Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Okultyzm nowoczesny

Mouni Sadhu i polska droga hermetyczna na emigracji

Mieczysław Sudowski, piszący po angielsku jako Mouni Sadhu, zbudował w podręcznikach wydawanych z Australii drabinę o dwóch szczeblach: hermetyczny trening woli i uwagi, wyniesiony z rosyjskiej szkoły tarota, miał prowadzić do ciszy, której doświadczył w aśramie Ramany Maharsziego.

Karta tytułowa „The Magus” Francisa Barretta, 1801
Karta tytułowa „The Magus” Francisa Barretta, 1801

Polak, który pisał dla angielskiego czytelnika

O życiu Mieczysława Demetriusza Sudowskiego wiadomo mniej, niż sugerowałaby popularność jego książek. Urodził się w 1897 roku na ziemiach polskich pod panowaniem rosyjskim, zmarł w styczniu 1971 roku w Melbourne. Pomiędzy tymi datami rozciąga się biografia znana głównie z jego własnych wtrąceń: młodość w kręgach zainteresowanych okultyzmem i mistyką chrześcijańską, wieloletnie studium tarota, doświadczenie wojny i powojennego wykorzenienia, wreszcie podróż do Indii i osiedlenie się w Australii. Rzetelnej, opartej na archiwach biografii brak, a szczegóły krążące w internecie, od rzekomych więzień po pobyty w Ameryce Południowej, należy traktować ostrożnie, dopóki nikt nie zestawi ich z dokumentami.

Pewne jest natomiast, że cały jego dorobek pisarski powstał po angielsku i ukazał się przede wszystkim nakładem londyńskiego wydawnictwa George Allen & Unwin. Polska jest w tych książkach obecna jako tło, nie jako adresat. To odróżnia Sudowskiego od emigrantów, którzy budowali instytucje diaspory, wydawali pisma i podtrzymywali język: jego emigracja była emigracją do anglojęzycznego obiegu duchowej literatury, w którym nazwisko zastąpił sanskryckim przydomkiem oznaczającym milczącego ascetę. Polscy czytelnicy poznali go na dobre dopiero dzięki przekładom z ostatnich dekad XX i początku XXI wieku, a więc w odwrotnym kierunku niż zwykle wędruje emigracyjna literatura.

Jeżeli więc mówić o „polskiej drodze hermetycznej” w jego przypadku, to w sensie genealogii, a nie programu. Sudowski wyrósł w środowisku, w którym okultyzm Europy Środkowo-Wschodniej mieszał francuski martynizm, rosyjską szkołę hermetyczną i silną pobożność chrześcijańską; polski martynizm międzywojnia, z postacią Czesława Czyńskiego, ma w tej bibliotece własny esej. Z tego splotu wyniósł przekonanie, które zachował do końca: okultyzm jest dyscypliną, a nie zbiorem ciekawostek, i ma sens tylko jako przygotowanie do czegoś wyższego niż on sam.

Szkoła tarota z Petersburga

Najwyraźniej widać tę genealogię w książce Tarot: A Contemporary Course of the Quintessence of Hermetic Occultism, wydanej w 1962 roku. Jest to obszerny kurs, w którym każdy z dwudziestu dwóch wielkich arkanów staje się osobną lekcją, wiązaną z literą hebrajską, z kabalistycznymi odpowiednikami i z zadaniami do medytacji. Mouni Sadhu nie ukrywał, że podąża za wykładem oznaczanym inicjałami G.O.M., czyli za kursem Grigorija Ottonowicza Mebesa, petersburskiego wykładowcy i przywódcy rosyjskiego martynizmu, którego wykłady sprzed I wojny światowej krążyły wśród uczniów jako Encyklopedia okultyzmu. Mebes, aresztowany przez władze sowieckie w latach dwudziestych, zmarł na zesłaniu, a jego nauka przetrwała w odpisach i wydaniach emigracyjnych.

Ta zależność jest dla historyka ważniejsza niż oryginalność poszczególnych interpretacji. Tarot w ujęciu szkoły Mebesa jest systemem filozoficznym: arkana opisują prawa kosmosu, człowieka i drogi wtajemniczenia, a ich kolejność odzwierciedla rozwój od jedności przez dwoistość do coraz bardziej złożonych struktur. Wróżebne użycie kart schodzi tu na dalszy plan albo zostaje wprost odrzucone jako nadużycie. Mouni Sadhu przejął ten akcent i przeniósł go do świata anglojęzycznego, w którym tarot kojarzono wówczas głównie z dziedzictwem Złotego Brzasku i z talią Waite'a. Jego książka była więc jednym z nielicznych kanałów, którymi rosyjsko-francuska tradycja hermetycznego tarota dotarła na Zachód po II wojnie światowej.

