Baal Szem Tow i radość wczesnego chasydyzmu
Radość, której nauczał Izrael ben Eliezer, zwany Baal Szem Towem, nie była ludowym sentymentem przeciwstawionym uczoności, lecz kabalistyczną metodą przylgnięcia do Boga, w której smutek oznacza duchową porażkę, a każda codzienna czynność może stać się miejscem wydobywania ukrytych iskier świętości.

Między źródłem a legendą
Izrael ben Eliezer urodził się około 1700 roku, według tradycji w Okopach Świętej Trójcy na pograniczu Podola, a zmarł w 1760 roku w Międzybożu, gdzie spędził ostatnie dwie dekady życia. Działał więc w Rzeczypospolitej szlacheckiej, w świecie prywatnych miasteczek magnackich, arend i kahałów, w regionie, który pamiętał zarówno pogromy z czasów Chmielnickiego, jak i rozczarowanie po ruchu mesjańskim Sabbataja Cwiego. W ostatnich latach jego życia na Podolu rozgrywał się także dramat frankistów, zwolenników Jakuba Franka, z których wielu przyjęło chrzest.
Problem z biografią Baal Szem Towa, nazywanego w skrócie Besztem, polega na tym, że niemal nic nie napisał. Jego nauki znamy głównie z przekazu uczniów, przede wszystkim Jakuba Józefa z Połonnego, którego Toldot Jaakow Josef, wydane w 1780 roku, było pierwszą drukowaną książką chasydzką i zawiera setki zdań wprowadzonych formułą „słyszałem od mojego nauczyciela”. Główne źródło biograficzne, zbiór opowieści Szywchej ha-Beszt („Pochwały Beszta”), ukazało się drukiem dopiero w latach 1814–1815, ponad pół wieku po jego śmierci, po hebrajsku i w jidysz. Jest to literatura hagiograficzna, pełna cudów, proroczych snów i wędrówek duszy, z której historyk może korzystać tylko bardzo ostrożnie.
Obraz uzupełniają dokumenty zewnętrzne. Moshe Rosman w książce Founder of Hasidism (1996) przeanalizował rejestry podatkowe dóbr Czartoryskich w Międzybożu i wykazał, że Beszt mieszkał tam w domu należącym do gminy, zwolniony z opłat. Nie był zatem wiejskim samotnikiem walczącym z establishmentem, jak przedstawiała go dziewiętnastowieczna historiografia i romantyczna wyobraźnia, lecz uznanym przez wspólnotę specjalistą od spraw duchowych. Ta korekta jest punktem wyjścia do zrozumienia jego nauki o radości.
Baal szem: zawód i charyzma
Tytuł baal szem, „mistrz imienia”, oznaczał w ówczesnym świecie żydowskim zawód. Baalei szem byli uzdrowicielami i egzorcystami posługującymi się imionami Boga, amuletami, ziołami i zaklęciami; wypędzali dybuki, chronili położnice, leczyli choroby. Izrael ben Eliezer wykonywał tę pracę, a przydomek „tow” – „dobry” – mówi tyle, że cieszył się szczególnym uznaniem. Chasydzka legenda nie ukrywa tej strony jego działalności, choć z czasem przesłoniła ją obrazem nauczyciela i mistyka.
Szywchej ha-Beszt opowiada też o latach jego ukrycia. Młody Izrael miał pracować jako pomocnik nauczyciela, stróż synagogi i robotnik w Karpatach, gdzie kopał glinę i wapno, a jednocześnie potajemnie studiował kabałę i modlił się w samotności wśród gór. Dopiero w wieku około trzydziestu sześciu lat miał się objawić światu jako przywódca. Motyw ukrytego sprawiedliwego, nistara, którego wielkość pozostaje niewidoczna, dopóki nie nadejdzie właściwy czas, ma długą tradycję w żydowskiej legendzie i nie należy go traktować jako biografii w dzisiejszym sensie. Wyraża jednak przekonanie, które leży u podstaw chasydzkiej pobożności: świętość może przebywać w miejscach i ludziach najmniej podejrzanych.
