Rudolf von Sebottendorf i Towarzystwo Thule
Towarzystwo Thule, założone w Monachium w 1918 roku przez Rudolfa von Sebottendorfa, było przede wszystkim nacjonalistycznym stowarzyszeniem ruchu völkisch z okultystyczną oprawą, a jego późniejsza sława tajnego ośrodka władzy nad nazizmem wyrosła głównie z autopromocji założyciela i powojennych legend.

Inżynier z Hoyerswerdy i jego tureckie lata
Człowiek, który przeszedł do historii jako baron Rudolf von Sebottendorf, urodził się w 1875 roku w Hoyerswerdzie na Łużycach jako Adam Alfred Rudolf Glauer, syn maszynisty kolejowego. Jego biografia, w dużej mierze znana z relacji, które sam spisał po latach, jest pełna luk i upiększeń. Pewne jest, że jako młody człowiek wyjechał z Niemiec, pracował jako technik i marynarz, a na przełomie stuleci osiadł w Imperium Osmańskim. Tam, według jego własnej wersji, zetknął się w Bursie z rodziną Termudi, greckimi Żydami z Salonik, którzy mieli łączyć przynależność do lóż wolnomularskich z zainteresowaniem alchemią, kabałą i różokrzyżowymi tekstami. Od nich miał otrzymać pierwsze wtajemniczenie.
W 1911 roku Glauer przyjął obywatelstwo tureckie, a mniej więcej w tym samym czasie został adoptowany przez osiadłego w Turcji barona Heinricha von Sebottendorfa; adopcję, której ważność budziła wątpliwości, potwierdzono później w Niemczech. Odtąd posługiwał się arystokratycznym nazwiskiem i tytułem. Podczas wojen bałkańskich przebywał po stronie tureckiej, a w 1913 roku wrócił do Niemiec jako zamożny człowiek o niejasnym źródle majątku.
Tureckie doświadczenia Sebottendorf opisał w książce Die Praxis der alten türkischen Freimaurerei (1924). Przedstawia w niej ćwiczenia, które uważał za dziedzictwo derwiszów i sufich, przede wszystkim powtarzanie liter i układanie dłoni w znaki odpowiadające literom alfabetu, połączone z koncentracją i pracą z oddechem. Całość interpretował w języku alchemii jako przemianę człowieka w „kamień” doskonałości. Badacze zwracają uwagę, że jest to konstrukcja synkretyczna: sufickie praktyki zikru, bektaszycka symbolika, europejska tradycja różokrzyżowa i spekulacje o literach zlewają się tu w jedną całość, której nie da się utożsamić z żadnym konkretnym zakonem islamskim. Ta książka – a także na poły autobiograficzna powieść Der Talisman des Rosenkreuzers (1925) – pokazuje, że Sebottendorf rzeczywiście żywił długotrwałe zainteresowania duchowe. Nie ma w nich jednak niczego, co wiązałoby się z rasowym mistycyzmem, który kilka lat wcześniej uczynił swoim narzędziem politycznym.
Od Zakonu Germanów do monachijskiej loży
Po powrocie do Niemiec Sebottendorf trafił do środowisk antysemickich i pangermańskich. W 1916 roku nawiązał kontakt z Germanenorden, tajnym związkiem założonym w 1912 roku jako swoista antysemicka loża, wzorowana organizacyjnie na wolnomularstwie, choć wrogo do niego nastawiona. Po rozłamie w zakonie związał się z frakcją Hermanna Pohla, zwaną Germanenorden Walvater, i otrzymał zadanie odbudowania jej struktur w Bawarii. Wniósł do tej pracy przede wszystkim pieniądze i talent organizacyjny. Werbował członków przez ogłoszenia prasowe, wydawał biuletyny, a nowym adeptom kazał wypełniać ankiety dotyczące „czystości” pochodzenia.
W 1918 roku bawarska gałąź zakonu przyjęła nazwę Thule-Gesellschaft. Nazwa odwoływała się do legendarnej wyspy na dalekiej północy, wzmiankowanej przez starożytnych geografów, którą germańscy nacjonaliści uczynili mityczną praojczyzną. Wybór szyldu miał też powód praktyczny: niewinnie brzmiące „towarzystwo badań nad starożytnością germańską” nie zwracało uwagi władz, zwłaszcza w miesiącach wojennego rozpadu i rewolucji. Spotkania odbywały się w eleganckim hotelu Vier Jahreszeiten, a godłem stowarzyszenia była swastyka nałożona na miecz w wieńcu. Członkami byli urzędnicy, prawnicy, oficerowie, lekarze, przemysłowcy i arystokraci; podawane liczby – kilkuset członków w samym Monachium i wyraźnie więcej w całej Bawarii – opierają się jednak w dużej mierze na relacji samego Sebottendorfa.
