Paschal Beverly Randolph i magia woli oraz miłości
Paschal Beverly Randolph, czarnoskóry samouk z Nowego Jorku, przekształcił doświadczenie medium w program aktywnej woli, a miłość małżeńską w sakrament o mocy magicznej, i to właśnie jego etyka uczucia, a nie późniejsza legenda „magii seksualnej”, stanowi najoryginalniejszy wkład, jaki wniósł do zachodniego okultyzmu.

Dziecko nowojorskiej nędzy
Randolph urodził się 8 października 1825 roku w Nowym Jorku. Jego matka, Flora Beverly, była kobietą o mieszanym pochodzeniu, ojciec, z którym syn nie utrzymywał właściwie kontaktu, miał według rodzinnej tradycji należeć do wirginijskiego rodu Randolphów. Matka zmarła, gdy chłopiec był jeszcze dzieckiem, a dorastał w nędzy dolnego Manhattanu, bez regularnej szkoły. Jako nastolatek pływał na statkach, potem pracował jako fryzjer i uczył się sam, z zachłannością, którą później wspominał z dumą i goryczą. Swoje pochodzenie przedstawiał różnie, raz akcentując przodków indiańskich, kiedy indziej odrzucając etykietę, jaką Ameryka narzucała ludziom jego koloru skóry.
To doświadczenie wykluczenia jest kluczem do jego późniejszej nauki. Randolph był w XIX-wiecznych Stanach Zjednoczonych człowiekiem podwójnie podejrzanym: jako osoba o afrykańskich korzeniach i jako wędrowny wizjoner. Jego obsesyjne zainteresowanie wolą, godnością i zdolnością człowieka do samostanowienia nie było abstrakcyjną spekulacją, lecz odpowiedzią na świat, który odmawiał mu tych przymiotów. Kiedy w czasie wojny secesyjnej uczył wyzwolonych niewolników w Nowym Orleanie, a w 1865 roku, według własnej relacji, został usunięty z pociągu wiozącego ciało Abrahama Lincolna z powodu koloru skóry, dotykał tych samych spraw, o których pisał w traktatach o duszy.
Medium, które zbuntowało się przeciw transom
W latach pięćdziesiątych XIX wieku Randolph zdobył rozgłos jako medium transowe i mówca spirytystyczny. Występował na zgromadzeniach, przekazywał przemowy rzekomo dyktowane przez zmarłych i należał do szerokiego, rozproszonego ruchu, który po wydarzeniach w Hydesville szybko ogarnął północne stany. Odbył też podróże do Europy, a na początku lat sześćdziesiątych na Bliski Wschód, do Egiptu, Syrii i Turcji; z tych wypraw wywodził później swoje rzekome wtajemniczenia, między innymi kontakty z nusajrytami, od których nazwy utworzył tytuł The Ansairetic Mystery. Historycy, z Johnem Patrickiem Deveneyem na czele, traktują te opowieści ostrożnie: same podróże są poświadczone, ich inicjacyjny charakter znany jest wyłącznie z jego słów.
Już pod koniec lat pięćdziesiątych Randolph publicznie odwrócił się od mediumizmu. Zarzucał mu, że czyni człowieka biernym naczyniem, wystawionym na działanie sił, których nie rozumie i nad którymi nie panuje, i że niszczy zdrowie psychiczne i fizyczne medium. Ten zwrot jest ważniejszy niż jego późniejsze tytuły różokrzyżowe. Oznacza przejście od duchowości przyjmowania do duchowości działania: zamiast pozwalać, by przez człowieka mówiły duchy, trzeba nauczyć go, by sam patrzył, chciał i tworzył. W Dealings with the Dead z lat 1861–1862 i w powieści Ravalette: The Rosicrucian's Story z 1863 roku ten nowy program przybiera kostium różokrzyżowy, z mistrzami, eliksirami i tajnymi bractwami, ale jego jądro pozostaje psychologiczne.
