Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Mistyka chrześcijańska

Juliana z Norwich i objawienia Bożej miłości

Juliana z Norwich nie zapisała gotowej nauki, lecz przez dwadzieścia lat przemyślała szesnaście objawień z maja 1373 roku, a różnica między krótką i długą wersją jej księgi pokazuje teologię rodzącą się z napięcia między nauką Kościoła o winie a widzeniem Boga, w którym nie ma gniewu.

Fragment rozdziału pierwszego „Objawień Bożej miłości” Juliany z Norwich, rękopis British Library – domena publiczna
Fragment rozdziału pierwszego „Objawień Bożej miłości” Juliany z Norwich, rękopis British Library – domena publiczna · Wikimedia Commons

Choroba w maju 1373 roku

O życiu Juliany wiemy niewiele, a niemal wszystko pochodzi z jej własnej księgi. Pisze, że w maju 1373 roku, gdy miała trzydzieści i pół roku, ciężko zachorowała i przez kilka dni leżała bliska śmierci. Wezwano kapłana, który postawił przed jej oczami krucyfiks, mówiąc, by patrzyła na Zbawiciela i czerpała z Niego pociechę. Wtedy ból ustąpił i rozpoczęła się seria szesnastu „pokazań”, showings, z których większość nastąpiła w ciągu jednego dnia, a ostatnie następnej nocy. Juliana podaje datę ósmego albo trzynastego maja, bo rękopisy różnią się w tym miejscu.

Wyznaje również, że wcześniej prosiła Boga o trzy dary: o żywe zrozumienie męki Chrystusa, o ciężką chorobę w młodości, która przybliżyłaby ją do śmierci, i o trzy rany: skruchy, współczucia i tęsknoty za Bogiem. Te prośby są typowe dla późnośredniowiecznej pobożności pasyjnej i pokazują, że objawienia nie spadły na nią nagle, lecz odpowiadały na pragnienia, które pielęgnowała. Zaraz po wyzdrowieniu zwątpiła zresztą w to, czego doświadczyła, i w rozmowie z zakonnikiem nazwała swoje widzenia majaczeniem, czego później gorzko żałowała.

Później Juliana została anachoretką, rekluzą zamkniętą w celi przy kościele św. Juliana w Conisford, w południowej części Norwich. Życie anachoretek regulowały w Anglii osobne reguły, z których najbardziej znana jest XIII-wieczna Ancrene Wisse. Cela przylegała do ściany kościoła i miała zwykle jedno okienko wychodzące na ołtarz, przez które rekluza uczestniczyła we mszy, oraz drugie, przez które rozmawiała z odwiedzającymi i otrzymywała pożywienie od służącej. Zamknięcie miało charakter dożywotni i odbywało się w obrzędzie przypominającym pogrzeb. Nie oznaczało jednak izolacji od świata: anachoretka była dla mieszkańców miasta doradczynią, a jej modlitwa traktowana była jako służba całej wspólnocie. Imię, pod którym ją znamy, pochodzi najprawdopodobniej od tego kościoła, a jej imię chrzestne pozostaje nieznane. Testamenty mieszczan z Norwich z lat 1393–1416 wymieniają zapisy na rzecz anachoretki z tego kościoła, co pozwala przypuszczać, że żyła co najmniej do drugiej dekady XV wieku. Około 1413 roku odwiedziła ją Małgorzata Kempe, której Księga zawiera relację z tej rozmowy; tej postaci poświęcony jest osobny esej.

Dwie wersje jednej księgi

Juliana spisała swoje doświadczenia dwukrotnie. Wersja krótka, licząca dwadzieścia pięć rozdziałów, powstała zapewne wkrótce po objawieniach i przetrwała w jednym rękopisie z połowy XV wieku. Wersja długa, licząca osiemdziesiąt sześć rozdziałów, jest owocem wieloletniego namysłu. Juliana mówi w niej, że piętnaście lat po objawieniach otrzymała w duchu odpowiedź na pytanie o ich sens, a nad jedną z przypowieści rozmyślała przez „dwadzieścia lat bez trzech miesięcy”. Wersja długa zachowała się głównie w odpisach z XVII wieku, sporządzonych w środowisku angielskich benedyktynek żyjących na emigracji we Francji. Pierwsze wydanie drukiem przygotował benedyktyn Serenus Cressy w 1670 roku.

