Élus Coëns – zakon Kapłanów Wybranych
Zakon Élus Coëns, zbudowany przez Martineza de Pasqually na masońskiej drabinie stopni, był wspólnotą kapłanów-teurgów, których codzienna modlitwa, post i równonocne operacje miały służyć reintegracji człowieka; o jego strukturze wiemy z korespondencji i rytuałów, o skutkach jego obrzędów – tylko ze świadectw uczestników.
Kapłani wybrani w loży
Ordre des Chevaliers Maçons Élus Coëns de l'Univers, czyli Zakon Rycerzy Masonów Kapłanów Wybranych Wszechświata, był francuskim zakonem teurgicznym, założonym przez Martineza de Pasqually w latach sześćdziesiątych XVIII wieku i działającym głównie w Bordeaux, Paryżu, Lyonie i kilku miastach prowincji. Słowo coën jest francuskim zapisem hebrajskiego kohen, „kapłan”. Już ta nazwa mówi, czym zakon chciał być: nie kolejnym systemem wysokich stopni masońskich, lecz przywróceniem kapłaństwa, które w doktrynie Martineza należało do człowieka przed upadkiem.
Biografia założyciela jest niepewna, a jego doktryna reintegracji, wyłożona w niedokończonym Traité de la réintégration des êtres, została omówiona w osobnym eseju o martynizmie i wolnomularskiej teozofii. W tym miejscu wystarczy jej zarys. Człowiek pierwotny był w tej wizji pośrednikiem między Bogiem a stworzeniem, a przez upadek utracił władzę i światło. Jego zadaniem jest odzyskać je i pomóc w pojednaniu całego porządku bytów. Rytuał zakonu miał być narzędziem tego pojednania, a stopnie – etapami, na których człowiek staje się do niego zdolny.
Najważniejszymi świadectwami o strukturze i praktyce są listy Martineza do Jean-Baptiste'a Willermoza, instrukcje dla członków, zachowane rytuały i katechizmy oraz późniejsze opracowania historyków, wśród których klasyczne miejsce zajmuje praca René Le Forestiera o okultystycznym wolnomularstwie XVIII wieku, wydana w 1928 roku. Dokumenty te nie są kompletne i nie zawsze się zgadzają, co trzeba mieć na uwadze przy każdym zestawieniu stopni.
Sam Traité nie był podręcznikiem dla wszystkich. Przez dziesięciolecia krążył w odpisach wśród najbardziej zaufanych członków, a jego treść przekazywano raczej w nauczaniu ustnym i w katechizmach poszczególnych stopni niż przez lekturę całości. Dla historyka oznacza to, że doktryna znana dziś z wydania drukowanego była dla większości członków zakonu dostępna tylko we fragmentach, dawkowanych zgodnie z ich stopniem.
Drabina klas i stopni
Zakon przyjmował kandydatów, którzy byli już wolnomularzami, i zaczynał od stopni znanych z każdej loży. Ponad nimi budował kolejne piętra, coraz wyraźniej kapłańskie. W najczęściej przytaczanym układzie wygląda to następująco:
- Uczeń (Apprenti).
- Czeladnik (Compagnon).
- Mistrz (Maître).
- Mistrz Wybrany (Maître Élu), zamykający klasę Portyku.
- Uczeń Coën (Apprenti Coën).
- Czeladnik Coën (Compagnon Coën).
- Mistrz Coën (Maître Coën).
- Wielki Architekt (Grand Architecte).
- Rycerz Wschodu (Chevalier d'Orient), zamykający klasę Świątyni.
- Réau-Croix, stopień najwyższy i tajny.
Źródła różnią się w szczegółach. W niektórych spisach pojawia się dodatkowy stopień Komandora Wschodu, w innych pierwsze stopnie mają nieco inne nazwy, a podział na klasy bywa przeprowadzany inaczej. Zgadzają się natomiast co do ogólnej zasady: niższe stopnie przygotowują do kapłaństwa, stopnie Coën wprowadzają w modlitwę i obrzędy, a dopiero Réau-Croix daje pełne prawo do sprawowania głównych operacji. Nazwa najwyższego stopnia bywa objaśniana różnie, a jej etymologia pozostaje niepewna.
