Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Mistyka chrześcijańska

Theologia Deutsch i jej wydanie przez Lutra

Anonimowy traktat nazywany przez badaczy dziełem „Frankfurtczyka” stał się jedynym utworem średniowiecznej mistyki, który Marcin Luter wydał własnym nakładem w 1516 i 1518 roku, a pod nadanym przez niego tytułem Theologia Deutsch przez trzy stulecia karmił mistyczne nurty protestantyzmu.

Szkic Ukrzyżowania autorstwa Jana od Krzyża
Szkic Ukrzyżowania autorstwa Jana od Krzyża

Książka bez autora

Na początku traktatu, w prologu dołączonym do większości rękopisów, czytamy, że książkę napisał przyjaciel Boga, kapłan i kustosz w domu Zakonu Krzyżackiego we Frankfurcie, czyli w Sachsenhausen nad Menem. Na tym kończy się wszystko, co wiemy o autorze. Nie znamy jego imienia, nie wiemy, kiedy dokładnie żył, ani czy napisał cokolwiek poza tym jednym tekstem. Badacze umieszczają powstanie dzieła zwykle w drugiej połowie XIV wieku, na podstawie języka, przywoływanych pojęć i polemiki z nurtami heretyckimi tej epoki. Od miejsca pochodzenia przyjęło się mówić o autorze jako o „Frankfurtczyku”, a w niektórych rękopisach sam traktat nosi tytuł Der Franckforter.

Anonimowość nie była w tym przypadku przypadkiem. Prolog wyjaśnia, że autor nie chciał, by jego imię było znane, ponieważ dzieło miało mówić samo za siebie. Ta postawa doskonale współgra z treścią traktatu, której głównym tematem jest wyrzeczenie się samego siebie. Książka, która naucza o porzuceniu „ja”, nie mogła się dobrze podpisać.

Przez długi czas jedynym znanym źródłem tekstu były wydania Lutra. Dopiero w XIX wieku odnaleziono rękopis z 1497 roku, przechowywany potem w Würzburgu, który zawierał wersję pełniejszą niż druk wittenberski. Wydał go Franz Pfeiffer w 1851 roku. Później zidentyfikowano kolejne rękopisy, a krytyczne wydanie przygotował w 1982 roku Wolfgang von Hinten. Okazało się, że traktat krążył w odpisach w kręgach pobożnych, ale nie był szczególnie rozpowszechniony przed epoką druku. Jego wielka kariera zaczęła się w Wittenberdze.

Dwa wydania i tytuł

W 1516 roku Luter, wtedy profesor teologii w Wittenberdze i jeszcze katolicki zakonnik augustiański, opublikował fragment traktatu, oparty na niepełnym rękopisie, pod rozbudowanym tytułem mówiącym o „duchowo szlachetnej książeczce” uczącej właściwego rozróżnienia i zrozumienia, czym jest stary i nowy człowiek. W krótkiej przedmowie sugerował, że tekst może pochodzić z kręgu Jana Taulera. Dwa lata później, w 1518 roku, wydał tekst pełniejszy, oparty na lepszym rękopisie, i nadał mu tytuł Eyn deutsch Theologia, „Pewna niemiecka teologia”. To od tego tytułu wzięła się nazwa, pod którą dzieło jest znane do dziś, w łacińskiej formie także jako Theologia Germanica.

Przedmowa do wydania z 1518 roku zawiera zdanie, które zapewniło traktatowi miejsce w historii. Luter pisze, że poza Biblią i świętym Augustynem nie spotkał książki, z której nauczyłby się więcej o tym, czym są Bóg, Chrystus, człowiek i wszystkie rzeczy. Dodaje, że teologia ta pokazuje, iż niemieccy teologowie są nie gorsi od greckich, łacińskich czy hebrajskich. Ten akcent narodowy jest charakterystyczny. Wittenberski profesor, który właśnie wszedł w spór o odpusty, szukał świadectwa, że prawdziwa teologia nie była monopolem rzymskiej scholastyki, lecz istniała w języku ludu, w prostych słowach niemieckiej pobożności.

