Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Mistyka chrześcijańska

Obłok niewiedzy i apofatyczna modlitwa średniowiecza

Anonimowy autor Obłoku niewiedzy przeniósł dionizyjską teologię negatywną z porządku spekulacji do porządku codziennej modlitwy, czyniąc z niej ćwiczenie woli: nagie pragnienie Boga, które przebija ciemność krótkim słowem miłości, a zarazem pedagogię pokory chroniącą przed złudzeniem.

Frontyspis „Theosophia Revelata” Jakuba Böhme, 1730
Frontyspis „Theosophia Revelata” Jakuba Böhme, 1730

Książka bez autora dla czytelnika wybranego

The Cloud of Unknowing powstał w Anglii w drugiej połowie XIV wieku, najpewniej w ostatnich dekadach stulecia, w dialekcie północno-wschodniej części Midlandów. Autor nie podał imienia i nie zostawił w tekście żadnej wskazówki, która pozwoliłaby je odtworzyć. Badacze od dawna łączą go ze środowiskiem kartuzów, bo to właśnie w ich klasztorach traktat był czytany, kopiowany i przekładany, ale hipoteza ta pozostaje domysłem; równie dobrze mógł to być ksiądz żyjący jako rekluz albo kierownik duchowy związany z jakąś wspólnotą zakonną. Pewne jest tylko, że ten sam człowiek napisał kilka innych utworów o pokrewnym języku: The Book of Privy Counselling, czyli księgę tajemnej rady, list o modlitwie, list o rozeznawaniu poruszeń, a także parafrazę Teologii mistycznej Pseudo-Dionizego zatytułowaną Deonise Hid Divinite oraz przeróbkę Beniamina mniejszego Ryszarda od św. Wiktora.

Traktat liczy siedemdziesiąt pięć krótkich rozdziałów i jest pisany jako list do młodego ucznia, którego autor nazywa duchowym przyjacielem. Otwiera go prolog niezwykły w literaturze ascetycznej: autor zaklina każdego, kto weźmie książkę do ręki, by nie czytał jej, nie przepisywał i nie omawiał z nikim, kto nie postanowił całym sercem iść za Chrystusem w życiu kontemplacyjnym. Dodaje prośbę, by czytać ją w całości, bo pojedyncze rozdziały, wyrwane z kontekstu, łatwo zrozumieć opacznie. Z daleka wygląda to jak ezoteryczne zastrzeżenie, ale jego sens jest duszpasterski. Autor wie, że pisze o modlitwie, w której nie ma czego się uchwycić, i że człowiek nieprzygotowany zamieni tę nieuchwytność albo w pustkę, albo w gorączkowy wysiłek.

Pod względem pochodzenia idei Obłok stoi na skrzyżowaniu dwóch dróg. Pierwszą jest dionizyjska nauka o boskim mroku, w którym Bóg przekracza wszelkie imiona, omówiona w tym zbiorze osobno. Drugą jest jej łacińska recepcja afektywna, której czołowym przedstawicielem był Thomas Gallus, opat z Vercelli, przekonany, że ostatniego kroku ku Bogu nie wykonuje intelekt, lecz apex affectus, szczyt uczucia. Angielski autor przejął ten afektywny klucz i uczynił z niego całą metodę.

Dwa obłoki, w górze i w dole

Centralny obraz traktatu jest prosty i zarazem przemyślnie dwuczłonowy. Między duszą a Bogiem leży obłok niewiedzy: ciemność, której żaden wysiłek rozumu nie rozjaśni, bo Boga w Jego istocie nie da się pojąć myślą. Autor nie traktuje tej ciemności jako porażki ani jako przejściowego etapu, który później ustąpi wiedzy. Ma ona trwać przez całe życie, a kontemplatyk ma się nauczyć w niej przebywać. Nie chodzi przy tym o mrok w sensie fizycznym; autor sam przestrzega, by nie wyobrażać sobie żadnej chmury ani ciemności w powietrzu, bo byłby to jeszcze jeden obraz, a więc dokładnie to, co trzeba porzucić.

Drugim obłokiem, umieszczonym pod duszą, jest obłok zapomnienia. Pod nim trzeba ukryć wszystkie stworzenia, wszystkie ich sprawy i myśli o nich, także myśli pobożne. Tu tekst staje się najbardziej radykalny: nawet rozważanie męki Chrystusa, dobroci Boga czy własnych grzechów, skądinąd dobre i potrzebne, w chwili tej modlitwy staje się przeszkodą, ponieważ zajmuje umysł czymś, co nie jest samym Bogiem. Autor nie odrzuca medytacji; przeciwnie, uważa ją za konieczne przygotowanie i mówi wprost, że kto bez niej próbuje wejść w obłok, zbłądzi. Twierdzi jednak, że przychodzi moment, w którym trzeba ją zostawić za sobą, jak zostawia się drabinę po wejściu na wyższe piętro.

