Przyjaciele Boga i zagadka Przyjaciela z Oberlandu
Wokół XIV-wiecznych Przyjaciół Boga narosła legenda o tajnym bractwie kierowanym przez świętego świeckiego z gór, tymczasem krytyka źródeł, zapoczątkowana przez Heinricha Denifle’a, pokazała, że Przyjaciel z Oberlandu był najpewniej fikcją literacką powstałą w kręgu strasburskiego kupca Rulmana Merswina.

Słowo z Ewangelii i luźna sieć
„Nie nazywam was już sługami, ale przyjaciółmi” – te słowa Chrystusa z Ewangelii Jana były w XIV wieku źródłem określenia, którym posługiwało się wielu pobożnych ludzi w Nadrenii, Szwabii, Alzacji i Szwajcarii. Gottesfreunde, przyjaciele Boga, nie tworzyli zakonu ani formalnego stowarzyszenia. Nie mieli reguły, przełożonego ani siedziby. Byli siecią osób – kapłanów, zakonnic, beginek, świeckich mieszczan i szlachciców – połączonych listami, wymianą książek, odwiedzinami i wspólnym przekonaniem, że w czasach upadku Kościoła trzeba szukać Boga w życiu wewnętrznym.
Najlepiej udokumentowanym przykładem tej sieci jest korespondencja Henryka z Nördlingen, kapłana świeckiego, z dominikanką Małgorzatą Ebner z klasztoru w Medingen. Henryk, zmuszony przez interdykt do przeniesienia się do Bazylei, pisał do niej listy pełne pobożnych pozdrowień, wiadomości o wspólnych znajomych i uwag o lekturach. Przesłał jej między innymi przekład Płynącego światła Boskości Mechtyldy z Magdeburga, który przygotował w Bazylei w języku górnoniemieckim. W tych listach pojawiają się imiona wielu osób uznawanych za przyjaciół Boga, wśród nich strasburski kaznodzieja Jan Tauler, o którym wystarczy tu wzmianka.
Z tego materiału wyłania się obraz dość prozaiczny. Przyjaciele Boga byli ludźmi swojej epoki: niepokoił ich konflikt papieża z cesarzem, interdykty, zaraza, zepsucie duchowieństwa. Szukali pociechy w modlitwie, w lekturze mistyków i we wzajemnym wsparciu. Ich duchowość była głęboko kościelna, choć krytyczna wobec konkretnych ludzi Kościoła. Nie ma w niej śladu tajnej organizacji, ezoterycznej doktryny ani ukrytego przywódcy. Te elementy pojawiają się dopiero w jednym, bardzo szczególnym kręgu.
Kupiec, który porzucił handel
Rulman Merswin urodził się w 1307 roku w Strasburgu, w rodzinie zamożnych kupców, i sam zajmował się handlem i operacjami finansowymi. Około 1347 roku, w wieku czterdziestu lat, porzucił interesy i postanowił oddać się życiu pobożnemu. Wraz z żoną, Gertrudą z Bietenheim, przyjął zobowiązanie do życia we wstrzemięźliwości. Według jego własnych zapisków przeszedł wówczas okres ciężkich zmagań wewnętrznych, umartwień i doświadczeń duchowych, które opisywał jako dzieło łaski.
W 1367 roku Merswin kupił opuszczony klasztor na wyspie Grüner Wörth, czyli Zielony Gród albo Zielona Wyspa, na rzece Ill w Strasburgu. Kilka lat później przekazał go joannitom, zakonowi rycerskiemu świętego Jana, z warunkiem, że będzie to miejsce, w którym świeccy mężczyźni mogą prowadzić życie modlitwy bez składania ślubów zakonnych. Merswin sam zamieszkał w domu i aż do śmierci w 1382 roku kierował jego duchowym życiem, choć formalnie władza należała do joannitów. Grüner Wörth stał się centrum, w którym gromadzono i przepisywano pisma duchowe, w tym te, które miały wywrzeć tak wielki wpływ na późniejszy obraz przyjaciół Boga.
