Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Okultyzm nowoczesny

Władysław Kołodziej i Święty Krąg Czcicieli Światowida

Święty Krąg Czcicieli Światowida, założony przez Władysława Kołodzieja w 1921 roku, był pierwszą w odrodzonej Polsce próbą zorganizowania religii słowiańskiej jako legalnej wspólnoty wyznaniowej, korzystającej z gwarancji nowej konstytucji, a nie tylko jako literackiego marzenia romantyków czy prywatnej fantazji antykwariusza.

„Światowid ze Zbrucza”, rysunek z książki Joachima Lelewela „Narody na ziemiach słowiańskich przed powstaniem Polski”, 1853 – domena publiczna
„Światowid ze Zbrucza”, rysunek z książki Joachima Lelewela „Narody na ziemiach słowiańskich przed powstaniem Polski”, 1853 – domena publiczna · Wikimedia Commons

Bóg o czterech twarzach

Wybór patrona nie był przypadkowy. Światowid, ze swoim czterotwarzowym obliczem, był w polskiej wyobraźni XIX wieku najbardziej rozpoznawalnym bóstwem słowiańskim, choć jego historyczne podstawy są skromniejsze, niż sugerowała popularność. Najważniejsze świadectwo średniowieczne pochodzi od duńskiego kronikarza Saksona Gramatyka, który w Gesta Danorum opisał świątynię Świętowita w Arkonie na Rugii, posąg o czterech głowach, róg napełniany winem i wróżby z białego konia. Świątynia została zniszczona przez Duńczyków w 1168 roku, a opis Saksona, pisany z perspektywy zwycięzców, stał się dla późniejszych pokoleń głównym oknem na religię Słowian połabskich.

Drugim filarem wyobraźni był kamienny słup znaleziony w 1848 roku w rzece Zbrucz, na ówczesnym pograniczu galicyjsko-podolskim. Czworoboczny posąg z czterema obliczami pod wspólną czapą natychmiast nazwano Światowidem, i pod tą nazwą trafił do zbiorów krakowskich, gdzie znajduje się do dziś. Badacze spierają się o jego datowanie, funkcję i znaczenie, a utożsamienie z bóstwem z Arkony jest raczej konwencją niż ustaleniem. Dla polskiej kultury XIX wieku był jednak dowodem, że słowiańscy bogowie mieli swoje wizerunki i że coś z nich przetrwało w ziemi.

Romantycy, od Zoriana Dołęgi Chodakowskiego z jego rozprawą O Sławiańszczyźnie przed chrześcijaństwem (1818) po poetów i malarzy drugiej połowy stulecia, uczynili z Światowida symbol utraconej, rodzimej duchowości. Był to jednak symbol przede wszystkim estetyczny i patriotyczny, obecny w poezji, w nazwach czasopism i w dekoracjach, a nie przedmiot rzeczywistego kultu. Pomysł, by przywrócić mu ołtarz i czcicieli, wymagał innej epoki i innego rodzaju odwagi.

Założyciel o niepewnym życiorysie

O samym Władysławie Kołodzieju wiadomo niewiele, a znaczna część informacji pochodzi z przekazów środowiskowych, powtarzanych później przez rodzimowierców i nie zawsze możliwych do zweryfikowania w źródłach archiwalnych. Urodził się pod koniec XIX wieku, a w chwili zakładania Kręgu był młodym człowiekiem, który wyrastał w atmosferze odzyskanej niepodległości i romantycznej fascynacji przeszłością. Jego wykształcenie, zawód i dalsze losy bywają opisywane rozmaicie, co każe zachować ostrożność wobec szczegółów biograficznych.

Pewne wydaje się natomiast to, co najważniejsze dla historii religii: Kołodziej nie poprzestał na lekturze i marzeniu, lecz postanowił stworzyć wspólnotę o określonej strukturze, z zasadami, członkami i obrzędami. Był, mówiąc językiem współczesnej socjologii religii, przedsiębiorcą religijnym: kimś, kto z rozproszonych elementów kulturowych próbuje zbudować instytucję. To odróżnia go od wielu poprzedników, którzy pisali o słowiańskich bogach z nostalgią, lecz nie przekraczali granicy między literaturą a praktyką.