Zarazem czytelnik powinien pamiętać, że układ kursu, przypisania i rozbudowane „klucze” arkanów są konstrukcją XIX- i XX-wiecznego okultyzmu, a nie odtworzeniem starszej wiedzy. Karty powstały w Italii XV wieku jako gra; ich związek z alfabetem hebrajskim zaproponowali dopiero autorzy francuscy, od Éliphasa Léviego począwszy. Sudowski, jak większość jego mistrzów, przyjmował tę genealogię za prawdziwą, ale wartość jego kursu leży gdzie indziej: w konsekwentnym potraktowaniu kart jako narzędzia ćwiczenia myśli i wyobraźni.

Cisza w Tiruvannamalai

Punktem zwrotnym jego życia był pobyt w Sri Ramanasramam u stóp góry Arunachala, gdzie w 1949 roku spędził kilka miesięcy w pobliżu Ramany Maharsziego, na krótko przed śmiercią mistrza w kwietniu 1950 roku. Zapis tego doświadczenia, In Days of Great Peace, wydany po raz pierwszy w 1952 roku, jest jego najbardziej osobistą książką. Nie znajdziemy w niej wykładu doktryny w ścisłym sensie; jest to dziennik obserwacji, rozmów z mieszkańcami aśramu, opisów milczącego przebywania w obecności nauczyciela i prób zastosowania metody, którą Ramana proponował każdemu przybyszowi: dociekania, kim jest ten, kto myśli, pragnie i cierpi.

Dla człowieka, który przez dziesięciolecia uprawiał koncentrację, ćwiczenia woli i hermetyczną symbolikę, spotkanie z nauką Ramany było zderzeniem. Advaita w jego wydaniu nie zna stopni, rytuałów ani tajemnych mocy; mówi, że Jaźń jest zawsze obecna, a przeszkodą jest tylko utożsamienie się z myślą „ja jestem ciałem”. Mouni Sadhu opisuje, jak pod wpływem tej prostoty dawne osiągnięcia okultystyczne straciły w jego oczach wartość, nie tracąc jednak całkowicie sensu. Nie porzucił więc hermetyzmu, lecz go przemieścił: z celu stał się etapem.

Warto pamiętać, jak wyglądała droga europejskich przybyszów do Tiruvannamalai. Ramanę spopularyzował na Zachodzie Paul Brunton, którego A Search in Secret India z 1934 roku uczyniła z aśramu cel pielgrzymek ludzi wychowanych na teozofii i okultyzmie. Wielu z nich przyjeżdżało z oczekiwaniem cudów, wtajemniczeń i tajnych nauk, a zastawało człowieka, który większość dnia spędzał w milczeniu na kanapie w sali wspólnej i na pytania o moce odpowiadał pytaniem o pytającego. Książka Mouniego Sadhu jest jednym z najciekawszych zapisów tego rozczarowania, które przechodzi w zrozumienie. Autor nie udaje, że od razu pojął, co widzi; notuje własne opory, powroty dawnych nawyków myślowych i chwile, w których cisza w obecności nauczyciela wydawała mu się bardziej przekonująca niż wszystkie przeczytane traktaty.

Ten ton odróżnia go od wielu późniejszych popularyzatorów Wschodu. Mouni Sadhu nie przedstawia się jako mistrz ani jako ktoś, kto osiągnął cel; pisze jako uczeń, który zobaczył kierunek. Właśnie dlatego jego późniejsze podręczniki, choć pełne stanowczych pouczeń, zachowują coś z pokory dziennika: każde ćwiczenie ma w nich wartość tylko o tyle, o ile przybliża do tego, czego nie da się wyćwiczyć.

Koncentracja jako rzemiosło

Najszerzej czytaną książką Sudowskiego okazała się Concentration: A Guide to Mental Mastery z 1959 roku. To podręcznik ćwiczeń rozpisanych na tygodnie, prowadzący od skupienia na prostym przedmiocie, punkcie lub dźwięku, przez kontrolę myśli natrętnych, aż do chwil, w których umysł pozostaje cichy bez wysiłku. Autor nie obiecuje cudownych mocy; przeciwnie, ostrzega przed ich poszukiwaniem i przed bierną otwartością medialną, w której widział niebezpieczeństwo dla psychiki. Koncentrację traktuje jak rzemiosło, wymagające codziennej regularności, zapisów postępów i uczciwości wobec własnych porażek.