Merswin był autorem kilku tekstów, z których najważniejszy jest Księga dziewięciu skał, Neunfelsenbuch, napisana według tradycji w 1352 roku. Jest to wizja: autor widzi wysoką górę z dziewięcioma skałami, po których wspinają się ludzie, a każda skała oznacza wyższy stopień życia duchowego. U podnóża góry rozciąga się świat pogrążony w grzechu, a w nim ludzie wszystkich stanów, od papieża po chłopów, łapani w sieci przez złego ducha. Tylko nieliczni docierają na szczyt, skąd mogą spojrzeć w Źródło. Księga jest zarówno przewodnikiem duchowym, jak i bezlitosną krytyką chrześcijaństwa, w którym prawie nikt nie żyje tak, jak powinien.
Drugim ważnym tekstem jest relacja o pierwszych latach nawrócenia, znana jako Księga czterech lat początku. Merswin opisuje w niej swoje zmagania z pokusami, umartwienia, okresy rozpaczy i pocieszenia, a także rolę, jaką w jego przemianie odegrał przewodnik duchowy. Według przekazu przechowywanego w domu joannitów wiele z tych pism nie było znanych za życia autora; miały zostać odnalezione po jego śmierci, zapieczętowane i ukryte, i dopiero wtedy wpisane do ksiąg, w których wspólnota Zielonej Wyspy gromadziła swoje teksty. Ta okoliczność, z pozoru drugorzędna, okazała się później jednym z kluczy do rozwiązania zagadki. Pisma ujawnione po śmierci, bez możliwości zapytania autora i bez niezależnych świadków, były idealnym nośnikiem opowieści, której nikt nie mógł sprawdzić.
Tajemniczy przyjaciel z gór
W pismach przechowywanych na Zielonej Wyspie pojawia się postać, która przez kilka stuleci fascynowała historyków i miłośników mistyki. Był to świecki człowiek, nazywany Przyjacielem Boga z Oberlandu, czyli z „górnego kraju”, z regionów alpejskich na południe od Strasburga. Według tych tekstów był on duchowym przewodnikiem Merswina, prowadził z nim korespondencję, kierował grupą towarzyszy żyjących w ukryciu w górach i otrzymywał od Boga objawienia o losach chrześcijaństwa. Nigdy nie podawał swojego imienia, a miejsce jego pobytu pozostawało tajemnicą.
Przyjaciel z Oberlandu był w tych pismach postacią niezwykłą. Miał być człowiekiem bez wykształcenia teologicznego, który dzięki łasce osiągnął mądrość przewyższającą uczonych. W Księdze Mistrza, jednym z tekstów związanych z Zieloną Wyspą, opisano, jak pewien świecki przyjaciel Boga przybył do słynnego uczonego kaznodziei, wysłuchał jego kazań i powiedział mu, że mimo całej wiedzy nie zna Boga. Kaznodzieja, upokorzony, przeszedł długi okres ciemności i oczyszczenia, po czym zaczął głosić kazania pełne prawdziwej mocy. Późniejsza tradycja utożsamiła tego kaznodzieję z Janem Taulerem, a świeckiego z Przyjacielem z Oberlandu.
Ta opowieść miała duże znaczenie dla wyobrażeń o przyjaciołach Boga. Sugerowała, że prawdziwą duchową władzę mieli nie duchowni, lecz pobożni świeccy, którzy działali w ukryciu i kierowali nawet najbardziej szanowanymi kaznodziejami. Przez stulecia uważano ją za relację historyczną i w XVI wieku dołączano ją do wydań kazań Taulera. W XIX wieku niektórzy badacze, jak Carl Schmidt, próbowali zidentyfikować Przyjaciela z Oberlandu z konkretną osobą, wskazując na przykład Mikołaja z Bazylei, przywódcę grupy beginów spalonego później w Wiedniu jako heretyka.
Denifle i rozbicie legendy
Przełom przyniosła krytyczna analiza źródeł przeprowadzona przez Heinricha Seuse Denifle’a, austriackiego dominikanina, historyka średniowiecznych uniwersytetów i mistyki, późniejszego archiwistę Archiwum Watykańskiego. Pod koniec lat siedemdziesiątych XIX wieku Denifle opublikował studia, w których wykazał, że opowieść o nawróceniu Taulera nie zgadza się z tym, co wiemy o jego życiu, a pisma przypisywane Przyjacielowi z Oberlandu zdradzają charakterystyczne cechy stylu Merswina. Zwrócił uwagę na sprzeczności w datach, na niemożliwości geograficzne i na to, że rzekomy przywódca z gór nigdy nie został wspomniany w żadnym niezależnym źródle.
