Hypnerotomachia Poliphili – sen, architektura i wtajemniczenie
Hypnerotomachia Poliphili nie jest zaszyfrowanym podręcznikiem misteriów, lecz wtajemniczeniem innego rodzaju: sen Polifila prowadzi czytelnika przez ruiny, inskrypcje i ogrody tak, że miłość do Polii i miłość do antyku stają się jedną drogą, a uczona lektura sama staje się obrzędem przejścia.

Księga z oficyny Alda
W grudniu 1499 roku w weneckiej oficynie Alda Manucjusza ukazała się książka, która do dziś uchodzi za jedno z najpiękniejszych dzieł wczesnego drukarstwa. Hypnerotomachia Poliphili, czyli w przybliżeniu „walka miłosna we śnie Polifila”, była tomem dużego formatu, z ponad stu siedemdziesięcioma drzeworytami przedstawiającymi budowle, posągi, procesje, ogrody, naczynia i napisy, wkomponowanymi w kolumny tekstu z rzadko spotykaną harmonią. Niektóre strony mają kształt kielicha lub lejka, bo skład dopasowano do kompozycji graficznej. Całość sfinansował Leonardo Crasso z Werony, który zadedykował ją Guidobaldowi da Montefeltro, księciu Urbino.
Równie ważna jak obrazy była czcionka. Antykwę, którą złożono tekst, wyciął Francesco Griffo, współpracownik Alda, i jej klarowne, spokojne litery uchodzą za jeden z najdoskonalszych krojów renesansu; w XX wieku odtworzono ją jako krój nazwany od imienia bohatera. Druk był tu zatem nie tylko nośnikiem treści, ale jej częścią. Przejrzysta kolumna, rytm odstępów, przemyślane rozmieszczenie rycin sprawiały, że czytelnik doświadczał harmonii, o której tekst opowiadał, zanim jeszcze zrozumiał jego trudne zdania.
Księga nie przyniosła wydawcy zysku i przez kilkadziesiąt lat sprzedawała się powoli. Jej trudność była legendarna. Tekst napisano językiem, który nie był ani włoskim, ani łaciną, lecz ich hybrydą, przeładowaną słowami greckimi, neologizmami i łacińskimi konstrukcjami w włoskiej szacie, a do tego przetykaną napisami po łacinie, grecku, hebrajsku i arabsku oraz zestawami wymyślonych hieroglifów. Czytelnik, który chciał przejść przez sen Polifila, musiał być filologiem, antykwariuszem i cierpliwym miłośnikiem zagadek.
Autor ukryty w inicjałach
Książka nie podaje nazwiska autora. Ujawnia je jednak w sposób, który sam jest częścią jej poetyki. Pierwsze litery kolejnych rozdziałów, odczytane po kolei, tworzą łacińskie zdanie: Poliam frater Franciscus Columna peramavit, czyli „brat Franciszek Colonna gorąco kochał Polię”. Na tej podstawie autorstwo przypisuje się zwykle Francesco Colonnie, dominikaninowi z weneckiego klasztoru świętych Jana i Pawła, który żył bardzo długo i o którym zachowały się wzmianki w dokumentach zakonu. Kolofon dodaje jeszcze, że Polifil śnił swój sen w Treviso pierwszego maja 1467 roku, co niektórzy badacze odczytują jako datę ukończenia dzieła.
Atrybucja ta nie jest jednak bezsporna. Maurizio Calvesi bronił tezy, że autorem był inny Francesco Colonna, rzymski arystokrata, pan Palestriny, związany z kręgiem Akademii Rzymskiej i jej zainteresowaniami antykiem. Liane Lefaivre zaproponowała z kolei, że za dziełem stoi Leon Battista Alberti, wielki teoretyk architektury, a akrostych jest zmyłką lub późniejszym dodatkiem. Żadna z tych hipotez nie zdobyła powszechnej zgody, a samo istnienie sporu jest znamienne. Książka, która opowiada o poszukiwaniu ukrytej ukochanej pośród zagadkowych napisów, sama ukrywa swojego twórcę w napisie, który trzeba umieć przeczytać.