Między tymi dwoma obłokami dusza nie ma żadnego oparcia poza jednym: pragnieniem. W jednym z najczęściej cytowanych zdań autor stwierdza, że Boga można zdobyć i zatrzymać miłością, nigdy zaś myślą. Wiedza o stworzeniach, nawet o aniołach, jest możliwa i dobra, ale wobec samego Stwórcy zawodzi. Miłość natomiast nie potrzebuje pojęć, by dotrzeć do tego, kogo kocha. Na tej asymetrii zbudowany jest cały traktat, a jego oryginalność polega na tym, że teza, którą u Pseudo-Dionizego można czytać jako opis ostatecznego wzniesienia mistyka, zostaje tu przetłumaczona na instrukcję wykonalną przez ucznia w zwykłym dniu.

Nagie pragnienie i słowo jednosylabowe

Ową instrukcję autor nazywa „dziełem” i opisuje z niezwykłą konkretnością. Trzeba wznieść serce ku Bogu „pokornym poruszeniem miłości” i mieć na myśli Jego samego, nie zaś cokolwiek z Jego darów. To poruszenie jest „nagim zamiarem”, naked intent, pozbawionym wszelkiej treści poza samym zwróceniem się ku Bogu. Aby nie rozpłynęło się ono w nieokreśloności, autor radzi związać je z jednym krótkim słowem, najlepiej jednosylabowym, takim jak „Bóg” albo „miłość”, i przywiązać je do serca tak, by nie odchodziło. Słowo to ma być jednocześnie tarczą i włócznią: tarczą przeciw napływającym myślom, które trzeba odpędzać, powtarzając je, i włócznią, którą uderza się w obłok niewiedzy.

Tu pojawia się drugi słynny obraz traktatu: trzeba bić w gęsty obłok „ostrą strzałą tęsknej miłości” i nie ustawać, cokolwiek się stanie. Autor podkreśla, że nie chodzi o analizę słowa, rozważanie jego znaczeń ani rozwijanie go w zdania. Kto zacząłby myśleć o tym, co znaczy słowo „Bóg”, wróciłby do porządku rozumu i stracił to, co osiągnął. Słowo działa nie jako pojęcie, lecz jako kierunek.

Z tym łączy się nauka o krótkiej modlitwie, która „przebija niebo”. Autor porównuje ją do okrzyku człowieka, który widzi, że wybuchł ogień: przerażony nie wygłasza przemowy, lecz woła jednym słowem i dzięki temu zostaje usłyszany. Modlitwa kontemplatyka ma tę samą strukturę, bo płynie z całej głębi i całej wysokości ducha naraz. Pojawia się też uwaga o czasie: dzieło to, jak twierdzi autor, może się dokonać w chwili tak krótkiej jak najmniejsza cząstka czasu, którą nazywa atomem, i dlatego nie mierzy się go długością, lecz wiernością kolejnych poruszeń woli. Ta drobiazgowa fenomenologia modlitwy, z jej uwagą na pojedyncze impulsy i ich rozpraszanie, czyni Obłok tekstem bliższym praktyce niż spekulatywnym traktatom, z których wyrasta.

Marta i Maria oraz przestroga przed dosłownością

Autor dobrze wie, że jego nauka wywoła sprzeciw, i poświęca mu całą serię rozdziałów opartych na ewangelicznej scenie w domu Marty i Marii. Maria, siedząca u stóp Jezusa, jest dla niego figurą kontemplatyków; Marta, zajęta posługą, figurą życia czynnego. Skarga Marty na siostrę odpowiada narzekaniom ludzi czynnych, a nawet pobożnych, którzy uważają kontemplatyków za próżniaków. Odpowiedź Chrystusa, że Maria wybrała najlepszą cząstkę, autor czyta jako obronę tych, którzy pozostają w obłoku. Jednocześnie wprowadza ważne rozróżnienie: istnieje życie czynne i kontemplacyjne, ale ich granica przebiega wewnątrz pośredniego stopnia, wspólnego obu, w którym dobre czyny łączą się z rozważaniem. Kontemplacja nie jest więc ucieczką od moralności, lecz jej szczytem.

