Pieczęć Ordo Theia Philosophia

Modlitwa jednego słowa według Obłoku niewiedzy

Modlitwa jednego słowa według czternastowiecznego *Obłoku niewiedzy*: nagi zamiar woli, niesiony krótkim słowem „Bóg” albo „miłość”, uderza w obłok niewiedzy nad duszą i spycha wszystkie myśli pod obłok zapomnienia.

Nagi zamiar ku Bogu

Modlitwa jednego słowa pochodzi z anonimowego angielskiego traktatu The Cloud of Unknowing, napisanego w drugiej połowie XIV wieku przez nieznanego z imienia kierownika duchowego dla ucznia powołanego do życia kontemplacyjnego. Autor uczy w nim modlitwy bez obrazów i bez rozważań. Dusza zwraca się do Boga samym pragnieniem, „nagim zamiarem” woli, i podtrzymuje go jednym krótkim słowem.

Rozdział siódmy mówi o tym wprost. Wystarczy, pisze autor, „nagi zamiar zwrócony wprost ku Bogu, bez żadnej innej przyczyny niż On sam”. Kto chce mieć ten zamiar zawinięty i złożony w jednym słowie, aby łatwiej go uchwycić, niech weźmie słówko krótkie, o jednej sylabie, bo jest lepsze niż dwusylabowe, a im krótsze, tym lepiej zgadza się z dziełem Ducha. Takim słowem jest „Bóg” (God) albo „miłość” (love). Trzeba wybrać, które się chce, albo inne, jakie się komu podoba, byle o jednej sylabie, i przywiązać je do serca tak, by nie odeszło od niego, cokolwiek się stanie.

Nie jest to technika uspokojenia umysłu. Celem modlitwy jest Bóg sam, a nie Jego dary ani stan, który modlitwa daje. Autor nazywa to dzieło najlepszym ze wszystkich, bo w nim dusza kocha Boga dla Niego samego. Rozum nie może Boga objąć, ale miłość może Go dosięgnąć. Dlatego dzieło należy do woli poruszonej łaską, a nie do rozumu.

Dwa obłoki i strzała

Cała nauka traktatu opiera się na dwóch obrazach. Nad duszą jest obłok niewiedzy, ciemność, której rozum nie przeniknie i która zawsze stoi między człowiekiem a Bogiem w tym życiu. Autor każe w nią uderzać „ostrą strzałą tęsknej miłości” i nie ustawać, cokolwiek by się działo. Pod duszą jest obłok zapomnienia. Pod niego trzeba odsunąć wszystkie stworzenia, ich sprawy i wszelkie myśli o nich, także te najświętsze.

Słowo działa w obu kierunkach naraz. Autor mówi, że ma być ono tarczą i włócznią, czy jedzie się w pokoju, czy na wojnie. Tym słowem bije się w obłok i ciemność nad sobą. Tym słowem strąca się wszelkie myśli pod obłok zapomnienia. Gdy jakaś myśl natrętnie zapyta, czego się chce, odpowiada się jej tylko tym jednym słowem.

Obłoki nie są obrazami do wyobrażania. Autor wielokrotnie przestrzega, by nie rozumieć jego słów cieleśnie. „Nad” i „pod”, „w górę” i „wewnątrz” są obrazami zwrotu woli, a nie kierunkami w przestrzeni. Kto zaczyna sobie przedstawiać chmurę nad głową, wprowadza nowy obraz w miejsce porzuconych. Emblemat poniżej jest obrazem tęsknoty duszy, a nie wzorem do wyobrażania.