Brak pewnych danych nie powinien przy tym prowadzić do mitologizacji. W literaturze rodzimowierczej Kołodziej bywa przedstawiany jako patriarcha i męczennik idei, ale takie obrazy mówią więcej o potrzebach późniejszych pokoleń niż o nim samym. Historyk może jedynie stwierdzić, że był inicjatorem przedsięwzięcia skromnego w rozmiarach, lecz pionierskiego w zamyśle. Jego znaczenie nie polega na liczbie zwolenników ani na trwałości organizacji, lecz na samym fakcie przekroczenia progu: od chwili założenia Kręgu słowiańska religia nie była już w Polsce wyłącznie tematem rozpraw i wierszy, lecz także sprawą, którą można było zgłosić władzom i za którą trzeba było wziąć odpowiedzialność jako obywatel.

Konstytucja marcowa i prawo do nowego wyznania

Moment założenia Kręgu ma znaczenie, którego nie należy pomijać. W marcu 1921 roku Sejm Ustawodawczy uchwalił konstytucję, która w artykułach poświęconych wolności sumienia gwarantowała obywatelom swobodę wyznania i praktykowania religii, o ile nie narusza ona porządku publicznego i obyczajności. Jeden z tych artykułów przewidywał wprost, że uznanie nowego lub dotąd prawnie nieuznanego wyznania nie będzie odmówione związkom religijnym, których urządzenia, nauka i ustrój nie są przeciwne porządkowi publicznemu ani obyczajności publicznej.

Dla twórcy nowej wspólnoty religijnej był to zapis kuszący. W praktyce jednak droga od konstytucyjnej obietnicy do faktycznego uznania była długa i kręta. Status poszczególnych wyznań regulowały odrębne akty prawne, często odziedziczone po państwach zaborczych, a państwo polskie przez całe dwudziestolecie porządkowało ten obszar stopniowo, przede wszystkim w odniesieniu do dużych, historycznych Kościołów i związków. Małe, nowe wspólnoty znajdowały się w położeniu niejasnym: mogły działać, ale ich prawny status zależał od decyzji administracyjnych i od tego, czy udało się je zarejestrować w formie stowarzyszenia.

W takich warunkach Krąg przygotował statut, który określał jego cele, organizację i zasady członkostwa. Według dostępnych opisów statut przedstawiał wspólnotę jako związek osób czczących Światowida jako najwyższe bóstwo i pragnących pielęgnować rodzimą, słowiańską tradycję religijną. Dokument miał spełniać wymagania władz: musiał wykazywać, że wspólnota nie zagraża porządkowi publicznemu, że ma odpowiedzialne kierownictwo i że jej działalność mieści się w granicach prawa. Szczegóły procedury i jej wynik bywają przedstawiane w literaturze różnie, a pełna dokumentacja nie została, o ile wiadomo, opublikowana w krytycznym opracowaniu.

Język takiego statutu musiał godzić dwie lojalności. Wspólnota pragnęła odróżnić się od Kościoła katolickiego i zaznaczyć, że jej wiara jest dawniejsza od chrztu Polski, ale jednocześnie musiała przekonać urzędników, że nie jest ruchem wywrotowym. Najprostszym sposobem było podkreślenie patriotyzmu: kult rodzimych bogów przedstawiano jako służbę narodowi i jego najgłębszej przeszłości. W ten sposób religia słowiańska wchodziła w przestrzeń publiczną odrodzonego państwa pod sztandarem, który w dwudziestoleciu był powszechnie zrozumiały.

Obrzęd w czasach urzędu

Działalność Kręgu była niewielka, a jego członkowie nieliczni. Spotkania miały charakter obrzędowy i towarzyski zarazem: wspólne święta w rytmie roku przyrodniczego, czytanie tekstów o dawnej religii, rozmowy o przyszłości wspólnoty. Odtwarzano je na podstawie tego, co dało się wyczytać z kronik, z etnografii i z romantycznej literatury, a więc z materiału fragmentarycznego i nierzadko sprzecznego. Rekonstrukcja była z konieczności twórcza: tam, gdzie źródła milczały, wyobraźnia uzupełniała luki.

Szczególnie interesujące jest napięcie, w jakim działał Krąg. Z jednej strony chciał być powrotem do przedchrześcijańskiej, organicznej religii wspólnoty, z drugiej musiał przybrać formę nowoczesnego stowarzyszenia z zarządem, statutem i korespondencją z urzędem. Bogowie lasu i pól musieli się zmieścić w biurokratycznym formularzu. To napięcie nie było specyficznie polskie; podobnie działały w tym samym czasie ruchy neopogańskie w innych krajach Europy, od Niemiec po Skandynawię, które również szukały uznania w nowoczesnych ramach prawnych. Najbliższe analogie znajdowały się zresztą w sąsiedztwie: na Łotwie w połowie lat dwudziestych Ernests Brastiņš zapoczątkował ruch dievturība, odwołujący się do ludowej religii bałtyckiej, a na Litwie w latach trzydziestych powstały grupy nawiązujące do dawnej wiary przedchrześcijańskiej. We wszystkich tych przypadkach odrodzenie religii przodków szło w parze z budową tożsamości młodego państwa narodowego.

