Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Okultyzm nowoczesny

Jan Stachniuk i Zadruga

Jan Stachniuk stworzył świecką, filozoficzną odmianę polskiego neopogaństwa, w której kult dawnych bogów ustąpił miejsca idei „wspólnoty kultury twórczej”, i właśnie ta niereligijna w gruncie rzeczy konstrukcja stała się później punktem odniesienia dla rodzimowierstwa szukającego intelektualnych przodków.

Jan Stachniuk, twórca Zadrugi, fotografia sprzed 1963 – domena publiczna
Jan Stachniuk, twórca Zadrugi, fotografia sprzed 1963 – domena publiczna · Wikimedia Commons

Ekonomista z Wołynia

Jan Stachniuk (1905–1963) urodził się na Wołyniu, studiował ekonomię w Poznaniu, a w latach trzydziestych utrzymywał się z pracy urzędniczej, pisząc w wolnym czasie. Nic w tym życiorysie nie zapowiadało twórcy ruchu, który do dziś wywołuje spory o polską tożsamość. Pierwsze jego publikacje dotyczyły zresztą zagadnień gospodarczych i społecznych: w książkach z pierwszej połowy dekady, takich jak Kolektywizm a naród (1933) czy Heroiczna wspólnota narodu (1935), zastanawiał się, jak zmobilizować energię narodową w epoce kryzysu, i polemizował zarówno z liberalizmem, jak i z ówczesnym ruchem narodowym.

Z tych rozważań wyrosło pytanie, które miało zdominować całe jego dalsze życie: dlaczego Polska, kraj o wielkim potencjale, tak długo pozostawała w historii przedmiotem, a nie podmiotem, i dlaczego jej kultura wydawała mu się pozbawiona twórczej siły? Odpowiedź, którą Stachniuk sformułował, była radykalna i dla większości współczesnych gorsząca. Przyczyną słabości nie były, jego zdaniem, ani położenie geograficzne, ani wady ustrojowe, lecz przyjęty przed tysiącem lat światopogląd, który kazał szukać sensu poza światem, zamiast przetwarzać świat.

Zadruga jako pismo i środowisko

W 1937 roku Stachniuk zaczął wydawać miesięcznik Zadruga, którego tytuł nawiązywał do południowosłowiańskiej nazwy wielkiej rodziny, wspólnie gospodarującej i dzielącej los. Nazwa była programowa: wspólnota, a nie jednostka, miała być podmiotem dziejów. Pismo ukazywało się do wybuchu wojny w 1939 roku i skupiło wokół siebie niewielkie, lecz wyraziste grono współpracowników, wśród których byli publicyści, poeci, plastycy i ludzie szukający nowej formuły polskości. Czytelnicy nazywali się zadrużanami, a samo środowisko szybko zyskało opinię jednego z najbardziej oryginalnych i kontrowersyjnych ugrupowań ideowych dwudziestolecia.

Zadruga nie była organem religijnym. Nie publikowała modlitw do Peruna ani opisów rytuałów, nie zakładała świątyń i nie domagała się uznania jako wyznanie. Jej przedmiotem była kultura w szerokim, niemal antropologicznym sensie: sposób, w jaki wspólnota nadaje kształt światu i samej sobie. Słowiańskie bóstwa i obrzędy pojawiały się na jej łamach raczej jako symbole utraconej pełni niż jako przedmiot czci. Zbiorowym bohaterem tej publicystyki był naród, ale naród rozumiany dynamicznie: nie jako wspólnota krwi czy tradycji, lecz jako wspólnota zadania. Zadrużanie spierali się z obozem narodowym, który łączył polskość z katolicyzmem, i z sanacją, którą oskarżali o brak wizji. Ta podwójna opozycja skazywała ich na izolację, ale zarazem nadawała ich głosowi wyrazistość.

Różnica między symbolem a kultem jest kluczowa dla zrozumienia, dlaczego Stachniuka można nazywać neopoganinem tylko w szczególnym, filozoficznym sensie tego słowa.

Na łamach pisma ważne miejsce zajmowała sztuka. Zadrużanie wierzyli, że nowa wspólnota potrzebuje nowych form wyrazu, i chętnie publikowali grafiki, wiersze i manifesty artystyczne. Kultura miała być nie tylko przedmiotem refleksji, lecz także praktyką, w której idea przybiera kształt widzialny.