Jeszcze bardziej charakterystyczne są ostrzeżenia przed dosłownym rozumieniem duchowych słów. Autor opisuje z ironią ludzi, którzy słysząc, że trzeba „wznieść się w górę” albo „wejść w siebie”, napinają ciało, wywracają oczy, przechylają głowy, oddychają jak zmęczone zwierzęta i w końcu wpadają w rozstrój nerwowy albo w złudzenia. Inni wyobrażają sobie niebo nad gwiazdami i próbują tam wspinać się wyobraźnią. Jedni i drudzy mylą przestrzeń duchową z cielesną. Autor przypomina, że Bóg nie jest ani w górze, ani w dole, ani w środku, i że wznoszenie się w modlitwie oznacza tylko zwrócenie woli. W pewnych miejscach wspomina też o fałszywym cieple i słodyczy, które ktoś odczuwa w piersi, myśląc, że to ogień miłości Bożej; część badaczy sądzi, że przestroga mogła dotyczyć naśladowców Richarda Rolle'a, choć tekst nikogo nie wymienia z imienia i hipoteza ta pozostaje niepewna.

Z tej czujności wyrasta pedagogika, którą łatwo przeoczyć za śmiałością głównych obrazów. Pod koniec traktatu autor wylicza znaki, po których uczeń może poznać, czy jest powołany do takiej modlitwy: czy pragnienie powraca mimo zajęć, czy myśl o niej nie daje mu spokoju, czy rozważanie zwykłych spraw duchowych przestało go nasycać. Nie każdy jest wezwany, a ten, kto nie jest, nie ma się zmuszać. Pokora, którą autor określa jako prawdziwe poznanie siebie, jest tu fundamentem, a nie ozdobą. W Księdze tajemnej rady ta sama myśl przybiera postać jeszcze ostrzejszą: kontemplatyk ma w końcu porzucić nawet świadomość własnego istnienia i ofiarować Bogu „nagie bycie” swego „ja”, nie wiedząc nic poza tym, że jest.

Kartuzi, benedyktyni i modlitwa skupienia

Recepcja Obłoku przebiegała przez rękopisy krążące w kilku kręgach monastycznych. Kartuz z Mount Grace w Yorkshire, Richard Methley, przełożył traktat na łacinę w 1491 roku, nadając mu tytuł Nubes ignorandi; ten sam zakonnik przetłumaczył też Zwierciadło dusz prostych Małgorzaty Porete, co pokazuje, jak w kartuzjańskiej celi spotykały się dwa radykalne nurty mistyki negatywnej. Po reformacji tradycję podtrzymywali angielscy benedyktyni na wygnaniu, zwłaszcza w klasztorze mniszek w Cambrai, dla których pracował Augustine Baker; jego komentarz Secretum jest w dużej mierze objaśnieniem Obłoku i świadczy o tym, że w XVII wieku czytano traktat jako praktyczny podręcznik modlitwy, a nie jako zabytek.

Nowoczesne wydania otworzyła Evelyn Underhill, która opublikowała zmodernizowany tekst w 1912 roku, rok po swoim Mistycyzmie. Krytyczną edycję przygotowała Phyllis Hodgson dla Early English Text Society w 1944 roku i to ona utrwaliła obraz autora jako mistrza prozy średnioangielskiej obok Waltera Hiltona i Juliany z Norwich. W drugiej połowie XX wieku traktat znalazł nieoczekiwanych czytelników wśród amerykańskich trapistów z opactwa św. Józefa w Spencer: William Meninger, Thomas Keating i Basil Pennington uczynili z jego wskazówek, przede wszystkim z rady o jednym słowie, podstawę tak zwanej modlitwy skupienia, centering prayer, upowszechnianej od lat siedemdziesiątych jako chrześcijańska odpowiedź na zainteresowanie wschodnimi technikami medytacji.

Ta ostatnia recepcja jest płodna, ale zarazem przesuwa akcenty. Metoda oderwana od średniowiecznego kontekstu łatwo staje się techniką uspokajania umysłu, podczas gdy dla autora jednosylabowe słowo nie było narzędziem relaksacji, lecz wyrazem pragnienia skierowanego ku osobowemu Bogu, wpisanym w życie sakramentalne, spowiedź i kierownictwo duchowe. Tekst nie zna modlitwy bez łaski: sam autor podkreśla, że dzieło jest darem, a człowiek może co najwyżej usunąć przeszkody i trwać w gotowości.

Właśnie dlatego Obłok niewiedzy zasługuje na lekturę jako coś więcej niż angielski przypis do Pseudo-Dionizego. Jego autor dokonał przekładu w podwójnym sensie: z łaciny na język świecki i z języka metafizyki na język praktyki. Apofaza, która u neoplatońskich źródeł była szczytem dialektyki, stała się u niego codzienną pracą woli, zakorzenioną w pokorze i chronioną ironią wobec wszelkiego mistycznego teatru. Ciemność nie jest w tym ujęciu przedmiotem kontemplacji, lecz miejscem, w którym miłość uczy się kochać bez widzenia.