Porównanie obu wersji jest jednym z najciekawszych przedmiotów badań nad Julianą. W wersji krótkiej autorka mówi o sobie jako o kobiecie i zastrzega, że nie jest nauczycielką; w długiej te uwagi znikają, a tekst nabiera charakteru teologicznego wykładu skierowanego do wszystkich „współchrześcijan”, even-christians. W wersji długiej pojawia się też materiał zupełnie nowy, przede wszystkim przypowieść o panu i słudze oraz rozbudowana nauka o macierzyństwie Boga. Juliana nie tyle więc opisała swoje widzenia, ile nauczyła się je czytać.

Sama nazywa siebie „prostym stworzeniem, nieuczonym”. Badacze od dawna spierają się, jak rozumieć tę formułę. Tekst wersji długiej zdradza znajomość Pisma, łacińskiej teologii i retoryki, co wskazuje na staranne wykształcenie lub dostęp do doradców. Formuła może oznaczać brak formalnych studiów albo, jak u wielu autorek średniowiecznych, być wyrazem pokory, która chroni autorytet objawienia przed zarzutem ludzkiego pochodzenia.

Orzech laskowy i wszystko, co jest

Pierwsze objawienie ma charakter zupełnie konkretny. Juliana widzi, jak spod korony cierniowej spływa po twarzy Chrystusa gorąca, świeża krew, obfita jak krople deszczu spadające z okapu, i porównuje kształt kropli do łusek śledzia. Te domowe porównania, zaczerpnięte z życia portowego miasta, są dla niej znamienne: nie ozdabiają opisu, lecz zaświadczają, że widziała coś realnego. W ósmym objawieniu ogląda powolne konanie i wysychanie ciała na krzyżu, z bolesną szczegółowością, jakiej wymagała ówczesna pobożność pasyjna.

Sama Juliana rozróżnia jednak trzy sposoby, w jakie otrzymała objawienia: przez widzenie cielesne, przez słowa uformowane w jej rozumieniu i przez widzenie duchowe. Zaznacza, że widzenia duchowego nie potrafi opisać tak dokładnie, jakby chciała, i że to ono jest najważniejsze. Obrazy męki są więc bramą, a nie celem. Prowadzą do zrozumienia, że ta sama miłość, która cierpi na krzyżu, podtrzymuje istnienie wszystkiego, co jest.

Jednym z najprostszych, a zarazem najsłynniejszych obrazów księgi jest wizja z piątego rozdziału wersji długiej. Juliana widzi na swej dłoni coś małego, wielkości orzecha laskowego, okrągłego jak kula. Pyta, co to jest, i otrzymuje odpowiedź: to jest wszystko, co stworzone. Dziwi się, że może trwać, bo wydaje się tak małe, że mogłoby w każdej chwili zniknąć w nicość. Słyszy wtedy, że trwa i będzie trwać zawsze, bo Bóg to kocha. Wszystko ma swój byt dzięki miłości Boga.

Z tej wizji Juliana wyprowadza trzy prawdy: że Bóg to stworzył, że to kocha i że tego strzeże. Obraz ma podwójny sens. Z jednej strony pokazuje kruchość stworzenia, które samo w sobie jest niczym; z drugiej jego bezpieczeństwo w miłości, która je utrzymuje. Juliana dodaje, że dusza nie znajdzie spoczynku, dopóki nie uzna wszystkiego, co stworzone, za nic, by móc kochać i posiadać Boga, który jest niestworzony. To zdanie łączy ją z tradycją apofatyczną, którą w Anglii reprezentował Obłok niewiedzy, choć ton Juliany jest zupełnie inny: mniej surowy, bardziej ufny.

Konieczny grzech i zakryty wielki czyn

Najsłynniejsze słowa Juliany pochodzą z trzynastego objawienia. Rozważając, dlaczego Bóg dopuścił grzech, skoro bez niego wszystko byłoby dobre, słyszy odpowiedź: „Grzech jest konieczny, ale wszystko będzie dobrze, i wszystko będzie dobrze, i wszelka rzecz będzie dobrze”. Słowo behovely, oddawane zwykle jako „konieczny” albo „stosowny”, nie oznacza, że grzech jest dobry, lecz że ma swoje miejsce w porządku, którego człowiek jeszcze nie ogarnia. Juliana nie twierdzi, że rozumie, jak to możliwe, i nie wyjaśnia tajemnicy zła. Słyszy jedynie, że na końcu czasów Bóg dokona „wielkiego czynu”, który wszystko naprawi, ale którego natura pozostaje zakryta.