Dzieje bez dziejów

Główne dzieło przedwojenne Stachniuka, Dzieje bez dziejów, ukazało się w 1939 roku, tuż przed wybuchem wojny. Tytuł streszcza tezę: historia Polski od chrztu w 966 roku jest w jego ujęciu historią pozorną, ciągiem zdarzeń, w których naród nie realizował własnych możliwości, lecz poddawał się obcemu wzorcowi. Tym wzorcem był katolicyzm, a ściślej – postawa duchowa, którą Stachniuk nazywał ewazją, czyli ucieczką od świata. Człowiek ewazyjny szuka zbawienia poza historią, ceni pokorę wyżej niż twórczość, a doczesność traktuje jako miejsce próby, nie jako materiał do przetworzenia.

Przeciwieństwem ewazji jest w tej konstrukcji kultura twórcza: postawa, w której wspólnota przekształca przyrodę, tworzy instytucje, technikę i sztukę, i w ten sposób realizuje swoje człowieczeństwo. Przedchrześcijańska Słowiańszczyzna miała być, w optyce Stachniuka, nosicielką zalążków takiej postawy, przerwanej przez narzucenie obcej religii. Autor nie twierdził przy tym, że dawni Słowianie osiągnęli kulturę twórczą w pełni; widział w nich raczej możliwość, która nie zdążyła się rozwinąć.

Historycy od początku zarzucali tej wizji jednostronność. Stachniuk interpretował całe tysiąclecie przez jedną kategorię, pomijając złożoność dziejów, różnorodność polskiego katolicyzmu i liczne przykłady twórczości kulturalnej, której nie sposób sprowadzić do ucieczki od świata. Jego konstrukcja była jednak przede wszystkim historiozofią, a nie historią: próbą odczytania sensu dziejów, a nie ich rekonstrukcją. W tym sensie należy do tej samej rodziny co wielkie syntezy romantyczne i mesjanistyczne, choć wnioski miała przeciwne.

Człowieczeństwo i kultura

Wojna przerwała wydawanie pisma, ale nie pracę teoretyczną. Stachniuk i jego współpracownicy działali w konspiracji, a on sam wziął udział w powstaniu warszawskim, w którym został ranny. Po wojnie, w krótkim okresie względnej swobody wydawniczej, ukazało się jego najbardziej systematyczne dzieło, Człowieczeństwo i kultura (1946). Książka rozwija tezy z lat trzydziestych, ale nadaje im postać ogólnej teorii kultury.

Między dwiema książkami leży okres okupacji, w którym powstał między innymi szkic Zagadnienie totalizmu (1943), rozpowszechniany w obiegu konspiracyjnym. Słowo „totalizm” brzmi dziś złowrogo, lecz Stachniuk nie miał na myśli państwa totalitarnego, które zresztą krytykował zarówno w wersji niemieckiej, jak i sowieckiej. Chodziło mu o całościową przemianę życia zbiorowego, w której gospodarka, wychowanie, sztuka i polityka podporządkowane są jednemu celowi: twórczemu przetwarzaniu świata. Wojenna katastrofa utwierdziła go w przekonaniu, że dawne formy polskości wyczerpały się ostatecznie i że po wojnie trzeba będzie budować od fundamentów.

Kluczowe jest w niej pojęcie człowieczeństwa jako czegoś, co nie jest dane, lecz zadane. Człowiek staje się człowiekiem w miarę, jak uczestniczy w przetwarzaniu świata, a uczestnictwo to dokonuje się zawsze we wspólnocie. Kultura nie jest więc ozdobą życia ani zbiorem dóbr, lecz samym procesem stawania się człowieka. Wspólnota kultury twórczej to taka, która ten proces świadomie podejmuje i uznaje za swój najwyższy cel. Stachniuk przeciwstawiał ją zarówno indywidualizmowi liberalnemu, jak i kolektywizmowi, który tłumi twórczość w imię mechanicznej równości.

W tej koncepcji nie ma miejsca na bogów w sensie religijnym. Sacrum, jeśli w ogóle się pojawia, jest sacrum samej twórczości, mocy człowieka zdolnego przekształcać rzeczywistość. Dlatego właśnie określenie „świecka filozofia neopogańska” wydaje się trafniejsze niż „religia”. Stachniuk był pogański w tym, że odrzucał chrześcijański model zbawienia, i neopogański w tym, że szukał inspiracji w przedchrześcijańskiej przeszłości, ale jego myśl pozostaje w gruncie rzeczy filozofią kultury o wyraźnie nowoczesnym, nawet technokratycznym zabarwieniu.