Miedzioryt: dziecięca postać duszy siedzi tyłem do patrzącego na szczycie kuli ziemskiej z mapą Brabancji i wyciąga rękę w górę, ku gwiaździstej sferze nieba, w której unosi się postać Boga; między nimi pasma chmur; pod sceną napis Quid enim mihi est in caelo, et a te quid volui super terram? Psal. 72 i numer 36
Dusza, która zostawia ziemię pod sobą i wyciąga się ku Bogu ponad obłokami: „Kogóż mam w niebie prócz Ciebie, a poza Tobą czegóż chciałem na ziemi?” (Ps 73) – emblemat 36 z Hermana Hugona, „Pia desideria”, Antwerpia 1624, rytował Boëtius à Bolswert. Emblemat mistyki XVII wieku, nie ilustracja „Obłoku niewiedzy”. Domena publiczna, skan Duke University Libraries (archive.org) · dotknij, aby powiększyć

Przygotowanie

Przygotowaniem do tego dzieła jest według autora lektura, rozważanie i modlitwa, które w rozdziale trzydziestym piątym nazywa zajęciami ucznia kontemplacji. Kto nie czytał Pisma, nie rozważał własnej nędzy i dobroci Boga i nie modlił się słowami, nie powinien od razu przechodzić do modlitwy bez obrazów. Autor wymaga też życia w łasce: spowiedzi według obyczaju Kościoła i woli, która nie trzyma się świadomie grzechu. Dzieło jest dla tych, którzy zostali do niego powołani.

Pierwszą decyzją jest wybór słowa. Ma być krótkie, by nie rozrastało się w myśl, i zawsze to samo. Po polsku najbliżej rady autora jest jednosylabowe „Bóg”. Dwusylabowa „miłość” zachowuje sens, choć nie liczbę sylab. W rozdziałach od trzydziestego szóstego do czterdziestego autor dodaje drugie słowo, „grzech”, w którym dusza woła o wybawienie z własnej nędzy, tak jak człowiek w ogniu woła jednym słowem „ogień!”. Pisze też, że krótka modlitwa przenika niebo, bo jest modlona całym duchem, na jego wysokość i głębokość, długość i szerokość. „Grzech” służy prośbie o oddalenie zła, a „Bóg” prośbie o dobro. Do codziennego ćwiczenia wystarczy jedno słowo.

Traktat nie podaje długości modlitwy. Autor uczy, że jedno poruszenie woli trwa krócej niż mgnienie, krócej niż najmniejsza cząstka czasu, którą nazywa atomem. Ramę zewnętrzną wyznacza się więc samemu. Dobrą miarą jest stała pora rano i wieczorem i stałe miejsce. Potrzebne jest krzesło, na którym siedzi się prosto i bez napięcia, oraz cichy minutnik.

Przebieg modlitwy

  1. Usiądź prosto i spokojnie, zamknij oczy i pozwól ciału się ułożyć, bez żadnej pracy z oddechem.
  2. Zwróć się do Boga krótkim aktem woli: chcesz Jego samego, a nie Jego darów.
  3. Przywołaj wybrane słowo w duchu, bez wymawiania ustami, i pozwól, by niosło ten zamiar ku obłokowi niewiedzy.
  4. Nie rozważaj znaczenia słowa i nie rozwijaj go w modlitwę. Niech będzie strzałą, a nie tematem.
  5. Gdy zajmie cię jakaś myśl, wspomnienie albo plan, odpowiedz jej słowem i w ten sposób zepchnij ją pod obłok zapomnienia, nie wdając się z nią w spór.
  6. Tak samo traktuj myśli pobożne, o dobroci Boga, o Jego męce czy o własnych grzechach, bo w tej chwili również one stają między duszą a Nim samym.
  7. Nie próbuj niczego zobaczyć ani poczuć. Gdy przyjdzie ciepło, słodycz albo obraz, nie zatrzymuj się przy nich i wróć do słowa.
  8. Gdy minutnik da znak, posiedź jeszcze dwie lub trzy minuty w ciszy z zamkniętymi oczami.
  9. Zakończ modlitwą Ojcze nasz i zapisz w dzienniku datę, godzinę i czas trwania modlitwy.