Imiona bohaterów również należą do tej gry znaczeń. Polifil to po grecku ten, kto kocha Polię, ale też ten, kto kocha wiele rzeczy. Imię ukochanej badacze wiążą niekiedy z greckim przymiotnikiem oznaczającym siwiznę i starość, co pozwala widzieć w Polii uosobienie dawności, czyli samego antyku. Takie odczytanie nie jest jedynym możliwym, ale dobrze oddaje charakter książki, w której osoba i idea, kobieta i epoka, zlewają się w jeden przedmiot pragnienia.
Sen jako droga przez ruiny
Fabuła jest prosta, choć jej opis zajmuje setki stron. Polifil zasypia zrozpaczony z powodu niespełnionej miłości do Polii i we śnie budzi się w ciemnym lesie, z którego wychodzi w krainę pełną ruin. Napotyka ogromną piramidę zwieńczoną obeliskiem, bramy pokryte reliefami, posąg słonia dźwigającego obelisk, łaźnie, pałace i świątynie. Każdą budowlę opisuje z precyzją architekta: podaje proporcje, materiały, porządki kolumn, treść inskrypcji. Przewodniczą mu nimfy, które prowadzą go do królowej Eleuterilidy, a potem przed trzy bramy, z których musi wybrać jedną. Wreszcie spotyka Polię, razem uczestniczą w triumfach i obrzędach ku czci bóstw miłości i płyną na wyspę Kyterę, gdzie przy fontannie Wenus dopełnia się ich związek. Druga księga oddaje głos Polii, która opowiada swoją wersję dziejów, a całość kończy się przebudzeniem Polifila, gdy ukochana rozpływa się w jego ramionach.
Wędrówka przez ten sen ma wyraźną strukturę przejścia. Bohater wychodzi z ciemności, przechodzi przez próby, wybiera drogę, zostaje oczyszczony i wprowadzony do sanktuarium, w którym spotyka to, czego szukał. Łatwo dostrzec tu wzór wtajemniczenia, znany z antycznych opisów misteriów i z Metamorfoz Apulejusza, które autor z pewnością znał. Obrzędy, w których uczestniczą bohaterowie, są przy tym wyraźnie pogańskie. Polifil i Polia składają ofiary Wenus, oglądają triumfy bogów miłości i biorą udział w uroczystościach, których chrześcijański zakonnik raczej nie powinien opisywać z takim upodobaniem. Jeden z drzeworytów, przedstawiający ofiarę dla Priapa, bywał w zachowanych egzemplarzach zamazywany lub wycinany przez skrupulatnych właścicieli. Książka nie głosi jednak powrotu do starych bogów. Pogańskie obrzędy są w niej częścią wyobrażonego antyku, w którym miłość zmysłowa i duchowa nie zostały jeszcze rozdzielone, i to właśnie ten niepodzielony świat jest przedmiotem tęsknoty bohatera.
Łatwo też przeoczyć, że cel tej wędrówki jest podwójny. Polifil szuka Polii, ale po drodze zakochuje się w ruinach. Jego opisy kolumn i gzymsów są pełne tej samej namiętności, co opisy ukochanej, a sam narrator nie zawsze potrafi rozdzielić te dwa rodzaje zachwytu.
Hieroglify i alfabet form
Szczególne miejsce zajmują w książce napisy obrazkowe. Na postumentach i fryzach Polifil odczytuje ciągi znaków, w których oko, kotwica, delfin czy płonący ołtarz składają się w zdania o moralnym lub filozoficznym sensie. Ich autor nie znał rzeczywistego pisma egipskiego, lecz odwoływał się do renesansowego wyobrażenia o hieroglifach jako o symbolach przekazujących prawdę bezpośrednio, bez pośrednictwa słów. To wyobrażenie wywodziło się z Hieroglyphica Horapollona, greckiego traktatu odnalezionego na początku XV wieku, który przedstawiał egipskie znaki jako alegorie, i jego dzieje wymagają osobnego omówienia.