W tym połączeniu leży klucz do jego charyzmy. Beszt był jednocześnie praktykiem magii użytkowej, kabalistą i człowiekiem modlitwy, który doświadczał stanów ekstatycznych. Ludzie przychodzili do niego z konkretnymi kłopotami, a on traktował je jako sprawy dotyczące zarazem ciała i duszy. Wczesny chasydyzm odziedziczył ten model: cadyk, czyli sprawiedliwy, nie jest tylko uczonym w Torze, lecz pośrednikiem, który modli się za wspólnotę, bierze na siebie jej troski i wznosi je ku Bogu.
List o wzniesieniu duszy
Jedynym tekstem, który z dużym prawdopodobieństwem pochodzi od samego Beszta, jest list do szwagra, Gerszona z Kut, który wyemigrował do Ziemi Izraela. Zachował się w kilku wersjach, a jedna z nich została wydrukowana przez Jakuba Józefa z Połonnego w 1781 roku. Beszt opisuje w nim wzniesienie duszy, którego doznał w Rosz ha-Szana 1746 roku. W trakcie tej wędrówki przez światy wyższe dotarł do pałacu Mesjasza i zapytał go, kiedy przyjdzie. Odpowiedź brzmiała: wtedy, gdy twoja nauka stanie się znana i objawiona w świecie, a twoje źródła rozleją się na zewnątrz – co jest nawiązaniem do Księgi Przysłów (5,16).
List jest cenny z dwóch powodów. Pokazuje, że Beszt rozumiał własne doświadczenie w kategoriach kabały luriańskiej, z jej językiem światów, pałaców i dusz, oraz że postrzegał swoje nauczanie jako coś, co ma znaczenie dla losu całego Izraela. Zarazem przesuwa akcent z oczekiwania na zewnętrzny przewrót ku przemianie wewnętrznej. Po katastrofie sabbatianizmu mesjanizm nie znika, ale zostaje związany z szerzeniem pewnego typu pobożności. Odkupienie zależy od tego, czy ludzie nauczą się modlić i żyć tak, jak nauczał Beszt.
Radość jako służba
W centrum tej pobożności stoi dewekut, przylgnięcie do Boga, stan nieustannej świadomości Jego obecności. W dawniejszej kabale było to doświadczenie zarezerwowane dla wąskiego grona ascetów i uczonych; Beszt uczynił je celem dostępnym w zasadzie każdemu, kto modli się z całego serca. Drogą do niego nie jest jednak umartwienie, lecz radość. Werset Psalmu 100,2, „Służcie Panu z weselem”, staje się w tradycji chasydzkiej regułą życia religijnego.
Uzasadnienie jest teologiczne, a nie psychologiczne. Smutek, acwut, oznacza w tej perspektywie zamknięcie się w sobie i oddzielenie od Boga; jest objawem pychy albo rozpaczy, a więc zapomnienia, że świat jest pełen Bożej obecności. Radość, simcha, wynika natomiast z rozpoznania tej obecności i jest warunkiem hitlahawut, płomiennego zapału modlitwy. Tradycja przypisuje Besztowi przekonanie, że nadmierne posty i umartwienia, praktykowane przez wielu ówczesnych kabalistów, prowadzą do melancholii i oddalają od Boga zamiast przybliżać. W Szywchej ha-Beszt znajdujemy opowieści o tym, jak swoją modlitwą wprawiał w drżenie całe otoczenie, o kołysaniu ciała i śpiewie, które miały wznosić duszę.
Ta radość nie jest beztroska. Wymaga wysiłku, bo człowiek nieustannie ulega rozproszeniu i zniechęceniu. Jest dyscypliną, a nie nastrojem, i dlatego zajmuje w chasydzkiej etyce miejsce, które w innych systemach przysługuje skrusze czy bojaźni.
Szczególnie śmiało brzmią obrazy, którymi wczesna tradycja chasydzka opisywała modlitwę. W zbiorze Cawaat ha-Riwasz, wydanym w 1793 roku i zawierającym nauki przypisywane Besztowi i Magidowi z Międzyrzecza, modlitwa zostaje porównana do zjednoczenia z Szechiną, Bożą obecnością, a kołysanie ciała podczas modlitwy do ruchów miłosnego zespolenia. Obraz ten wywodzi się z kabalistycznej symboliki erotycznej, w której jedność męskiego i żeńskiego aspektu boskości jest celem kosmicznej naprawy, ale w ustach chasydzkich nauczycieli staje się wskazówką praktyczną. Modlitwa nie jest recytacją, lecz zaangażowaniem całej osoby, w którym ciało, głos i pragnienie zostają skierowane ku Bogu. Przeciwnicy ruchu uznawali takie porównania za gorszące; dla jego zwolenników wyrażały one radykalną bliskość, jaką może osiągnąć prosty człowiek.