Warto zauważyć, jak wiele w takiej rekonstrukcji zależało od wzorców, przeciw którym się buntowano. Wspólnota z jednym najwyższym bóstwem, ze statutem przypominającym regulamin parafii czy bractwa, z kierownikiem pełniącym funkcje zbliżone do duszpasterskich, przypominała pod wieloma względami organizacje religijne znane członkom z własnego, chrześcijańskiego wychowania. Nie jest to zarzut, lecz prawidłowość: każda nowa religia, nawet ta, która chce zerwać z dominującą tradycją, buduje z materiałów, jakie ma pod ręką. Wizerunek czterotwarzowego boga, patrzącego we wszystkie strony świata, sprzyjał zresztą interpretacji uniwersalistycznej, w której Światowid stawał się raczej obrazem jednego, wszechobecnego bóstwa niż członkiem politeistycznego panteonu.

Społeczne otoczenie nie sprzyjało tej inicjatywie. W kraju, w którym katolicyzm był ściśle związany z tożsamością narodową, otwarte wyznawanie religii przedchrześcijańskiej mogło uchodzić za ekscentryczność, a nawet za prowokację. Prasa, jeśli w ogóle zwracała uwagę na Krąg, traktowała go zwykle jako ciekawostkę. Brak szerszego odzewu sprawił, że wspólnota pozostała zjawiskiem marginalnym, a wojna w 1939 roku zakończyła jej działalność.

Pamięć i dziedzictwo

Po drugiej wojnie światowej warunki dla rodzimowierstwa były w Polsce jeszcze trudniejsze niż przed nią. Władze PRL nie były przychylne nowym wyznaniom, zwłaszcza takim, które mogły się kojarzyć z nacjonalizmem. Pamięć o Kręgu przetrwała w rozproszeniu: w relacjach osób, które się z nim zetknęły, w wzmiankach w literaturze i w legendzie, którą podtrzymywali nieliczni pasjonaci. Dla historyka oznacza to, że wiedza o działalności wspólnoty jest skąpa i wymaga dalszych badań archiwalnych.

Gdy w maju 1989 roku uchwalono ustawę o gwarancjach wolności sumienia i wyznania, która otworzyła drogę do rejestracji kościołów i związków wyznaniowych, a zmiana ustroju nadała jej realne znaczenie, rodzimowierstwo polskie mogło po raz pierwszy działać w pełni legalnie. W 1995 roku do rejestru wpisano Rodzimy Kościół Polski, który w swojej tradycji odwołuje się do Kołodzieja i jego Kręgu jako poprzedników. Ta deklaracja ciągłości ma charakter przede wszystkim symboliczny: nie oznacza nieprzerwanego przekazu organizacyjnego ani obrzędowego, lecz wybór przodka, który nadaje współczesnej wspólnocie głębię historyczną.

Wybór ten jest zrozumiały. Kołodziej był pierwszym, który spróbował zrobić to, co współcześni rodzimowiercy robią na co dzień: przenieść słowiańską religię z kart książek do żywej praktyki i nadać jej formę prawnie uznanej wspólnoty. Jego przedsięwzięcie nie osiągnęło trwałego sukcesu, ale wyznaczyło kierunek. Pokazało, że neopogaństwo może być nie tylko romantycznym nastrojem, lecz także projektem instytucjonalnym, i że w nowoczesnym państwie religia, nawet ta, która chce być najdawniejsza, musi przejść przez urząd.

Najbardziej uderzające w historii Kręgu jest właśnie to spotkanie archaiki z nowoczesnością. Czciciele boga o czterech twarzach musieli sporządzać protokoły, wybierać zarząd i czekać na decyzję urzędnika. W tej scenie widać, jak bardzo każda rekonstrukcja dawnej religii jest dzieckiem swojej epoki: Krąg z 1921 roku był bardziej wytworem odrodzonego państwa, jego konstytucji i jego biurokracji niż Arkony czy Zbrucza. I być może właśnie dlatego jest tak cennym świadectwem tego, jak w dwudziestym wieku rodziły się nowe religie, które chciały być starymi.