Tytuł nadany przez Lutra zawiera w sobie więc pewną interpretację. Traktat nie jest dla niego zbiorem pobożnych rad, lecz teologią w pełnym sensie, nauką o Bogu i człowieku, równorzędną z teologią szkół i nawet od niej lepszą. Jest też teologią niemiecką, czyli wyrażoną w języku, który rozumieją wszyscy. Oba te określenia zapowiadają program reformacji, choć sam tekst powstał półtora wieku wcześniej i nic nie wiedział o sporach, w które go wciągnięto.

Ja, moje, mnie

Treść traktatu jest zaskakująco prosta w swej podstawowej linii. Punktem wyjścia jest zdanie świętego Pawła z Pierwszego Listu do Koryntian: „gdy przyjdzie to, co doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe”. Autor utożsamia doskonałe z Bogiem, który jest wszystkim i zawiera w sobie wszelki byt, a częściowe ze stworzeniami, które istnieją tylko przez udział w Bogu. Grzech polega na tym, że stworzenie przypisuje sobie to, co do niego nie należy: uważa się za coś, chce czegoś dla siebie, mówi „ja”, „moje”, „mnie”. Upadek Adama nie polegał według traktatu na zjedzeniu jabłka, lecz na tym przywłaszczeniu. Jabłko było tylko okazją; właściwym grzechem była wola własna.

Z tej diagnozy wynika program. Zbawienie polega na wyrzeczeniu się woli własnej, tak aby w człowieku działała tylko wola Boża. Autor nazywa takiego człowieka „ubóstwionym” albo „przebóstwionym”, co nie oznacza, że przestaje być stworzeniem, lecz że jego wola zostaje całkowicie zjednoczona z wolą Boga. Wzorem jest Chrystus, którego życie traktat nazywa najlepszym i najszlachetniejszym, jakie kiedykolwiek było. Kto chce dojść do Boga, musi iść drogą Chrystusa, a ta droga prowadzi przez posłuszeństwo, pokorę i cierpienie.

Szczególnie poruszające są rozdziały o piekle i niebie w tym życiu. Autor pisze, że Chrystus po śmierci zstąpił do piekła i że dusza człowieka musi przejść podobną drogę. Gdy człowiek widzi swoją nicość i grzech, czuje się tak, jakby był godzien wiecznego potępienia, i nie znajduje pociechy. Kto jednak zgodzi się na to piekło i nie szuka ucieczki, ten zostanie wyprowadzony do nieba, którym jest radość z samego Boga. Oba stany mogą się w życiu przeplatać; ważne jest, by w żadnym z nich człowiek nie szukał siebie.

Traktat stanowczo przestrzega przed fałszywym światłem. Autor polemizuje z ludźmi, którzy uważają się za wolnych od wszelkiego prawa i obowiązku, twierdząc, że osiągnęli zjednoczenie z Bogiem i nie potrzebują już posłuszeństwa ani cnót. Nazywa ich fałszywie wolnymi duchami i mówi, że ich wolność jest tylko inną postacią woli własnej. Prawdziwe zjednoczenie z Bogiem nie znosi porządku, lecz go wypełnia; człowiek przebóstwiony jest najbardziej posłuszny, ponieważ nie ma już w sobie niczego, co chciałoby się buntować.

Język traktatu jest przy tym oszczędny i pozbawiony ozdób. Nie ma w nim wizji, objawień, opowieści z życia autora ani poetyckich obrazów, które wypełniają pisma wielu mistyków jego epoki. Autor powtarza kilka myśli w różnych zestawieniach, wraca do nich, objaśnia je przykładami z codzienności, czasem przyznaje, że coś trudno wyrazić słowami. Ta skromność miała znaczenie dla późniejszej recepcji. Książka nie wymagała od czytelnika ani wykształcenia scholastycznego, ani zamiłowania do nadzwyczajnych przeżyć. Wystarczyła uważna lektura i gotowość do zastosowania jej do siebie. W tym sensie Theologia Deutsch była od początku książką dla świeckich, zanim jeszcze świeccy stali się głównymi adresatami reformacji.

