Pierio Valeriano i encyklopedia hieroglifów
Wydane w Bazylei w 1556 roku Hieroglyphica Pieria Valeriana zamieniły humanistyczną fascynację egipskim pismem w monumentalną encyklopedię, która porządkując znaczenia zwierząt, roślin, części ciała i przedmiotów według rzeczy, a nie według pojęć, zbudowała dla Europy uniwersalny słownik alegorii.

Uczony z Belluno na dworze Medyceuszy
Giovanni Pietro dalle Fosse, znany jako Pierio Valeriano, urodził się w Belluno w 1477 roku i zmarł w Padwie w 1558 roku. Imię Pierio, nawiązujące do Pierii, siedziby Muz, nadał mu w młodości nauczyciel, a wybór ten dobrze oddaje humanistyczną aurę, w której upłynęło jego życie. Wiele zawdzięczał stryjowi, franciszkaninowi Urbanowi Bolzaniemu, autorowi jednej z pierwszych gramatyk greckich pisanych po łacinie, który wprowadził go do Wenecji i do kręgu drukarni Aldusa Manucjusza.
Najważniejsze lata spędził w Rzymie, w służbie Medyceuszy. Za pontyfikatu Leona X i potem Klemensa VII był sekretarzem i wychowawcą młodych krewnych papieża, Ippolita i Alessandra de’ Medici, a więc uczonym blisko związanym z dworem, który traktował symboliczną erudycję jako element reprezentacji. Złupienie Rzymu w 1527 roku przerwało ten świat i pozostawiło w nim trwały ślad: Valeriano napisał później dialog De litteratorum infelicitate, o nieszczęściach ludzi pióra, będący smutnym katalogiem losów uczonych tamtych lat. Po zmianach na tronie papieskim wycofał się w końcu do rodzinnych stron i do Padwy, gdzie porządkował dzieło swego życia.
Prace nad nim trwały dziesięciolecia. Sam autor wspominał, że zbierał materiał od młodości, notując znaczenia znaków przy lekturze autorów starożytnych, przy oglądaniu monet, gemm i ruin. Kiedy w 1556 roku bazylejski drukarz Michael Isengrin wydał Hieroglyphica sive de sacris Aegyptiorum aliarumque gentium literis commentarii, ukazał się okazały foliał, opatrzony drzeworytami, indeksami i rozbudowanym aparatem odsyłaczy.
Pięćdziesiąt osiem ksiąg porządku rzeczy
Już tytuł mówi o ambicji dzieła: nie chodzi w nim wyłącznie o pismo Egipcjan, lecz o „święte litery Egipcjan i innych ludów”. Valeriano traktuje hieroglif jako kategorię uniwersalną, obejmującą każdy obraz, któremu tradycja przypisała ukryte znaczenie, niezależnie od tego, czy pochodzi z Nilu, z greckiego mitu, z rzymskiej numizmatyki, czy z Pisma Świętego.
Pięćdziesiąt osiem ksiąg ułożono według porządku rzeczy przedstawianych. Na początku stoi lew, po nim słoń i dalsze zwierzęta czworonożne, potem przychodzą ptaki, gady, ryby i owady, później części ciała ludzkiego, rośliny i drzewa, a wreszcie przedmioty wytworzone ludzką ręką: narzędzia, broń, naczynia, instrumenty, figury geometryczne i liczby. Ten układ odróżnia encyklopedię Valeriana od późniejszych podręczników personifikacji, w których punktem wyjścia jest pojęcie, a obraz dopiero jego ilustracją. Tu jest odwrotnie: czytelnik wychodzi od rzeczy i dowiaduje się, co ona może znaczyć.
Każda księga ma osobną dedykację, skierowaną do innego przyjaciela, patrona lub dostojnika, i w ten sposób całość staje się także portretem sieci znajomości autora, od kardynałów po uczonych i artystów. W obrębie księgi hasła poświęcone są poszczególnym znaczeniom danej rzeczy. Lew może więc oznaczać czujność, ponieważ według dawnego przekonania śpi z otwartymi oczami, ale także siłę, wspaniałomyślność, gniew opanowany przez rozum, a w lekturze biblijnej – Chrystusa jako lwa z pokolenia Judy. Wąż odsyła do czasu, roztropności, zdrowia i zła. Wielość znaczeń nie jest tu wadą, lecz zasadą: rzecz staje się węzłem, w którym spotyka się wiele tradycji.
