Process Church of the Final Judgment
Process Church of the Final Judgment, ruch religijny założony w Londynie przez Roberta i Mary Ann de Grimston, zbudował w latach sześćdziesiątych teologię, w której Jehowa, Lucyfer i Szatan są równorzędnymi bogami, a koniec świata ma przynieść pojednanie Chrystusa z Szatanem i zjednoczenie przeciwieństw.

Od terapii do pustyni w Xtul
Początki ruchu nie miały nic wspólnego z satanizmem. Na początku lat sześćdziesiątych dwoje członków londyńskiego środowiska scjentologicznego, Robert Moor, który później przyjął nazwisko de Grimston, oraz Mary Ann MacLean, zaczęło prowadzić własne sesje terapeutyczne. Ich metoda, nazwana analizą kompulsji, łączyła techniki zapożyczone od L. Rona Hubbarda z elementami psychologii Alfreda Adlera, zwłaszcza z ideą, że ludzkie działanie napędzają ukryte cele i dążenia. Grupa przyciągała młodych, zamożnych i wykształconych ludzi z dzielnicy Mayfair, którzy szukali zarówno terapii, jak i sensu.
Z czasem sesje przekształciły się we wspólnotę o coraz wyraźniej religijnym charakterze. Członkowie zamieszkali razem, przyjęli dyscyplinę i zaczęli traktować swoich założycieli jako przewodników duchowych. Psychologiczny język celów i konfliktów ustąpił miejsca językowi bogów, sądu i zbawienia. Ta ewolucja, od grupy samodoskonalenia do sekty apokaliptycznej, jest typowa dla wielu nowych ruchów religijnych tej epoki, ale w przypadku Procesu przybrała formę wyjątkowo barwną.
W 1966 roku kilkudziesięciu członków grupy wyjechało do Meksyku i osiedliło się w opuszczonej plantacji w Xtul na wybrzeżu Jukatanu. Miejsce było odcięte od świata, pozbawione wygód i otoczone dżunglą. Wspólnota żyła tam w surowych warunkach, oddając się medytacji, pracy i zbiorowym rozmowom o naturze bóstwa. Pobyt w Xtul stał się w późniejszej tradycji Procesu wydarzeniem założycielskim: okresem pustyni, w którym grupa doświadczyła obecności bogów i zrozumiała swoje posłannictwo.
Szczególne miejsce w tej opowieści zajmuje huragan, który jesienią 1966 roku nawiedził wybrzeże Jukatanu. Członkowie grupy przetrwali go w budynkach plantacji i odczytali to jako znak, a zarazem jako objawienie niszczycielskiej mocy, która należy do porządku boskiego. Po powrocie do Londynu przyjęli nazwę Process Church of the Final Judgment i zaczęli głosić rychły koniec świata. Pojęcie „sądu ostatecznego” w nazwie nie było metaforą: Proces wierzył, że ludzkość zbliża się do katastrofy, której nie da się uniknąć, i że jego zadaniem jest przygotowanie wybranych na to, co nastąpi później.
Trzej wielcy bogowie
Teologia Procesu, wyłożona głównie w pismach Roberta de Grimstona, opiera się na przekonaniu, że istnieją trzej wielcy bogowie wszechświata: Jehowa, Lucyfer i Szatan. Każdy z nich reprezentuje odrębny wzorzec ludzkiej natury i odrębną drogę. Jehowa jest bogiem prawa, surowości i dyscypliny, który wymaga posłuszeństwa i karze za przewinienia. Lucyfer jest niosącym światło bogiem radości, harmonii, rozumu i umiarkowanego korzystania z dóbr świata. Szatan jest najbardziej złożony: obejmuje dwa skrajne bieguny, z jednej strony zmysłowość, przemoc i zatracenie, z drugiej ascezę, oderwanie od ciała i transcendencję.
Członkowie Procesu uważali, że każdy człowiek ma w sobie dominujący wzorzec jednego lub dwóch bogów i że poznanie tej struktury jest warunkiem duchowego rozwoju. Typologia ta pełniła funkcję zbliżoną do psychologicznej diagnozy, co zdradza terapeutyczne korzenie ruchu. Zarazem nadawała mu wymiar mistyczny: człowiek nie miał wybierać jednego boga przeciwko pozostałym, lecz uznać, że wszystkie trzy są obecne w nim samym i we wszechświecie.