Sam Randolph wiedział zresztą, jak wiele w tym kostiumie jest jego własnej inwencji. W często przytaczanym wyznaniu przyznawał, że niemal wszystko, co podawał jako naukę różokrzyżową, zrodziło się w jego własnej duszy, a z cudzych źródeł zaczerpnął niewiele zasadniczych prawd. To zdanie bywa czytane jako przyznanie się do mistyfikacji, ale można je też rozumieć inaczej: jako deklarację, że różokrzyżowość jest dla niego nazwą pewnego rodzaju poznania, osiąganego przez samodzielne wejrzenie, a nie przez dziedziczenie tekstów. Taka interpretacja zgadza się z resztą jego pism, w których autorytet tradycji jest zawsze podporządkowany autorytetowi przeżycia. Nie zmienia to faktu, że jego czytelnicy, a później organizacje powołujące się na jego imię, często brali kostium za historię i szukali w nim ciągłości, której sam autor nie twierdził w sposób konsekwentny.
Zwierciadło, haszysz i cztery prawa woli
Narzędziem nowego jasnowidzenia stało się dla Randolpha magiczne lustro. W Seership! The Magnetic Mirror z około 1870 roku opisał wytwarzanie i używanie czarnych, wklęsłych zwierciadeł, w które adept wpatruje się, aż w jego polu widzenia pojawią się obrazy. Jasnowidzenie nie było tu darem spadającym z zewnątrz, lecz zdolnością, którą da się ćwiczyć jak każdą inną. Podobną funkcję przypisywał haszyszowi, który zalecał w małych dawkach jako środek otwierający widzenie i który sam sprzedawał w postaci przygotowanych preparatów. Ten wątek, łatwy do przemilczenia przez późniejszych apologetów, należy do pełnego obrazu: Randolph był wytwórcą i handlarzem specyfików, a jego broszury bywały zarazem traktatami i reklamami.
Teoria woli, którą rozwijał w tych pismach i która w uporządkowanej formie dotrwała do pośmiertnych kompilacji, opiera się na czterech zasadach o dziwacznych, wymyślonych przez niego nazwach. Volantia to spokojne, pozbawione napięcia skupienie, w którym wola nie szarpie się, lecz trwa. Decretism to zdolność wydania wewnętrznego rozkazu, postanowienia przyjętego bez wahań. Posism to postawa przyjmowania, w której człowiek otwiera się na wpływ, któremu chce się poddać. Tirauclairism wreszcie to jasne wyobrażenie celu, utrzymywane z taką wyrazistością, że staje się niemal widzialne. Razem tworzą coś w rodzaju psychotechniki, która zapowiada późniejsze nauki o wizualizacji i afirmacji, ale u Randolpha pozostaje osadzona w języku magnetyzmu, płynów i sił.
Miłość jako sakrament i jako technika
Najsłynniejszy, a zarazem najczęściej zniekształcany wątek jego nauki dotyczy seksualności. W książkach Love and Its Hidden History z 1869 roku i Eulis! The History of Love z 1874 roku Randolph twierdził, że zjednoczenie kochanków jest chwilą największej mocy, jaką zna ludzka dusza, i że w tym momencie modlitwa, pragnienie lub wola wypowiedziane przez oboje partnerów zyskują szczególną siłę. Warunkiem była wzajemność: rozkosz obu stron, a szczególnie kobiety, miała być niezbędna, a zjednoczenie bez miłości uważał za szkodliwe dla ciała i duszy. Zwalczał praktyki samotne, które uważał za zabójcze dla siły życiowej, i podporządkowywał całą tę naukę idei odnowionego małżeństwa.
Ten kontekst zmienia sens słowa „magia”. Dla Randolpha seksualność nie była przede wszystkim narzędziem do osiągania celów zewnętrznych, choć takie cele dopuszczał, lecz źródłem zdrowia, harmonii między małżonkami i duchowego wzrostu. Jego uczucie religijne miało wyraźnie chrześcijański odcień, a erotyka była w nim drogą do Boga, nie buntem przeciw niemu. Współcześni widzieli w tym przede wszystkim skandal.