Wniosek Denifle’a był radykalny: Przyjaciel z Oberlandu nigdy nie istniał. Był fikcją literacką, stworzoną przez samego Merswina, aby nadać autorytet jego własnym przekonaniom i wizjom. Kupiec ze Strasburga, który nie był ani kapłanem, ani teologiem, potrzebował figury, która mogłaby mówić z autorytetem nadprzyrodzonym. Wymyślił więc świętego świeckiego z gór, przypisał mu listy i objawienia, i w ten sposób stworzył opowieść, w której jego własna duchowość okazywała się wyrazem woli Boga przekazanej przez tajemniczego pośrednika.
Teza Denifle’a wywołała ostrą dyskusję, ale w ogólnym zarysie została przyjęta przez większość badaczy. Pojawiły się jednak jej modyfikacje. Niektórzy uczeni, zwłaszcza w pierwszych latach sporu, bronili historyczności Przyjaciela, wskazując, że listy mają odmienny ton od pism Merswina i że trudno przypisać pobożnemu kupcowi świadome oszustwo. Karl Rieder w 1905 roku przedstawił argumenty, że autorem fałszerstw był nie tyle sam Merswin, ile Mikołaj z Lowanium, jego sekretarz i kapłan związany z Zieloną Wyspą, który po śmierci Merswina uporządkował i, być może, częściowo stworzył zbiór tekstów. Inni widzieli w całym zespole pism wspólne dzieło kręgu Zielonej Wyspy, w którym granice między relacją, wizją, alegorią i świadomą mistyfikacją były płynne. Dziś przeważa opinia, że Przyjaciel z Oberlandu był najpewniej fikcją, choć nie wszyscy zgadzają się, kto dokładnie ją stworzył i w jakim celu.
Fikcja, która mówi prawdę o epoce
Rozbicie legendy nie odebrało przyjaciołom Boga znaczenia, lecz pozwoliło zobaczyć ich wyraźniej. Okazało się, że istniały dwa zjawiska, które długo ze sobą mieszano. Pierwszym była rzeczywista sieć pobożnych ludzi, udokumentowana w listach i kazaniach, kościelna w swej duchowości i nieposiadająca żadnej tajnej struktury. Drugim była literacka konstrukcja z Zielonej Wyspy, w której te same ideały zostały przełożone na opowieść o ukrytym bractwie i jego świeckim przywódcy.
Ta druga warstwa jest jednak również cennym źródłem. Pokazuje, jak w XIV wieku pobożni świeccy wyobrażali sobie autorytet duchowy. Zaufanie do hierarchii zostało poważnie nadwątlone, a jednocześnie pragnienie prowadzenia przez kogoś, kto naprawdę zna Boga, pozostało silne. Fikcja Przyjaciela z Oberlandu odpowiadała na tę potrzebę. Jej bohater był świecki jak sami czytelnicy, niewykształcony jak większość z nich, a zarazem obdarzony mądrością, która przewyższała mądrość uczonych. Jego ukrycie w górach chroniło go natomiast przed wszelką weryfikacją. Nie przypadkiem też głos rzekomego przywódcy brzmi w listach najczęściej jak głos proroka zapowiadającego kary: wzywa do pokuty, zapowiada nieszczęścia, grozi gniewem Bożym nad zepsutym światem. W taki sposób przemawiała wtedy wyobraźnia wielu ludzi, którzy przeżyli zarazę i schizmy, i to właśnie czyni te teksty wiarygodnym świadectwem, choć nie tego, o czym chcą opowiadać.
Legenda o tajnym bractwie i jego niewidzialnym mistrzu miała zresztą długie życie także poza historią mistyki. Motyw ukrytych mędrców, którzy z oddalonego miejsca kierują duchowymi losami świata, odżywał w kolejnych stuleciach w różnych formach. Przypadek Przyjaciela z Oberlandu jest pod tym względem pouczający: pokazuje, jak łatwo pobożna alegoria może zostać wzięta za relację historyczną i jak wiele cierpliwej pracy filologicznej wymaga oddzielenie jednego od drugiego. Merswin, czy też jego sekretarz, nie stworzyli tajnego zakonu. Stworzyli opowieść, która przez pięćset lat uchodziła za prawdę, i która nadal, czytana jako opowieść, mówi coś istotnego o tęsknotach swojej epoki.