Nad całością stał Martinez jako Wielki Suweren, a od 1767 roku Trybunał Suwerenny w Paryżu, który miał nadzorować świątynie zakonu i zatwierdzać przyjęcia. W praktyce organizacja była niewielka, skupiała stosunkowo niewielu aktywnych członków w kilku świątyniach, a jej administracja cierpiała na stałe kłopoty: Martinez obiecywał rytuały i instrukcje, które przychodziły z opóźnieniem albo wcale. Listy Willermoza, który latami czekał na pełne materiały do stopni, dobrze pokazują to napięcie między wielkością projektu a skromnością jego wykonania.
Przyjęcie do zakonu nie było więc prostym poszerzeniem kariery masońskiej. Kandydat musiał zostać zaakceptowany przez zwierzchników świątyni, a na wyższych stopniach jego postępy zależały od oceny, czy rzeczywiście prowadzi życie zgodne z przepisami zakonu. Martinez, przynajmniej w deklaracjach, przywiązywał większą wagę do wewnętrznego przygotowania niż do pozycji społecznej, choć w praktyce większość członków wywodziła się z oficerów, urzędników i zamożnego mieszczaństwa, a więc z tych samych środowisk, które wypełniały ówczesne loże.
Lokalną jednostką zakonu była świątynia, odpowiednik loży, działająca na podstawie pisemnego upoważnienia od zwierzchnika. Upoważnienie to określało, jakie stopnie dana świątynia może nadawać i kto nią kieruje. Świątynie prowadziły własne prace, ale w sprawach doktryny i rytuału zależały od materiałów przysyłanych przez Martineza lub przez Trybunał, co przy jego opieszałości oznaczało częste przerwy i improwizację.
Codzienność kapłana Coën
Praktyka zakonu nie ograniczała się do rzadkich, uroczystych ceremonii. Członkowie stopni kapłańskich zobowiązani byli do regularnych modlitw w określonych porach dnia, do postów oraz do przestrzegania przepisów czystości i wstrzemięźliwości, zwłaszcza w okresach poprzedzających operacje. Z zachowanych instrukcji wynika, że przepisy te dotyczyły także pokarmów, a ich celem było przygotowanie ciała i ducha do pracy, która w doktrynie Martineza wymagała człowieka oczyszczonego.
Modlitwy miały charakter wyraźnie chrześcijański, choć wpisany w kosmologię wykraczającą poza ortodoksję. Zwracano się w nich do Boga i do duchów pośredniczących, prosząc o przebaczenie, światło i pomoc w pojednaniu. Dla wielu członków, w tym dla młodego Louisa Claude'a de Saint-Martina, ta warstwa modlitewna okazała się trwalsza niż cała ceremonialna konstrukcja: Saint-Martin, który w latach 1768–1771 był sekretarzem Martineza, z czasem uznał, że istotą drogi jest modlitwa wewnętrzna, a nie zewnętrzne operacje.
Z codzienną praktyką wiązała się także nauka. Katechizmy kolejnych stopni objaśniały symbolikę liczb, znaków i postaci biblijnych w duchu doktryny reintegracji. Członek miał nie tylko wykonywać obrzędy, lecz rozumieć, dlaczego je wykonuje i jakie miejsce zajmują w historii upadku i pojednania.
Badacze opisujący zakon często używają wobec tej praktyki słowa „teurgia”, przejętego z neoplatońskiej tradycji późnej starożytności, w której Jamblich bronił obrzędów jako drogi zjednoczenia duszy z bogami. Porównanie jest pouczające, ale ma swoje granice. U Martineza nie ma bogów pogańskich ani filozofii Plotyna; jest Bóg chrześcijański, upadły człowiek i hierarchia duchów, którą zna Biblia. Wspólna jest natomiast idea, że obrzęd nie jest tylko symbolem, lecz realnym działaniem w porządku duchowym, i że jego skuteczność zależy od czystości tego, kto go sprawuje.
