Gwiazda Betlejemska i spór o horoskop Chrystusa
Od pierwszych wieków chrześcijaństwa po renesans gwiazda magów służyła zarówno obrońcom, jak i przeciwnikom astrologii, a próba postawienia horoskopu Chrystusa wyznaczała granicę, za którą rachunek gwiazd przestawał być sztuką, a zaczynał być podejrzewany o herezję.

Opowieść, która stawia pytanie
Ewangelia według Mateusza opowiada w drugim rozdziale, że po narodzeniu Jezusa w Betlejem przybyli do Jerozolimy magowie ze Wschodu, pytając, gdzie jest nowo narodzony król żydowski, bo widzieli jego gwiazdę na Wschodzie i przyszli oddać mu pokłon. Gwiazda prowadziła ich następnie do Betlejem i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było dziecię. Magowie złożyli dary i, ostrzeżeni we śnie, wrócili do swojego kraju inną drogą. Tekst jest krótki i nie mówi niczego o naturze gwiazdy ani o tym, jak magowie odczytali jej znaczenie.
Właśnie to milczenie stało się źródłem problemu. Słowo magoi w greckim tekście oznaczało pierwotnie kapłanów perskich, a w czasach Ewangelii odnosiło się szerzej do mędrców, wróżbitów i znawców nieba. Jeżeli magowie przybyli, bo zobaczyli gwiazdę i zrozumieli, że oznacza narodziny króla, to wydaje się, że postąpili jak astrologowie, a Ewangelia nie potępia ich za to, lecz przedstawia jako pierwszych pogan, którzy oddali pokłon Chrystusowi. Czy oznacza to, że astrologia jest prawomocną drogą poznania? Pytanie to towarzyszyło chrześcijańskiej teologii przez półtora tysiąca lat.
Odpowiedzi szły w dwóch przeciwnych kierunkach. Jedni widzieli w gwieździe dowód, że niebo rzeczywiście zapowiada wielkie wydarzenia, i powoływali się na nią w obronie astrologii. Inni twierdzili, że gwiazda była cudem, a jej pojawienie się położyło kres władzy gwiazd nad ludźmi. Oba stanowiska miały swoich przedstawicieli od najwcześniejszych pism chrześcijańskich.
W pobożności ludowej magowie szybko przestali być astrologami, a stali się królami. Już we wczesnym średniowieczu nadano im imiona Kacper, Melchior i Baltazar, a ich liczbę ustalono na trzech według liczby darów. W 1164 roku arcybiskup Rainald z Dassel przeniósł z Mediolanu do Kolonii relikwie uważane za ich szczątki, a kolońska katedra stała się jednym z wielkich celów pielgrzymek. Przemiana mędrców w królów łagodziła kłopotliwy dla teologów fakt, że pierwszymi czcicielami Chrystusa spośród pogan byli ludzie czytający niebo; korona zastępowała astrolabium.
Ignacy, Orygenes i koniec magii
Najstarszym świadectwem drugiej interpretacji jest list Ignacego Antiocheńskiego do Efezjan, napisany na początku II wieku. Ignacy opisuje gwiazdę, która zajaśniała na niebie ponad wszystkie gwiazdy, a jej światło było niewypowiedziane i nowe. Słońce, Księżyc i inne gwiazdy utworzyły wokół niej chór, a skutkiem jej pojawienia się było rozwiązanie wszelkiej magii i zniknięcie więzów zła. Gwiazda nie była więc dla Ignacego znakiem odczytanym przez astrologów, lecz kosmicznym wydarzeniem, które obaliło dawny porządek, w tym porządek oparty na władzy gwiazd.
Tertulian wyciągnął z tej myśli wniosek praktyczny. W traktacie De idololatria przyznał, że magowie byli astrologami i że astrologia mogła być tolerowana aż do przyjścia Chrystusa. Od chwili narodzin Zbawiciela jednak dawne przyzwolenie wygasło: odtąd nikt nie powinien przepowiadać ludzkiego losu z gwiazd. Magowie, którzy wrócili do domu inną drogą, symbolizowali porzucenie dawnej wiedzy na rzecz nowej wiary.