Czwartą postacią był Chrystus, który w tej teologii nie jest jednym z wielkich bogów, lecz ich posłańcem i jednoczycielem. Najbardziej oryginalnym elementem całej doktryny jest nauka o pojednaniu Chrystusa z Szatanem. Według Procesu Chrystus nakazał kochać nieprzyjaciół, a największym nieprzyjacielem Chrystusa jest Szatan. Skoro tak, to miłość Chrystusa musi ostatecznie objąć także jego przeciwnika. Na końcu czasów Szatan, osądzony i pojednany, ma powrócić do jedności, a Chrystus zasiądzie jako sędzia, Szatan zaś jako wykonawca wyroku. Zło nie zostaje unicestwione, lecz włączone w ostateczną harmonię.
Dwoje założycieli i jedno pismo
Doktryna Procesu znana jest głównie z tekstów podpisanych przez Roberta, ale relacje dawnych członków i badaczy wskazują, że rola Mary Ann była co najmniej równie ważna. To ona miała decydujący głos w sprawach organizacji i dyscypliny, a w wewnętrznej mitologii ruchu bywała otaczana czcią, która wykraczała poza zwykły szacunek dla przełożonej. Robert był teologiem i kaznodzieją, Mary Ann – źródłem autorytetu, niekiedy wręcz postacią boską w oczach najbliższych współpracowników. Ten podział ról okazał się w końcu jedną z przyczyn rozpadu ruchu.
Pisma Roberta mają charakter profetyczny. Ich autor nie argumentuje, lecz ogłasza, przemawiając niekiedy głosem samych bogów, którzy wypowiadają się na temat wojny, miłości, strachu i końca świata. Styl ten łączył język biblijnych proroków z retoryką kontrkultury, a zarazem zachowywał terapeutyczne zainteresowanie ludzkimi lękami i pragnieniami. Strach był w tej teologii nie tyle przeszkodą, ile materią przemiany: kto zmierzy się ze swoimi lękami i pozna ich boskie źródło, ten może przejść przez sąd bez obawy.
Sąd ostateczny rozumiano dwojako. Był wydarzeniem historycznym, które miało dotknąć ludzkość jako całość, ale także procesem wewnętrznym, w którym każdy człowiek musi rozpoznać w sobie wszystkie trzy boskie wzorce i doprowadzić je do pojednania. Sama nazwa ruchu wskazywała na ten drugi sens: proces to droga, a nie jednorazowy akt. W tej dwoistości kryje się źródło zarówno siły, jak i niebezpieczeństwa doktryny, która łatwo mogła przesuwać akcent z pracy wewnętrznej na oczekiwanie zewnętrznej katastrofy.
Czarne płaszcze i psy
Proces był ruchem, który przywiązywał wielką wagę do wyglądu. Członkowie nosili czarne stroje, często długie płaszcze, a na piersiach srebrne krzyże i symbol przypominający cztery połączone litery P, interpretowany jako znak czterech bóstw. Wielu z nich chodziło w towarzystwie dużych owczarków niemieckich. Na ulicach Londynu, a później Nowego Jorku, Bostonu, Chicago i innych miast amerykańskich, rozprowadzali pismo The Process, którego kolejne numery poświęcono tematom takim jak strach, seks czy śmierć. Pismo było starannie zaprojektowane graficznie i przyciągało uwagę artystów oraz muzyków.
Ta estetyka była przemyślana. Czerń, krzyż i pies tworzyły obraz grozy i dyscypliny zarazem, a temat śmierci i zniszczenia był zapowiedzią apokalipsy, którą ruch głosił. Proces prowadził też kawiarnie i ośrodki, w których odbywały się nabożeństwa zwane zgromadzeniami, a także sesje terapeutyczne. Wewnętrzna hierarchia była rozbudowana i oparta na stopniach przypominających zakon. Członkowie ruchu nazywali się procesjonistami, a najwyższe miejsce zajmowali założyciele, wobec których wymagano całkowitego oddania.