Operacje równonocne
Najbardziej charakterystyczną częścią praktyki były tak zwane operacje, odprawiane przez członków najwyższych stopni w okresach równonocy wiosennej i jesiennej. Według zachowanych opisów odbywały się nocą, w kilku kolejnych dniach, w pomieszczeniu przygotowanym specjalnie do tego celu. Na podłodze kreślono kręgi i figury, wpisywano w nie imiona i znaki, rozstawiano światła, palono kadzidło. Operujący, po okresie postu i modlitwy, odmawiał wezwania, przyjmował przepisane postawy i oczekiwał znaku.
Znakami tymi były tak zwane przejścia (passes): świetliste zjawiska, dźwięki lub inne wrażenia, które uczestnicy uznawali za potwierdzenie, że praca została przyjęta przez porządek duchowy. Korespondencja z Willermozem pokazuje, jak wielką wagę przykładano do tych znaków i jak bolesny był ich brak. Willermoz przez długi czas nie otrzymywał przejść i przeżywał to jako osobistą porażkę, a Martinez tłumaczył mu, że wynik zależy od stanu wewnętrznego operującego.
Trzeba tu wyraźnie oddzielić to, co wiadomo, od tego, co twierdzono. Historyk może opisać przebieg operacji na podstawie instrukcji i listów oraz odnotować, że uczestnicy doświadczali zjawisk, które interpretowali jako znaki. Nie może natomiast potwierdzić ich pochodzenia. Sam zakon rozumiał operacje nie jako przywoływanie duchów dla korzyści, lecz jako akt kapłański, w którym człowiek, choćby na chwilę, wraca do roli pośrednika utraconej przy upadku.
Operacje nie były dostępne dla wszystkich. Pełne prawo do ich sprawowania mieli posiadacze stopnia Réau-Croix, a tych było w całej historii zakonu niewielu. Członkowie niższych stopni uczestniczyli w życiu modlitewnym wspólnoty i w obrzędach przyjęcia, ale wielkie prace równonocne pozostawały domeną nielicznych. Ta konstrukcja odpowiadała doktrynie: kapłaństwo trzeba było odzyskiwać stopniowo, a dostęp do najważniejszego aktu wymagał przejścia całej drabiny.
Kres zakonu i późniejsze odnowienia
Martinez wyjechał w 1772 roku na Saint-Domingue i zmarł tam w 1774 roku. Jego następcy nie zdołali utrzymać zakonu, a około 1780 roku zalecono zawieszenie prac w świątyniach. Dziedzictwo przetrwało dwiema drogami: Willermoz przeniósł część nauk do Rektyfikowanego Rytu Szkockiego, a Saint-Martin przełożył je na język mistyki wewnętrznej w swoich książkach. Wiele rękopisów zakonu ocalało w archiwach jego dawnych członków, a Traité ukazał się drukiem dopiero w 1899 roku.
W XX wieku pojawiły się próby odnowienia zakonu. Najbardziej znana wiąże się z Robertem Ambelainem, który w latach czterdziestych, w okupowanym Paryżu, wraz z grupą współpracowników ogłosił przebudzenie Élus Coëns, opierając się na zachowanych rytuałach i na martynistycznych liniach przekazu. Później powstało kilka organizacji odwołujących się do tej nazwy, zwykle związanych z martynizmem. Ich związek z osiemnastowiecznym zakonem jest związkiem tekstów i intencji, nie zaś udokumentowanej, nieprzerwanej sukcesji, co zresztą część z nich otwarcie przyznaje.
Historia Élus Coëns pozostaje przypadkiem szczególnym. Mała, źle zarządzana organizacja istniała zaledwie kilkanaście lat, a mimo to wpłynęła na rozwój wolnomularstwa rektyfikowanego, na martynizm i na całą francuską tradycję teozoficzną. Jej trwałość nie wynikała z instytucji, lecz z idei kapłaństwa człowieka, którą zakon próbował przełożyć na konkretną dyscyplinę dnia, roku i stopnia.
Kto chce poznać zakon ze źródeł, powinien sięgnąć przede wszystkim do Traité de la réintégration des êtres w jednym z nowszych wydań krytycznych, do opublikowanej korespondencji Martineza z Willermozem oraz do klasycznej monografii Le Forestiera. Dopiero na tym tle warto czytać pisma Saint-Martina, które pokazują, jak dawny uczeń przetworzył doświadczenie zakonu w mistykę wewnętrzną.