Okultystyczna warstwa Thule była rzeczywista, ale cienka. Obejmowała odczyty o runach, germańskiej mitologii i astrologii, rytuał przyjęcia przejęty z Germanenorden oraz symbolikę, w której rasowy mistycyzm spotykał się z elementami wolnomularskimi. Nie ma jednak świadectw, by w Thule prowadzono systematyczną pracę magiczną, rozwijano doktrynę inicjacyjną czy kształcono adeptów w sensie, w jakim robiły to angielskie zakony ceremonialne tego okresu. Ideologicznym rdzeniem stowarzyszenia była polityka: antysemityzm, antykomunizm, sprzeciw wobec republiki i marzenie o odrodzonej Rzeszy.
Rewolucja, kontrrewolucja i gazeta
Prawdziwe znaczenie Thule ujawniło się w chaosie bawarskiej rewolucji. Po obaleniu monarchii Wittelsbachów w listopadzie 1918 roku stowarzyszenie stało się ośrodkiem konspiracji przeciw rządom lewicy: gromadzono broń, wydawano fałszywe dokumenty, kontaktowano się z oddziałami ochotniczymi. W 1918 roku Sebottendorf kupił też lokalną gazetę „Münchener Beobachter”, przekształconą następnie w „Völkischer Beobachter”, która w 1920 roku przeszła w ręce NSDAP i stała się jej głównym organem prasowym. Ten fakt jest jednym z najbardziej konkretnych ogniw między Thule a późniejszym ruchem nazistowskim.
Wiosną 1919 roku, w czasie Bawarskiej Republiki Rad, czerwoni zajęli lokal stowarzyszenia i aresztowali kilku jego członków. Pod koniec kwietnia w gimnazjum Luitpolda rozstrzelano grupę zakładników, wśród których było siedmioro członków Thule, między innymi hrabina Hella von Westarp i książę Gustaw z rodu Thurn und Taxis. Egzekucja wywołała wstrząs w mieście i stała się propagandowym argumentem prawicy. Sebottendorfa obwiniano w samym stowarzyszeniu za nieostrożność, która umożliwiła przejęcie list członków, i jeszcze w 1919 roku musiał wycofać się z kierowania Thule.
Drugim ogniwem jest Deutsche Arbeiterpartei, założona w styczniu 1919 roku przez Antona Drexlera i Karla Harrera. Harrer był związany z Thule, która pragnęła trafić ze swoim programem do robotników, mało obecnych w eleganckim towarzystwie z Vier Jahreszeiten. Do tej partii jesienią 1919 roku wstąpił Adolf Hitler, a w następnym roku przemianowano ją na NSDAP. Wśród osób przewijających się przez otoczenie Thule wymienia się również Rudolfa Hessa, Alfreda Rosenberga i Dietricha Eckarta, choć ich formalna przynależność jest w kilku przypadkach niepewna lub sprowadzała się do udziału w spotkaniach jako goście. Hitler, co trzeba podkreślić, członkiem Thule nie był, a samo stowarzyszenie, zredukowane do kółka dyskusyjnego, zniknęło ze sceny w połowie lat dwudziestych.
Książka, która miała napisać historię na nowo
Sebottendorf spędził kolejne lata w Szwajcarii i Turcji, zajmował się astrologią i redagował pismo astrologiczne.
Ten okres jego życia bywa pomijany, a jest dla zrozumienia postaci pouczający. W latach dwudziestych Sebottendorf był przede wszystkim popularyzatorem astrologii: kierował redakcją „Astrologische Rundschau”, pisał podręczniki dla amatorów i uczestniczył w ożywionym wówczas niemieckim ruchu astrologicznym, który próbował nadać swojej dziedzinie pozór nauki empirycznej. Teksty z tego czasu nie są manifestami politycznymi, lecz praktycznymi poradnikami o horoskopach, tranzytach i interpretacji planet. Dopiero zmiana sytuacji w 1933 roku skłoniła go do przypomnienia o swojej roli w monachijskich wydarzeniach sprzed czternastu lat i do próby zdyskontowania jej w nowej rzeczywistości. Wrócił do Niemiec po przejęciu władzy przez nazistów i w 1933 roku wydał książkę Bevor Hitler kam, opatrzoną podtytułem obiecującym dokumenty z wczesnego okresu ruchu. Jej teza była prosta i dla autora korzystna: to Thule przygotowała grunt pod nazizm, a Hitler przyszedł na pole już zaorane. Książka zawierała listy członków, opisy działań konspiracyjnych i deklaracje ideowe, pisane z wyraźną intencją zapewnienia sobie miejsca wśród ojców założycieli nowego państwa.