Gdy myśli nie odchodzą

W rozdziale trzydziestym drugim autor podaje dwa „sposoby duchowe” na myśli, które nie dają się odsunąć. Pierwszy polega na tym, by zachowywać się tak, jakby się ich nie znało, i patrzeć ponad ich ramionami, jakby się szukało czegoś innego. Tym czymś innym jest Bóg w obłoku niewiedzy. Drugi sposób stosuje się, gdy pierwszy zawodzi. Trzeba wtedy skulić się pod myślami jak jeniec pokonany w walce i oddać się w ręce Boga. Autor nazywa to prawdziwym poznaniem siebie: człowiek widzi, że jest niczym, i właśnie w tym Bóg schodzi ku niemu, by go podnieść.

Rozum nie zostaje w tej modlitwie potępiony. Autor uważa go za dobry i potrzebny w jego porządku, ale jego miejsce jest po stronie stworzeń, które można poznać. Ostatni krok ku Bogu wykonuje wola poruszona miłością. Dlatego pokora jest u niego warunkiem dzieła. Modlący się nie zdobywa niczego własnym wysiłkiem. Raz po raz zgadza się na to, że nie wie, i mimo to nie przestaje pragnąć.

Błędy, przed którymi przestrzega autor

Pierwszym błędem jest naprężenie ciała. Autor opisuje młodych uczniów, którzy usłyszeli o wznoszeniu serca i skupianiu się w sobie, a zrozumieli to cieleśnie. Wpatrują się w gwiazdy, „jakby chcieli być ponad księżycem”, i nadmiernie wysilają serca w piersiach. W ten sposób niszczą siły ciała, wpadają w urojenia i biorą nienaturalne gorąco w piersi za łaskę. Dzieło nie wymaga żadnego wysiłku ciała. Ma być wykonywane z ochotą, „żwawo”, a nie z mozołem.

Drugim błędem jest zamiana słowa w formułkę powtarzaną bez zamiaru, aż do otępienia. Autor chwali wprawdzie częstość tej modlitwy: ma trwać w „długości ducha” i nie ustawać, dopóki nie otrzyma tego, czego pragnie, jak człowiek w ogniu, który nie przestaje wołać „ogień!”, póki nie przyjdzie pomoc. Ale modlitwa jest dla niego „pobożnym zamiarem zwróconym wprost ku Bogu”, a słowo można wołać ustami, myślą albo samym pragnieniem. Liczy się zamiar, nie liczba powtórzeń. Trzecim błędem jest szukanie doznań. Kto oczekuje ciepła w piersi czy wewnętrznego światła, bierze za cel coś, co w najlepszym razie jest ubocznym darem, a w najgorszym złudzeniem. Czwartym jest ocenianie każdej sesji. Modlitwa pełna rozproszeń nie jest porażką, bo każdy powrót do słowa jest właśnie tym aktem woli, o który chodzi.

Znak powołania

W ostatnim rozdziale autor podaje znaki, po których poznaje się powołanie do tego dzieła. Nie są nimi przeżycia w czasie modlitwy. Najpierw trzeba sprawdzić, czy oczyściło się sumienie według sądu Kościoła. Potem znakiem jest pragnienie, które wraca w pamięci częściej niż jakiekolwiek inne ćwiczenie duchowe, tak że żadna praca nie wydaje się dobrze wykonana, jeśli ta ukryta miłość nie jest w niej najważniejsza. W prologu autor prosi, by traktat czytać w całości i po kolei, od początku do końca, bo jedno miejsce objaśnia drugie. Dlatego obok codziennej modlitwy czyta się kilka rozdziałów Obłoku w tygodniu.

W latach siedemdziesiątych XX wieku trapiści z opactwa św. Józefa w Spencer w Massachusetts, wśród nich William Meninger, Basil Pennington i Thomas Keating, ujęli radę Obłoku w metodę nazwaną modlitwą skupienia, centering prayer. Język traktatu jest jednak inny niż jej język łagodnego przyzwolenia. Obłok mówi o uderzaniu, o strzale i włóczni, o tęsknym pragnieniu, które nie ustaje.