Późniejsze wydania rozszerzały materiał. Od edycji z 1567 roku dołączano dwie księgi dopisane przez Celia Agostina Curionego oraz inne uzupełnienia, a w XVII wieku dzieło wychodziło w Lyonie, Kolonii, Frankfurcie i Wenecji, także w przekładach na włoski i francuski. Kolejne edycje puchły od dodatków, co samo świadczy o tym, że traktowano je jak otwarte repozytorium, nie jak zamknięty traktat.
Od Horapollona po Pismo Święte
Fundamentem Hieroglyphica jest Horapollo, ale Valeriano wychodzi daleko poza jego dwie księgi. Sięga po Plutarcha i jego traktat o Izydzie, po Herodota i Diodora, po Pliniusza Starszego i Eliana, których historia naturalna dostarczała opowieści o obyczajach zwierząt, po poetów, mitografów i historyków. Równie obficie korzysta z Biblii i ojców Kościoła, szczególnie z tradycji alegorycznego czytania Pisma, w której zwierzęta i rośliny od dawna pełniły funkcję znaków moralnych i teologicznych. Średniowieczne bestiariusze i Physiologus nie są wymieniane tak chętnie jak autorzy klasyczni, ale ich dziedzictwo wyraźnie przenika wiele haseł.
Szczególne miejsce zajmuje materiał numizmatyczny. Valeriano był znawcą monet rzymskich, a rewersy cesarskich emisji, z ich personifikacjami Pokoju, Obfitości, Pobożności czy Wieczności, traktował jako dowód, że starożytni posługiwali się obrazem jak językiem. Moneta była dla niego czymś w rodzaju hieroglifu, który przetrwał w metalu i który każdy antykwariusz mógł wziąć do ręki. Ta empiryczna podstawa odróżniała jego dzieło od czysto spekulatywnych rozważań o egipskiej mądrości.
Zderzenie tak różnych źródeł rodzi dzieło eklektyczne, ale nie przypadkowe. Za całością stoi przekonanie, że wszystkie te tradycje mówią w gruncie rzeczy tym samym językiem, bo wszystkie czerpią z jednej księgi natury, stworzonej przez Boga i czytanej przez mędrców różnych ludów. Egipscy kapłani, greccy filozofowie, prorocy Izraela i ojcowie Kościoła okazują się w tej perspektywie uczestnikami jednej rozmowy o znaczeniu rzeczy. Valeriano nie rozwija tej myśli w osobnym traktacie teologicznym; wyraża ją samą budową encyklopedii, w której cytaty z Pliniusza sąsiadują z wersetami psalmów.
Anatomia jednego hasła
Aby zrozumieć, jak pracował Valeriano, warto przyjrzeć się budowie typowego wywodu. Hasło zaczyna się zwykle od krótkiego tytułu wskazującego znaczenie, na przykład „czujność” albo „opatrzność”, po czym następuje uzasadnienie wywiedzione z natury rzeczy: z obyczaju zwierzęcia, z kształtu rośliny, z funkcji narzędzia. Dalej przychodzą świadectwa – cytat z poety, wzmianka historyka, opis monety lub posągu, werset biblijny – a niekiedy także uwagi o tym, jak dany znak wykorzystywali współcześni autorowi książęta i uczeni. Wywód bywa dygresyjny, pełen anegdot i wspomnień osobistych, co czyni lekturę bardziej przypominającą rozmowę erudyty niż suchy katalog.
Drzeworyty towarzyszące hasłom pełnią w tej strukturze rolę pomocniczą. Są niewielkie, schematyczne i nie próbują rywalizować z wywodem słownym; pokazują rzecz w stanie najprostszym, tak by czytelnik mógł ją rozpoznać i zapamiętać. Prawdziwym nośnikiem znaczenia pozostaje tekst, a obraz jest tylko jego indeksem. To odróżnia dzieło Valeriana od książek, w których rycina staje się równorzędnym partnerem słowa i sama wymaga interpretacji.
Ważne jest także to, czego w tych hasłach brak. Valeriano rzadko rozstrzyga, które znaczenie jest właściwe; raczej je kumuluje, pozostawiając wybór temu, kto będzie z symbolu korzystał. Encyklopedia nie narzuca więc jednego klucza, lecz udostępnia repertuar, z którego każdy program ikonograficzny może wybrać to, czego potrzebuje.