Reakcja władz była odwrotna do oczekiwań. Reżim, który budował mit Hitlera jako jedynego twórcy ruchu, nie potrzebował zapomnianego barona z tureckim paszportem, ogłaszającego się jego poprzednikiem. Książkę skonfiskowano, Sebottendorf został na krótko zatrzymany i wkrótce ponownie wyjechał do Turcji. W czasie wojny pracował w Stambule dla niemieckiego wywiadu. Zmarł w maju 1945 roku; jego ciało wyłowiono z Bosforu, a okoliczności śmierci, przedstawiane zwykle jako samobójstwo, nie zostały ostatecznie wyjaśnione.
Paradoks Bevor Hitler kam polega na tym, że książka odrzucona przez nazistów stała się po wojnie jednym z głównych źródeł legendy o okultystycznych korzeniach Trzeciej Rzeszy. Autor, który chciał przecenić swoje zasługi polityczne, dostarczył późniejszym fantastom materiału do przeceniania zasług okultystycznych. Każdy, kto korzysta z tej relacji, musi pamiętać, że jest to świadectwo zainteresowanej strony.
Krytyka źródeł i miejsce Thule w historii
Rzetelną historię stowarzyszenia zawdzięczamy przede wszystkim Nicholasowi Goodrickowi-Clarke'owi, którego The Occult Roots of Nazism (1985) pozostaje podstawowym opracowaniem tematu. Goodrick-Clarke odtworzył biografię Sebottendorfa, umieścił Thule w szerszym kontekście germańskich lóż i stowarzyszeń rasowych przełomu wieków oraz pokazał, gdzie kończą się źródła, a zaczyna dopowiadanie. Jego wniosek jest wyważony: Thule była jednym z wielu ugrupowań völkisch, ważnym jako miejsce kontaktów, wydawca gazety i zaczyn partii, ale nie była tajnym ośrodkiem kierującym Hitlerem ani szkołą magiczną, w której formowano przywódców Rzeszy. Do podobnych ustaleń doszli inni historycy pracujący na monachijskich archiwach, w tym Hermann Gilbhard w monografii z lat dziewięćdziesiątych.
Powojenna literatura popularna poszła w przeciwnym kierunku. Przypisywano Thule kontakty z tybetańskimi mistrzami, związki z wymyślonymi zakonami, wiedzę o tajemnych źródłach energii i rolę reżysera całej historii Niemiec między wojnami. Żadne z tych twierdzeń nie ma oparcia w dokumentach. Zachowane materiały samej Thule – sprawozdania, zaproszenia na odczyty, korespondencja i wspomnienia członków – przedstawiają obraz znacznie skromniejszy: mieszczańskie stowarzyszenie, które łączyło zebrania towarzyskie z konspiracją, a odczyty o germańskiej przeszłości z planowaniem zbrojnego oporu przeciw rewolucji. Im bliżej źródeł, tym mniej w tej historii tajemnicy, a więcej zwyczajnej polityki skrajnej prawicy. Mitologizacja ta mówi więcej o potrzebie powojennej wyobraźni, która w ezoteryce szukała klucza do zrozumienia zbrodni wymykającej się zwykłym kategoriom, niż o samym stowarzyszeniu.
Postać Sebottendorfa pozwala jednak dostrzec coś istotnego dla historii ezoteryki. Człowiek ten łączył w sobie dwie różne rzeczy: autentyczne, choć eklektyczne zainteresowanie sufizmem, alchemią i astrologią oraz zaangażowanie w ruch rasowy, któremu ezoteryczne symbole służyły za dekorację i narzędzie mobilizacji. Pierwsze nie wynikało z drugiego ani go nie warunkowało. Historyk idei powinien te nurty rozdzielać, zamiast pozwalać, by jeden rzucał światło lub cień na drugi. Thule pokazuje, jak łatwo symbolika tradycji ezoterycznych daje się zawłaszczyć polityce, i zarazem jak niewiele z tych tradycji pozostaje, gdy stają się kostiumem dla ideologii.