Z perspektywy historii ezoteryki Proces jest przykładem gnostyckiej w duchu próby przekroczenia dualizmu dobra i zła. Jego doktryna nie gloryfikowała zła jako takiego, lecz traktowała je jako konieczny element boskiego dramatu, który musi zostać przeżyty i pojednany. Szatan Procesu nie jest buntownikiem przeciw Bogu w sensie romantycznym ani symbolem cielesnej natury człowieka, lecz jednym z obliczy boskości, bez którego całość pozostałaby niepełna.
Manson i inne mity
Reputacja Procesu została trwale naznaczona przez wydarzenia, z którymi nie miał udokumentowanego związku. Po zabójstwach dokonanych w 1969 roku przez członków grupy Charlesa Mansona część prasy i autorów zaczęła łączyć obie sekty. Ed Sanders w książce The Family (1971) sugerował, że Manson mógł mieć kontakt z procesjonistami i czerpać z ich teologii. Proces wytoczył proces wydawcy, a sporny rozdział został usunięty z późniejszych wydań. Nie udało się wykazać, by Manson należał do ruchu lub utrzymywał z nim stałe relacje. Często powtarzana informacja, że w piśmie The Process ukazał się tekst Mansona, pozostaje przedmiotem sporu i nie powinna być traktowana jako dowód powiązań.
Jeszcze dalej poszedł Maury Terry, który w książce The Ultimate Evil (1987) twierdził, że za zabójstwami przypisywanymi „Synowi Sama” stała ogólnokrajowa siatka satanistyczna wywodząca się z Procesu. Teza ta nie znalazła potwierdzenia w ustaleniach śledczych, ale przyczyniła się do utrwalenia obrazu ruchu jako mrocznej organizacji przestępczej. W klimacie paniki moralnej lat osiemdziesiątych Proces stał się wygodnym punktem odniesienia dla wszystkich, którzy szukali spisku za przemocą.
Historycy religii, którzy badali ruch z bliska, przedstawiają inny obraz. Socjolog William Sims Bainbridge prowadził wśród procesjonistów obserwację uczestniczącą na początku lat siedemdziesiątych i opisał ich w książce Satan's Power (1978), początkowo pod zmienioną nazwą. Jego badania pokazują wspólnotę surową, hierarchiczną i nierzadko autorytarną, ale nie przestępczą. W 2009 roku Timothy Wyllie, były członek ruchu, wydał wspomnienia Love Sex Fear Death, w których przedstawił wewnętrzne życie grupy z perspektywy uczestnika, wraz z reprodukcjami jej grafiki.
Rozpad i przemiana
W 1974 roku doszło do rozłamu, który zakończył historię Procesu w dotychczasowej postaci. Robert de Grimston został odsunięty od przywództwa, a większość członków, skupiona wokół Mary Ann, odrzuciła naukę o Lucyferze i Szatanie, zwracając się ku bardziej konwencjonalnej formie chrześcijaństwa apokaliptycznego. Grupa zmieniała nazwę kilkakrotnie, przyjmując między innymi nazwę Foundation Faith of God. Robert próbował kontynuować dawną naukę, ale nie zdołał odbudować ruchu w jego pierwotnej skali.
Najbardziej zaskakujący jest dalszy los części wspólnoty. W latach osiemdziesiątych dawni członkowie Procesu osiedlili się w Utah i założyli schronisko dla zwierząt, które przekształciło się w jedną z największych organizacji zajmujących się ich ochroną w Stanach Zjednoczonych, Best Friends Animal Society. Miłość do psów, widoczna już w czasach czarnych płaszczy, przetrwała wszystkie przemiany teologiczne.
Dziedzictwo Procesu żyje dziś przede wszystkim w kulturze. Jego grafika i teksty fascynowały twórców muzyki industrialnej i postpunkowej, a sama teologia przyciąga badaczy jako rzadki przykład systemu, który w dobie kontrkultury próbował pomyśleć jedność dobra i zła w kategoriach niemal heglowskiej syntezy. Ruch, który media przedstawiały jako sektę zła, był w istocie jedną z najbardziej konsekwentnych prób zbudowania teologii pojednania, w której nawet Szatan ma swoje miejsce w zbawieniu.