Z tą obietnicą wiąże się jeden z najśmielszych wątków jej teologii. Juliana twierdzi, że nie widziała w Bogu gniewu. Gniew jest po stronie człowieka, nie Boga; to człowiek się sprzeciwia, a Bóg patrzy na niego z miłością i współczuciem. Zdaje sobie sprawę, że kłóci się to z nauką Kościoła, który mówi o karze, gniewie i potępieniu, i nie ukrywa tego napięcia. Wielokrotnie zapewnia, że przyjmuje wszystko, czego Kościół naucza, a jednocześnie wiernie zapisuje to, co widziała. Teologia Juliany nie rozwiązuje tej sprzeczności, lecz ją wytrzymuje.

Przypowieść o panu i słudze z pięćdziesiątego pierwszego rozdziału jest jej próbą zmierzenia się z tym problemem. Sługa, posłany przez pana w pośpiechu, z miłości biegnie tak gorliwie, że wpada do rowu i ciężko się rani. Leży, nie mogąc wstać, cierpi, a najbardziej boli go to, że nie widzi twarzy swego pana. Pan jednak patrzy na niego bez wyrzutu, z miłością, i zamierza mu wynagrodzić to cierpienie. Juliana wyjaśnia, że sługa jest Adamem, czyli całą ludzkością, ale też Chrystusem, który wszedł w ludzką naturę i upadł razem z nią do rowu śmierci. Upadek człowieka i wcielenie Syna zostają ujęte w jednym obrazie, a wina ustępuje miejsca miłości.

Jezus nasza Matka i miłość jako sens

Drugim wielkim wątkiem wersji długiej jest nauka o macierzyństwie Boga. Juliana nazywa Jezusa „naszą prawdziwą Matką”: rodzi nas do życia w stworzeniu, karmi sobą w Eucharystii, tak jak matka karmi dziecko mlekiem, i wychowuje, pozwalając czasem upaść, by nauczyć nas pokory, ale nigdy nie pozwalając zginąć. Obraz Chrystusa jako matki nie był w średniowieczu nowy; pojawia się u Anzelma z Canterbury, w kazaniach Bernarda z Clairvaux i w pismach cysterskich. Juliana rozwija go jednak dalej niż ktokolwiek przed nią i wpisuje w spójną naukę trynitarną, przypisując Ojcu ojcostwo, Synowi macierzyństwo, a Duchowi Świętemu panowanie.

Ostatni rozdział księgi przynosi odpowiedź na pytanie, które Juliana zadawała sobie przez lata: co było sensem tego, co widziała? Słyszy wtedy: czy chcesz poznać sens swego Pana w tej rzeczy? Poznaj go dobrze: miłość była Jego sensem. Kto ci to pokazał? Miłość. Co ci pokazał? Miłość. Dlaczego ci to pokazał? Z miłości. To zdanie jest kluczem do całej księgi. Wszystkie wizje, męka Chrystusa, problem grzechu, przypowieść i macierzyństwo Boga sprowadzają się do jednej prawdy, której nie da się sformułować jako systemu, lecz jedynie przyjąć.

Tytuł Revelations of Divine Love, pod którym dzieło jest dziś najczęściej znane, upowszechniło dopiero wydanie Grace Warrack z 1901 roku. Od tego czasu Juliana stała się jedną z najchętniej czytanych autorek średniowiecza. Jej księga uchodzi też za pierwszą znaną książkę napisaną po angielsku przez kobietę, co uczyniło ją ważną postacią także dla historyków literatury. T. S. Eliot przywołał jej słowa w ostatnim z Czterech kwartetów, Little Gidding, a teologowie różnych wyznań odnajdywali w niej inspirację do namysłu nad problemem zła i nadzieją powszechnego zbawienia. Ta ostatnia kwestia pozostaje sporna, bo Juliana nigdy nie twierdziła wprost, że wszyscy zostaną zbawieni. Powiedziała tylko, że wszystko będzie dobrze, i zostawiła czytelnikowi zadanie, by zaufać temu, czego jeszcze nie widać.