Orygenes w dziele Przeciw Celsusowi podjął pytanie o naturę gwiazdy. Uznał, że nie była to żadna ze zwykłych gwiazd, lecz zjawisko nowe, podobne do komet i innych ciał, które pojawiają się na niebie przy wielkich wydarzeniach. Przywołał też proroctwo Balaama z Księgi Liczb o gwieździe wschodzącej z Jakuba, sugerując, że magowie znali je i dlatego zrozumieli znaczenie zjawiska. W ten sposób gwiazda stawała się znakiem przepowiedzianym przez Pismo, a nie wnioskiem z rachunku astrologicznego. Orygenes był w innych miejscach gotów przyznać gwiazdom rolę znaków, ale stanowczo odrzucał pogląd, że wyznaczają one bieg ludzkiego życia.
Augustyn, najbardziej wpływowy krytyk astrologii w łacińskim chrześcijaństwie, poświęcił gwieździe betlejemskiej uwagę w polemice z manichejczykiem Faustem. Gwiazda nie rządziła losem Chrystusa, pisał, lecz mu służyła: nie ona decydowała o narodzinach, lecz narodziny sprawiły, że się pojawiła. Ta formuła, w której gwiazda jest posłuszna dziecięciu, a nie dziecię gwieździe, stała się kanoniczną odpowiedzią na próby astrologicznej lektury Ewangelii. Jan Chryzostom w homiliach na Ewangelię Mateusza poszedł jeszcze dalej, twierdząc, że gwiazda w ogóle nie była gwiazdą, lecz niewidzialną mocą przybierającą jej postać, skoro poruszała się z północy na południe i zatrzymała się nad domem, czego żadne ciało niebieskie nie mogłoby uczynić.
Albumasar i dziewica w dekanie
W średniowieczu łacińskim spór nabrał nowego wymiaru za sprawą astrologii arabskiej. Abu Maszar, w łacinie Albumasar, przedstawił w swoim wielkim wprowadzeniu do astrologii opis obrazów wschodzących z poszczególnymi częściami zodiaku według tradycji perskiej, indyjskiej i greckiej. Wśród obrazów związanych z pierwszym dekanem Panny pojawia się tam dziewica karmiąca dziecię, o którym tekst mówi, że niektóre ludy nazywają je Jezusem. Fragment ten nie był zamierzony jako argument teologiczny, lecz jako opis sfery niebieskiej różnych narodów.
Łacińscy czytelnicy przyjęli go jednak z wielkim zainteresowaniem. W Speculum astronomiae, traktacie przypisywanym Albertowi Wielkiemu, choć jego autorstwo pozostaje sporne, fragment Albumasara pojawia się jako dowód, że gwiazdy zapowiadały narodziny Chrystusa z dziewicy. Roger Bacon w Opus maius powoływał się na tę samą tradycję. Dla tych autorów astrologia nie przeczyła wierze, lecz ją potwierdzała: niebo, stworzone przez Boga, nosiło zapis wydarzeń zbawczych, a mądrość pogańskich astrologów mogła prowadzić ku prawdzie, tak jak prowadziła magów. Bacon przejął też od Albumasara schemat, w którym poszczególne religie odpowiadają połączeniom Jowisza z innymi planetami: z Saturnem wiązano wiarę żydowską, z Wenus islam, a z Merkurym chrześcijaństwo, którego tajemnice i trudna nauka miały odpowiadać naturze tej planety. Schemat ten, choć pomyślany jako pochwała chrześcijaństwa, wprowadzał religię objawioną w obręb astrologicznego rachunku, co później obracało się przeciw jego zwolennikom.
Ta linia myślenia miała jednak swoje granice. Teologowie przypominali, że jeżeli narodziny Chrystusa były zapisane w gwiazdach, to można by sądzić, że były przez nie spowodowane, a to oznaczałoby poddanie Boga stworzeniu. Tomasz z Akwinu, w Summie teologii, rozważając gwiazdę magów, przyjął stanowisko bliskie Chryzostomowi: była to gwiazda nowo stworzona, nie należąca do sfery niebieskiej, lecz poruszająca się w powietrzu blisko ziemi, i dlatego mogła prowadzić magów i zatrzymać się nad domem. Gwiazda była więc znakiem, ale znakiem cudownym, nie podlegającym prawom astrologii.