Jeden z tych napisów zyskał szczególną sławę. Okrąg, kotwica i oplatający ją delfin oznaczają w książce maksymę semper festina tarde, „spiesz się zawsze powoli”. Aldus Manucjusz kilka lat później uczynił delfina z kotwicą swoim znakiem drukarskim, a połączenie pośpiechu i rozwagi stało się dewizą humanistycznego wydawcy. Hieroglif z sennej wędrówki trafił w ten sposób na karty tysięcy książek, z których większość nie miała ze snem Polifila nic wspólnego.
W Hypnerotomachii hieroglify są częścią szerszego programu. Cała książka traktuje antyk jako język form, którego trzeba się nauczyć, by zrozumieć świat. Kolumna ma swoje proporcje, które coś znaczą, ogród ma swój porządek, który coś mówi, procesja ma swój rytm, który wyraża prawdę o miłości i śmierci. Polifil uczy się tego języka, idąc przez sen, a czytelnik uczy się go razem z nim, oglądając drzeworyty i odczytując napisy. Wtajemniczenie polega tu na nabyciu kompetencji antykwarycznej, która jest zarazem kompetencją duchową, bo pozwala widzieć w kamieniu i ozdobie odbicie wyższego ładu.
Wpływ tego programu na kulturę wizualną był ogromny. Ogrody renesansowe i barokowe czerpały z opisów Polifila pomysły na labirynty, fontanny i posągi. Twórcy książek emblematycznych, które od lat trzydziestych XVI wieku rozpowszechniły się za sprawą Andrei Alciata, znajdowali w niej jeden ze wzorów łączenia obrazu z krótkim, zagadkowym tekstem. Gian Lorenzo Bernini, projektując w 1667 roku dla placu przed rzymskim kościołem Santa Maria sopra Minerva słonia dźwigającego obelisk, sięgnął wprost do jednego z najbardziej znanych drzeworytów książki.
Lektury późniejszych stuleci
W XVI wieku Hypnerotomachia doczekała się przekładów. W 1546 roku w Paryżu ukazała się francuska wersja, przygotowana przez Jeana Martina i wydana przez Jacques’a Kervera, z nowymi drzeworytami w stylu szkoły z Fontainebleau, a w 1592 roku w Londynie skrócony przekład angielski pod tytułem The Strife of Love in a Dreame. Francuskie wydanie z 1600 roku, opatrzone przez Béroalde’a de Verville komentarzem odczytującym sen jako alegorię alchemicznego dzieła, otworzyło drogę lekturom ezoterycznym, które wymagają osobnego omówienia. W XX wieku Linda Fierz-David, uczennica Carla Gustava Junga, ogłosiła w 1947 roku książkę interpretującą sen Polifila jako zapis procesu indywiduacji, a jej odczytanie, opatrzone przedmową Junga, wprowadziło Hypnerotomachię do repertuaru psychologii głębi.
Te interpretacje mówią wiele o swoich autorach i o epokach, które je wydały. Alchemik widział w kolejnych etapach snu fazy przemiany materii, psycholog etapy integracji psychiki, a historyk sztuki przede wszystkim kompendium antykwarycznej wiedzy quattrocenta. Sam tekst nie rozstrzyga między nimi, a jego wieloznaczność, celowa lub nie, sprawia, że każda epoka może odnaleźć w nim własne pytania. Nie zawiera ani receptur alchemicznych, ani wykładu doktryny, ani klucza, który pozwalałby uznać jedno z tych odczytań za właściwe.
Ostrożny historyk może więc powiedzieć tyle: Hypnerotomachia opisuje wtajemniczenie, ale nie jest jego instrukcją. Jej tematem jest droga, na której miłość do osoby, miłość do piękna i miłość do przeszłości przenikają się aż do nierozróżnialności, a kres tej drogi okazuje się przebudzeniem, w którym wszystko znika. Ta melancholijna puenta jest może najgłębszym przesłaniem książki. Antyk, którego szuka Polifil, istnieje tylko we śnie i w lekturze, tak jak Polia istnieje tylko w jego pragnieniu. Wtajemniczenie, które proponuje, jest wtajemniczeniem w kulturę rozumianą jako tęsknota, a czytelnik, który zamyka księgę, budzi się razem z bohaterem, bogatszy o wiedzę, ale z pustymi rękami.