Trzeba przy tym pamiętać o tle epoki. Amerykańskie lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte XIX wieku przyniosły gorący spór o małżeństwo, rozwód i prawa kobiet, w którym część spirytystów głosiła „wolną miłość”, rozumianą jako prawo do zerwania związku bez miłości; historię Victorii Woodhull omawia osobny esej. Randolph bywał wrzucany do jednego worka z tym ruchem, choć sam występował raczej jako reformator małżeństwa niż jego przeciwnik. Jego program był w gruncie rzeczy konserwatywny w celach i radykalny w środkach: chciał trwałych, wiernych związków, ale uważał, że do ich ocalenia potrzebna jest otwarta wiedza o ciele i rozkoszy, której ówczesna obyczajowość odmawiała zwłaszcza kobietom. W 1872 roku Randolph został w Bostonie aresztowany i oskarżony o rozpowszechnianie nieobyczajnych pism, a choć wyszedł z procesu bez wyroku skazującego, sprawa na długo naznaczyła jego reputację.
Bractwo Eulis i spór o dziedzictwo
Randolph tworzył też organizacje, a raczej ich szkice. Od końca lat pięćdziesiątych mówił o Fraternitas Rosae Crucis, w latach siedemdziesiątych powołał Bractwo Eulis, z ośrodkiem przez pewien czas w Tennessee, przeznaczone dla wąskiego grona uczniów, którym przekazywał ustnie i w rękopisach najbardziej poufne nauki. Ciągłość tych struktur jest wątpliwa. Twierdzenia późniejszych przywódców amerykańskiego Fraternitas Rosae Crucis, przede wszystkim Reubena Swinburne'a Clymera, o nieprzerwanej sukcesji od Randolpha opierają się na materiałach, których historycy nie uznają za wystarczające.
Prawdziwe dziedzictwo biegło inną drogą. Jego nauki o lustrach i o seksualności przejęło Hermetyczne Bractwo Luksoru, któremu poświęcono w tej bibliotece osobny esej, a stamtąd, przez sieć europejskich lóż przełomu wieków, przeszły do środowisk, które stworzyły później okultyzm seksualny XX wieku. Najbardziej znanym ogniwem tej recepcji jest Magia Sexualis, wydana w Paryżu w 1931 roku w przekładzie Marii de Naglowskiej: książka zbudowana z tekstów Randolpha, ale skompilowana i zredagowana tak, że nie można jej traktować jako jego dzieła w ścisłym sensie. Historyk musi tu odróżnić Randolpha z XIX-wiecznych broszur od Randolpha z legendy, któremu przypisuje się wszystko, co po nim nastąpiło.
Śmierć w Toledo
Ostatnie lata przyniosły nędzę, choroby i coraz głębsze stany przygnębienia. Randolph zmarł 29 lipca 1875 roku w Toledo w stanie Ohio od strzału z broni palnej. Ówczesne relacje i większość badaczy przyjmują, że było to samobójstwo; krążyły też opowieści o wypadku i o zabójstwie, dla których brak solidnych podstaw. Zostawił po sobie kilkadziesiąt książek i broszur, w tym spekulatywne Pre-Adamite Man z 1863 roku o istnieniu ludzkości przed Adamem i After Death z 1868 roku, opisujące losy duszy po śmierci. Pierwsza z tych książek, wydana pod pseudonimem Griffin Lee, wpisywała się w gorącą wówczas debatę o wieku i jedności rodzaju ludzkiego; Randolph dowodził w niej starożytności ludzkości o wiele większej niż biblijna chronologia, co w epoce sporów o niewolnictwo, w których argument z jedności lub wielości pochodzenia ludzi służył obu stronom, miało nieuchronnie wymiar polityczny. Druga należy do jego najbardziej wpływowych prac spirytualistycznych i pokazuje, że nawet po zerwaniu z mediumizmem nie przestał zajmować się życiem pozagrobowym, tyle że opisywał je już językiem własnej, a nie cudzej wizji.
Jego miejsce w historii okultyzmu jest dziś lepiej rozumiane niż kiedykolwiek, przede wszystkim dzięki monografii Deveneya z 1997 roku. Wyłania się z niej postać pełna sprzeczności: handlarz specyfików i moralista, obrońca małżeństwa oskarżany o rozwiązłość, wróg mediumizmu, który sam latami był medium. Najtrwalsze w jego dorobku okazało się jednak przekonanie, że człowiek nie jest biernym instrumentem sił duchowych, lecz istotą zdolną do świadomego chcenia i świadomej miłości. W ustach człowieka, któremu jego kraj odmawiał pełni człowieczeństwa, brzmiało to jak program wyzwolenia, a nie tylko jak przepis magiczny.