Granica: horoskop Chrystusa
Najostrzejszy punkt sporu dotyczył nie samej gwiazdy, lecz horoskopu. Czy można obliczyć układ nieba w chwili narodzin Chrystusa i odczytać z niego jego charakter i los, tak jak czyni się to dla zwykłego człowieka? Dla wielu teologów sama taka próba była bluźnierstwem, bo sugerowała, że życie i śmierć Zbawiciela wynikały z konieczności gwiazd, a nie z woli Boga. Kto stawiał horoskop Chrystusa, zdawał się odbierać mu boską wolność.
Najsłynniejszą ofiarą tego podejrzenia był Cecco d'Ascoli, astrolog i poeta, który w 1327 roku został spalony we Florencji jako heretyk. Według relacji przekazanych przez późniejszych kronikarzy jednym z zarzutów było twierdzenie, że narodziny i śmierć Chrystusa podlegały wpływom gwiazd i że jego horoskop pozwalał je przewidzieć. Dokładne brzmienie oskarżeń nie zachowało się w pełni, a historycy wskazują, że w sprawie Cecca grały rolę także konflikty osobiste i polityczne, lecz w pamięci potomnych jego los związał się właśnie z tym punktem.
Pierre d'Ailly, kardynał i teolog, uczestnik soboru w Konstancji, próbował w początkach XV wieku pogodzić astrologię z teologią w sposób, który unikał bezpośredniego horoskopu. W pismach takich jak Vigintiloquium i Concordantia astronomie cum theologia odwoływał się do teorii wielkich koniunkcji Saturna i Jowisza, zaczerpniętej od Albumasara, i twierdził, że wielkie zmiany religijne zbiegają się z określonymi koniunkcjami. Narodziny Chrystusa również miały być związane z taką koniunkcją, lecz d'Ailly podkreślał, że gwiazdy były tylko znakiem, a nie przyczyną. Jego próby nie uchroniły go od krytyki, ale pokazują, jak wąska była ścieżka, po której musiał iść chrześcijański astrolog.
Cardano i ostatni wielki skandal
W połowie XVI wieku granicę przekroczył otwarcie Girolamo Cardano, lekarz, matematyk i astrolog z Mediolanu. W komentarzu do Tetrabiblos Ptolemeusza, wydanym w 1554 roku, zamieścił horoskop Chrystusa, obliczony według daty tradycyjnej, i opisał, jak układ gwiazd odpowiada jego życiu, naukom i śmierci. Cardano zapewniał, że nie twierdzi, jakoby gwiazdy rządziły Chrystusem, lecz jedynie, że niebo w chwili jego narodzin harmonizowało z jego boską misją. Rozróżnienie to wielu czytelnikom wydało się jednak czysto słowne.
Horoskop Chrystusa ściągnął na Cardana poważne kłopoty. W 1570 roku został aresztowany przez inkwizycję w Bolonii, a choć zarzuty dotyczyły różnych jego pism, publikacja horoskopu należała do najbardziej obciążających. Po kilku miesiącach wyszedł na wolność, lecz musiał wyrzec się części swoich poglądów, utracił prawo do nauczania i publikowania. Ostatnie lata spędził w Rzymie, gdzie, paradoksalnie, otrzymał pensję od papieża. Jego przypadek pokazał, że w epoce kontrreformacji granica wyznaczona przez średniowiecznych teologów nie została zniesiona, lecz raczej wyraźniej strzeżona.
Spór o gwiazdę betlejemską i horoskop Chrystusa był więc sporem o samą istotę astrologii. Gwiazda magów pozwalała twierdzić, że niebo mówi o rzeczach boskich, ale horoskop Zbawiciela zmuszał do pytania, czy niebo także o nich decyduje. Chrześcijańska teologia mogła przyjąć gwiazdy jako znaki, nie mogła przyjąć ich jako przyczyn tego, co dotyczyło Boga. Między tymi dwoma stanowiskami astrologia chrześcijańskiej Europy szukała dla siebie miejsca, nigdy całkowicie pewnego, zawsze wystawionego na podejrzenie, że jej rachunek sięga tam, gdzie powinna panować tylko wiara.
