opis procedury, za pomocą której astrolodzy mieli ustalać ascendent. Według jego relacji Chaldejczyk w noc porodu zasiadał na wzniesieniu i obserwował niebo, a przy rodzącej czuwał pomocnik. Gdy dziecko przychodziło na świat, pomocnik uderzał w dysk z brązu, dając sygnał obserwatorowi, który miał wówczas zanotować znak wschodzący na horyzoncie.

Sekstus rozbiera ten układ krok po kroku. Narodziny nie są punktowe, więc pomocnik musi sam zdecydować, kiedy uderzyć. Dźwięk potrzebuje czasu, by dotrzeć do obserwatora, a w tym czasie niebo przesuwa się o pewien łuk. Obserwator musi następnie spojrzeć na horyzont i rozpoznać stopień, który właśnie wschodzi, a to wymaga kolejnej chwili. Horyzont nie jest przy tym linią jednoznaczną. Zależy od wysokości, na jakiej stoi obserwator, od ukształtowania terenu, od gór, które mogą zasłaniać jego część, od stanu powietrza. Gwiazdy przy samym horyzoncie są słabo widoczne, a w pochmurną noc znikają całkowicie. Jeśli zaś dziecko rodzi się za dnia, obserwacja gwiazd staje się w ogóle niemożliwa.

Alternatywną metodą było posługiwanie się zegarem wodnym, który miał pozwalać obliczyć, ile czasu upłynęło od wschodu znanego znaku. Sekstus i tę metodę podważa. Woda nie płynie jednostajnie: jej wypływ zależy od wysokości słupa w naczyniu, od czystości, od temperatury powietrza. Co więcej, poszczególne znaki zodiaku nie wschodzą w jednakowym czasie, bo ekliptyka jest nachylona do równika, a więc dzielenie doby na równe odcinki odpowiadające znakom prowadzi do błędu. Sekstus nie musi znać szczegółów teorii czasów wschodów, by wiedzieć, że astrolodzy sami przyznają tę nierówność. Wystarczy mu wykazać, że ich narzędzia jej nie uwzględniają.

Siła tego wywodu polega na jego konkretności. Sekstus nie twierdzi, że gwiazdy nie mają wpływu na ludzi, bo sceptyk nie rozstrzyga takich pytań. Pokazuje jedynie, że nawet jeśli wpływ taki istnieje, astrolog nie dysponuje środkami, by go odczytać. Ascendent, na którym opiera się horoskop, pozostaje dla niego niedostępny.

Doświadczenie, którego nie da się zgromadzić

Ostatnia linia argumentacji uderza w źródło wiedzy astrologicznej. Astrolodzy twierdzili, że ich reguły powstały z obserwacji: zauważono, że ludzie urodzeni w określonym układzie nieba przeżywali określone losy, i z wielokrotnego powtórzenia tych obserwacji wyprowadzono prawa. Sekstus, jako lekarz ze szkoły empirycznej, dobrze znał tę metodę i wiedział, czego wymaga. Obserwacja staje się wiedzą tylko wtedy, gdy ten sam stan rzeczy powtarza się wiele razy i za każdym razem towarzyszą mu te same skutki.

Tymczasem układ nieba, który astrolog bierze pod uwagę, obejmuje położenie wszystkich planet, znaków i punktów kardynalnych co do stopnia. Taki układ powtarza się, jeśli w ogóle, po upływie ogromnych okresów, znacznie przekraczających pamięć ludzkości. Nikt nie mógł więc zaobserwować wielokrotnie tego samego horoskopu i odnotować, jakie losy mu towarzyszyły. Reguły astrologiczne nie mogą zatem pochodzić z doświadczenia, a jeśli nie pochodzą z doświadczenia, to ich podstawa jest niejasna. W tym miejscu Sekstus zestawia astrologię z medycyną empiryczną, która przynajmniej mogła obserwować te same objawy u wielu chorych.

Ten argument, mniej obrazowy niż opis gongu, okazał się szczególnie trwały, bo dotykał samej epistemologii astrologii. Pytanie, skąd astrolog wie to, co twierdzi, wracało w późniejszych sporach wielokrotnie, a astrolodzy odpowiadali na nie zwykle odwołaniem do starożytnego objawienia lub do mądrości przodków, co z perspektywy sceptyka tylko potwierdzało jego zarzut.

Dziedzictwo Karneadesa

Krytyka Sekstusa nie powstała w próżni. Jej najważniejszym poprzednikiem był Karneades, filozof Akademii w II wieku przed Chrystusem, który sam niczego nie spisał, ale którego argumenty przeciw fatum i wróżbiarstwu przetrwały przez pośrednictwo ucznia Klejtomacha i późniejszych autorów, przede wszystkim Cycerona. W drugiej księdze O wróżbiarstwie Cyceron przytacza szereg zarzutów wywodzących się z tej tradycji: że ludzie urodzeni pod tym samym niebem w różnych krajach mają różne losy, że wielu zginęło razem w jednej bitwie, choć urodzili się pod różnymi gwiazdami, i że przepowiednie co do wielkich Rzymian okazały się fałszywe.

Sekstus korzysta z tego dziedzictwa, ale przesuwa akcent. Karneadejskie argumenty mają charakter przeważnie empiryczny w potocznym sensie: wskazują przykłady, które nie zgadzają się z przewidywaniami. Sekstus idzie głębiej, bo bada warunki możliwości samej obserwacji. Jego pytanie nie brzmi „czy astrolodzy się mylą”, ale „czy mogliby nie mylić się, nawet gdyby ich teoria była prawdziwa”. W tym sensie jego krytyka jest bardziej techniczna i trudniejsza do odparcia, bo nie zależy od żadnego konkretnego przykładu.

Pisma Sekstusa, zapomniane w łacińskim średniowieczu, wróciły do obiegu w XVI wieku. Henri Estienne wydał w 1562 roku łaciński przekład jego Zarysów pirrońskich, a w 1569 roku Gentian Hervet ogłosił przekład Adversus mathematicos. Odtąd księga przeciw astrologom stała się dostępna czytelnikom, którzy na nowo zastanawiali się nad wiarygodnością wiedzy o niebie.

Dla historii idei Sekstus pozostaje świadkiem szczególnego rodzaju krytyki: takiej, która nie potrzebuje rozstrzygać, czy niebo rządzi ziemią, aby wykazać, że ludzka sztuka odczytywania tego rządu nie ma oparcia. Jego wywód oddziela pytanie o istnienie wpływów od pytania o możliwość ich poznania, a ta druga kwestia okazała się dla astrologii trudniejsza niż pierwsza.