Lektura reformatorów i heretyków

Wydanie Lutra uczyniło z traktatu jedną z najpopularniejszych książek religijnych XVI wieku. Ukazywały się kolejne edycje niemieckie, a dzieło trafiło do bardzo różnych czytelników. Z entuzjazmem przyjęli je radykałowie reformacji, którzy szybko rozeszli się z Lutrem. Do jego gorliwych czytelników należeli Hans Denck i Ludwig Hätzer, Sebastian Franck sporządził jego łacińską parafrazę, a dla wielu przedstawicieli tak zwanej reformacji radykalnej traktat stał się świadectwem, że prawdziwe chrześcijaństwo polega na wewnętrznym przeżyciu, a nie na instytucji, doktrynie czy nawet literze Pisma.

Ta recepcja zaniepokoiła reformatorów głównego nurtu. Jan Kalwin w liście do polskich braci z 1559 roku ostrzegał przed traktatem, twierdząc, że kryje się w nim trucizna zdolna zwieść prostych ludzi. Jego zarzut dotyczył przede wszystkim tego, że książka prowadzi do lekceważenia słowa i sakramentów na rzecz mglistej mistyki. Po stronie katolickiej dzieło także budziło nieufność, choćby z powodu związku z Lutrem, a w 1612 roku trafiło na rzymski Indeks ksiąg zakazanych. Traktat, który powstał jako wyraz ortodoksyjnej pobożności przeciw heretykom swojej epoki, został w ten sposób uznany za podejrzany przez obie strony wielkiego sporu wyznaniowego.

Nie zniknął jednak z obiegu. Sebastian Castellio, humanista wygnany z Genewy za krytykę egzekucji Serveta, przełożył go na łacinę i francuski w 1557 i 1558 roku, a w przedmowie przedstawiał go jako księgę jednoczącą chrześcijan ponad podziałami. Dla Castellia, orędownika tolerancji, istotne było to, że traktat nie wchodzi w spory dogmatyczne, lecz mówi o tym, co wspólne wszystkim, którzy chcą naśladować Chrystusa. W drugiej połowie wieku dzieło czytał i komentował Valentin Weigel, luterański pastor z Zschopau, którego spekulatywna mistyka, łącząca Paracelsusa z niemiecką tradycją kontemplacyjną, mogła ukazać się drukiem dopiero po jego śmierci. W 1597 roku Johann Arndt, autor Czterech ksiąg o prawdziwym chrześcijaństwie, wydał traktat ponownie, otwierając mu drogę do późniejszego pietyzmu.

Długie życie protestanckiej mistyki

W XVII i XVIII wieku Theologia Deutsch była jednym z filarów tej formy pobożności, którą historycy nazywają mistyką protestancką. Czytali ją pietyści, przekładali na niderlandzki i angielski, wydawali w wielu językach. W XIX wieku Susanna Winkworth przełożyła ją na angielski jako Theologia Germanica, a przedmowę do tego wydania napisał Charles Kingsley. Dzieło stało się wówczas częścią wiktoriańskiego zainteresowania mistyką średniowieczną, a później jedną z ulubionych lektur ludzi szukających duchowości poza kościelnymi strukturami.

Ta historia ma w sobie coś ironicznego. Traktat napisany przez kapłana Zakonu Krzyżackiego, który przestrzegał przed lekceważeniem posłuszeństwa i porządku, stał się źródłem dla ludzi, którzy uważali posłuszeństwo i porządek za przeszkodę. Wydany przez Lutra jako potwierdzenie jego teologii łaski, został podjęty przez tych, których Luter uważał za swoich najgroźniejszych przeciwników. Wpisany na Indeks przez Rzym, był w tym samym czasie czytany przez katolickich kontemplatyków, którzy znali go w innych wersjach. Wszystkie te recepcje wybierały z niego to, czego potrzebowały.

Wspólne pozostaje jedno: przekonanie, że istotą grzechu jest przywłaszczenie, a istotą zbawienia oddanie. Ta prosta myśl, wyrażona w kilkudziesięciu krótkich rozdziałach, okazała się na tyle pojemna, że zmieściła w sobie zarówno pobożność średniowiecznego zakonnika, jak i niepokój reformatora, poszukiwania radykała i cichą lekturę pietysty. Być może dlatego anonimowy autor miał rację, gdy nie chciał podpisywać swojego dzieła. Bez nazwiska mogło należeć do każdego, kto zechciał w nim odnaleźć własną drogę.