Słownik dla malarzy i poetów
Wartość Hieroglyphica polegała w praktyce na tym, że dawały gotowy materiał. Artysta, który musiał zaprojektować dekorację pałacu, nagrobek, medal czy portret alegoryczny, mógł odnaleźć w indeksie poszukiwane pojęcie i dowiedzieć się, jakimi zwierzętami, roślinami czy przedmiotami można je wyrazić. Poeta szukający porównania, kaznodzieja potrzebujący przykładu, autor programu ikonograficznego dla wjazdu książęcego – wszyscy oni znajdowali w foliale Valeriana bogatszy zasób niż w jakimkolwiek wcześniejszym zbiorze.
Wpływ dzieła na sztukę XVI i XVII wieku trudno przecenić, choć trudno go też precyzyjnie zmierzyć, bo symbole raz opisane szybko stawały się wspólną własnością. Autorzy późniejszych podręczników ikonografii i książek emblematycznych korzystali z Valeriana obficie, nierzadko bez wskazania źródła. Twórcy programów dekoracyjnych w pałacach i kościołach sięgali do niego, by uzasadnić wybór atrybutów. Encyklopedia funkcjonowała jak ukryta infrastruktura epoki: mało kto czytał ją od początku do końca, ale wielu z niej korzystało.
Szczególnie trwałe okazały się te hasła, w których Valeriano łączył starożytną ciekawostkę przyrodniczą z interpretacją moralną. Bocian karmiący starych rodziców jako obraz synowskiej pobożności, pelikan jako obraz poświęcenia, żuraw z kamieniem w łapie jako obraz czujności – takie figury nie były jego wynalazkiem, ale w jego encyklopedii zyskały uporządkowane miejsce, uzasadnienie źródłowe i sąsiedztwo pokrewnych znaczeń.
Uniwersalny język alegorii
Z dzisiejszej perspektywy Hieroglyphica można czytać jako jeden z najambitniejszych projektów uniwersalnego języka obrazów, jakie podjęła kultura renesansu. Słowo „hieroglif” traci u Valeriana związek z konkretnym pismem i oznacza po prostu znak, którego znaczenie wynika z natury rzeczy oraz z autorytetu tradycji. Taki znak miał być zrozumiały ponad granicami języków narodowych, bo odwoływał się do rzeczy, które każdy zna, i do historii, które wykształcony Europejczyk czytał w szkole.
Ten ideał miał wymiar duchowy, którego nie należy ani lekceważyć, ani przesadzać. Valeriano nie był hermetycznym mistykiem w rodzaju tych, którzy w obrazie widzieli narzędzie przemiany duszy. Był erudytą, filologiem i antykwariuszem, a jego dzieło ma przede wszystkim charakter kompendium. Zarazem jednak samo przekonanie, że świat jest gęstą siecią znaczeń, a każda rzecz odsyła poza siebie, ku cnocie, ku Bogu lub ku ładowi kosmosu, należało do duchowego horyzontu epoki. W tym sensie encyklopedia Valeriana jest świadectwem wiary, że rzeczywistość została napisana i może zostać przeczytana.
Granice tego projektu ujawniły się dopiero później. Kiedy filologia nauczyła się odróżniać warstwy tradycji, a historia naturalna odrzuciła opowieści o śpiących z otwartymi oczami lwach i pelikanach karmiących pisklęta krwią, gmach Valeriana stracił naukowe fundamenty. Odczytanie pisma egipskiego w XIX wieku pozbawiło go z kolei głównego uzasadnienia historycznego. Pozostał jednak tym, czym w istocie zawsze był: wielkim archiwum wyobraźni, z którego historyk sztuki do dziś odczytuje znaczenia ukryte w obrazach, medalach i nagrobkach dawnej Europy.
Jest coś przejmującego w tym, że dzieło o tak wielkim zaufaniu do czytelności świata napisał człowiek, który w innym swoim tekście wyliczał katastrofy spotykające uczonych. Valeriano oglądał upadek Rzymu humanistów i śmierć wielu przyjaciół, a jednak przez dziesięciolecia gromadził świadectwa, że każda rzecz coś znaczy. Jego encyklopedia jest więc nie tylko narzędziem dla artystów, lecz także wyznaniem humanisty, który nawet w czasach rozpadu uparcie szukał porządku w znakach.