Iskry w codzienności
Drugim filarem nauki Beszta jest awoda be-gaszmijut, służba Bogu poprzez rzeczy materialne. Wywodzi się ona z luriańskiej doktryny o rozbiciu naczyń i rozproszeniu iskier boskiego światła, które utkwiły w materii. Zadaniem człowieka jest ich wydobycie i wzniesienie ku źródłu. U Lurii działo się to przede wszystkim przez przestrzeganie przykazań i szczególne intencje modlitewne; Beszt rozszerzył tę możliwość na wszystkie czynności. Jedzenie, praca, rozmowa, handel – jeśli wykonuje się je z właściwą świadomością, stają się miejscem wznoszenia iskier.
Konsekwentnie Beszt uczył, jak postępować z „obcymi myślami”, machszawot zarot, które nachodzą człowieka podczas modlitwy. Zamiast je odpychać, należy rozpoznać w nich zniekształconą iskrę i skierować ją ku jej źródłu: myśl o pożądaniu staje się okazją do zwrócenia się ku miłości Boga, myśl o lęku – ku bojaźni Bożej. Ten sposób myślenia jest zarazem pocieszający i ryzykowny. Pocieszający, bo nic w ludzkim doświadczeniu nie jest odcięte od świętości; ryzykowny, bo łatwo w nim zatrzeć granicę między wznoszeniem a usprawiedliwianiem tego, co niskie. Późniejsi przywódcy chasydzcy ostrożnie ograniczali tę praktykę do ludzi duchowo zaawansowanych.
Tej nauce towarzyszyła nowa ocena prostych ludzi. Opowieści o Beszcie chętnie ukazują wartość modlitwy niewykształconych, których szczerość przewyższa uczoność rabinów, i choć wiele z nich zostało spisanych lub dopracowanych znacznie później, oddają rzeczywisty rys wczesnego chasydyzmu. Nie oznaczało to pogardy dla studium Tory, które pozostało obowiązkiem, lecz przesunięcie kryterium wartości z wiedzy na intencję. Bóg, jak głosi rabiniczne powiedzenie często przywoływane w tym kontekście, pragnie serca.
Uczniowie i spór o dziedzictwo
Po śmierci Beszta jego krąg przejął Dow Ber z Międzyrzecza, zwany Magidem, który przekształcił luźne grono uczniów w ruch z własnymi ośrodkami i przywódcami. To jego uczniowie rozprzestrzenili chasydyzm na Wołyń, Galicję, Białoruś i Litwę. Zderzenie z tradycyjnym środowiskiem rabinicznym było gwałtowne. W 1772 roku, z poparciem Gaona z Wilna, ogłoszono pierwsze klątwy przeciw chasydom, oskarżając ich o lekceważenie nauki Tory, zmianę liturgii i przesadny entuzjazm modlitewny. Przeciwnicy, zwani mitnagdami, widzieli w nowym ruchu zagrożenie podobne do sabbatianizmu.
Nowoczesne odczytania Beszta wielokrotnie przekształcały jego postać. Szymon Dubnow widział w nim przywódcę ludowego buntu przeciw rabinicznej elicie, Martin Buber – mistrza dialogicznej obecności, którego istota wyraża się w opowieściach, a nie w doktrynie. Gershom Scholem, polemizując z Buberem, przypominał, że chasydyzm pozostał nurtem kabalistycznym, zakorzenionym w luriańskiej metafizyce. Obraz, który wyłania się z badań Rosmana i późniejszych historyków, jest skromniejszy i bardziej przekonujący: Beszt był charyzmatycznym specjalistą od spraw duchowych, uznanym przez wspólnotę, który z dziedzictwa kabały wyprowadził naukę o radości dostępnej każdemu.
Ta nauka okazała się jednym z najtrwalszych wkładów polsko-litewskiego żydostwa w historię duchowości. Przesunęła akcent z ascezy na zachwyt, z elitarnej kontemplacji na codzienną przytomność, z oczekiwania na koniec świata na uświęcanie świata obecnego. Jej siła nie polega na tym, że uprościła religię, lecz na tym, że w najzwyklejszym geście dopatrzyła się miejsca kosmicznej naprawy.