Więzienie i krąg Wacyka

Nowe władze szybko uznały zadrużan za element podejrzany. W 1949 roku Stachniuk został aresztowany, a w śledztwie i więzieniu przeszedł ciężkie doświadczenia, które odbiły się na jego zdrowiu. Na wolność wyszedł w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, lecz nie mógł już publikować w dawnym zakresie ani odbudować środowiska. Zmarł w 1963 roku w Warszawie, pozostawiając dorobek, który oficjalnie nie istniał, a w praktyce krążył w niewielkim gronie wtajemniczonych.

Ciągłość myśli zadrużnej zapewnił przede wszystkim Antoni Wacyk, przedwojenny współpracownik Stachniuka. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych skupiał wokół siebie grupę ludzi zainteresowanych tą tradycją, prowadził rozmowy, przechowywał i udostępniał teksty, a w sprzyjających okolicznościach doprowadzał do publikacji opracowań. Krąg Wacyka nie był organizacją w formalnym sensie, lecz środowiskiem przyjaciół i uczniów, w którym idee Stachniuka były omawiane, interpretowane i przekazywane dalej. Bez tej cierpliwej pracy pamięć o Zadrudze mogłaby całkowicie wygasnąć.

Wacyk wnosił do tej tradycji własne akcenty. Bardziej niż Stachniuk interesował się dziejami Słowian i symboliką przedchrześcijańską, co sprawiało, że krąg zadrużny stawał się bardziej otwarty na tematy, które później podjęli rodzimowiercy. Granica między filozofią kultury a religijną rekonstrukcją zaczęła się zacierać, choć sam Wacyk, podobnie jak jego mistrz, nie był kapłanem ani założycielem kultu.

Dziedzictwo sporne

Po 1989 roku środowiska rodzimowiercze, szukające intelektualnych przodków, chętnie sięgnęły po spuściznę Stachniuka. Część z nich uznała go za patrona, wydała ponownie jego książki i opracowania, a nazwa Zadrugi pojawiła się w nazwach i deklaracjach nowych grup. Ta recepcja ma jednak charakter paradoksalny. Ruch religijny, który przywraca obrzędy, święta i kult bogów słowiańskich, odwołuje się do myśliciela, który sam takich obrzędów nie praktykował i który w religii widział raczej problem niż rozwiązanie.

Paradoks ten można tłumaczyć na kilka sposobów. Po pierwsze, Stachniuk był jedynym polskim myślicielem, który stworzył obszerną, spójną i antychrześcijańską wizję polskości odwołującą się do przedchrześcijańskiej przeszłości, więc dla rodzimowierców był naturalnym punktem oparcia. Po drugie, jego pojęcie kultury twórczej dawało się interpretować jako opis duchowej postawy, którą rytuał może wyrażać i podtrzymywać. Po trzecie, legenda prześladowanego myśliciela, którego dzieło przetrwało w podziemiu, sama w sobie przyciągała tych, którzy czuli się wyobcowani z dominującej kultury katolickiej.

Ocena Stachniuka pozostaje sporna także z innych powodów. Jego radykalny nacjonalizm, krytyka chrześcijaństwa i skłonność do myślenia w kategoriach totalnej przemiany narodu każą widzieć w nim postać typową dla niespokojnych lat trzydziestych, kiedy wielu intelektualistów w całej Europie szukało wyjścia z kryzysu w wielkich ideologiach. Jednocześnie jego teoria kultury jako procesu stawania się człowieka zawiera myśli, które mogą zainteresować także czytelnika niezwiązanego z neopogaństwem. Historyk idei powinien widzieć oba te oblicza i nie redukować Stachniuka ani do patrona ruchu religijnego, ani do ideologa skrajnej prawicy.

Najciekawsze w jego przypadku jest może to, że pokazuje, jak w nowoczesności rodzą się nowe formy religijności: nie zawsze z objawienia czy tradycji, lecz czasem z filozofii, która dopiero w rękach następców nabiera charakteru wiary. Zadruga była projektem intelektualnym, który przetrwał swojego twórcę dzięki ludziom, którzy nadali mu inny sens. Ta przemiana jest być może najważniejszym, choć niezamierzonym, dziełem Stachniuka.