W tej książce widać, jak spotykają się obie jego szkoły. Zachodnia tradycja dała mu przekonanie, że uwaga jest siłą, którą można ćwiczyć jak mięsień, i że bez opanowania wyobraźni wszelka praca duchowa pozostaje marzycielstwem. Ramana dał mu kierunek, w którym ta siła powinna się zwrócić: nie ku przedmiotom, choćby najwznioślejszym, lecz ku podmiotowi samego skupienia. Kolejne tomy, Samadhi: The Superconsciousness of the Future z 1962 roku i Meditation: An Outline for Practical Study z 1967 roku, rozwijają ten program, rozróżniając stany przejściowe i trwałe, a także przestrzegając przed myleniem przyjemnych przeżyć z wyzwoleniem.

Teurgia i granice okultyzmu

Osobne miejsce zajmuje Theurgy: The Art of Effective Worship z 1965 roku. Tytułowa teurgia nie oznacza tu ewokacji ani operacji ceremonialnych, lecz modlitwę i kult pojęte jako działanie, które rzeczywiście łączy człowieka z boskością. Mouni Sadhu wyrasta w tej książce z chrześcijańskiej pobożności swoich mistrzów: Chrystus jest dla niego najwyższym nauczycielem, a modlitwa wypowiadana ze skupieniem i czystą intencją ma wartość większą niż wszelkie techniki magiczne. Stąd też jego ostra niechęć do praktyk, które uważał za czarną magię, i do każdego okultyzmu służącego władzy nad innymi.

Ta hierarchia jest najbardziej charakterystyczną cechą jego dorobku. Na dole znajdują się zjawiska psychiczne i moce, które uważał za realne, ale duchowo podejrzane; wyżej koncentracja, medytacja i hermetyczna symbolika jako szkoła umysłu; jeszcze wyżej modlitwa i miłość; na szczycie zaś cisza Jaźni, której doświadczył w Tiruvannamalai. Można spierać się, czy taka drabina oddaje ducha nauki Ramany, który podobne stopniowanie uważał zwykle za zbędne. Ale jako świadectwo człowieka, który próbował uczciwie pogodzić całe życie spędzone w zachodnim okultyzmie z doświadczeniem advaity, jest to konstrukcja spójna i w swoim czasie rzadka.

Miejsce w historii ezoteryki powojennej

Mouni Sadhu należy do pokolenia, które po II wojnie światowej przeniosło europejski hermetyzm w nowe przestrzenie geograficzne i kulturowe. W przeciwieństwie do wielu współczesnych mu autorów nie zakładał zakonu, nie nadawał stopni i nie tworzył organizacji; skupiona wokół niego w Melbourne grupa miała charakter nieformalny. Wpływ wywierał książkami, które przez dziesięciolecia wznawiano i tłumaczono, a Concentration trafiła do czytelników daleko spoza kręgów ezoterycznych. Porównanie z niemal równoczesnym kursem Franza Bardona, który ma w tej bibliotece osobny esej, dobrze pokazuje odrębność Sudowskiego. Obaj pochodzili z Europy Środkowej i obaj układali hermetyzm w stopniowany program ćwiczeń, ale Bardon prowadził ucznia ku coraz większemu panowaniu nad żywiołami i bytami, podczas gdy Mouni Sadhu traktował każde takie panowanie jako pokusę, którą trzeba w końcu porzucić. Różnica ta nie dotyczy techniki, lecz celu: u jednego szczytem jest doskonały mag, u drugiego człowiek, który przestał czegokolwiek chcieć dla siebie.

Dla polskiej historii ezoteryki jego przypadek jest pouczający właśnie przez swoją nietypowość. Środkowoeuropejska tradycja hermetyczna, przerwana w kraju przez wojnę i komunizm, przetrwała w jego pismach w przetworzonej, anglojęzycznej postaci, połączona z indyjską duchowością, którą międzywojenni polscy okultyści znali zwykle tylko z drugiej ręki. Wróciła nad Wisłę jako przekład, czyli jako coś obcego, choć jej korzenie były w dużej mierze miejscowe. Ta okrężna droga mówi wiele o losie ezoteryki w XX wieku: przetrwało to, co zdołało się przemieścić.