Hor z Sebennytos i kult ibisów w Sakkarze
Demotyczne i greckie ostraka kapłana Hora, odnalezione w Sakkarze i wydane przez Johna D. Raya, ukazują z bliska pobożność wobec Thota w II wieku p.n.e.: sny, wyrocznie, troskę o święte ibisy i epitet „trzykroć wielkiego”, który wkrótce przejdzie na Hermesa Trismegistosa.

Skorupy z tarasu nekropolii
W sezonach wykopaliskowych lat sześćdziesiątych XX wieku ekspedycja Egypt Exploration Society, kierowana przez Waltera Bryana Emery’ego, odsłaniała w Północnej Sakkarze zespół zwany dziś Nekropolią Świętych Zwierząt. Pod tarasami świątynnymi ciągnęły się galerie wypełnione glinianymi naczyniami, w których spoczywały zmumifikowane ibisy, sokoły i pawiany, a w osobnych katakumbach – krowy, matki byków Apisa. Wśród gruzu i odpadków natrafiono na kilkadziesiąt ostrakonów, czyli skorup ceramicznych i odłamków wapienia zapisanych atramentem. Okazało się, że znaczna ich część pochodzi od jednego człowieka. Opublikował je John D. Ray w tomie The Archive of Ḥor, wydanym przez to samo towarzystwo w 1976 roku.
Wydanie to stało się jednym z najciekawszych świadectw religijności późnego Egiptu właśnie dlatego, że nie jest tekstem kapłańskiej teologii ani hymnem wyrytym na ścianie świątyni. Ostraka Hora to brudnopisy: szkice petycji, notatki snów, wersje tego samego memoriału przepisywane po kilka razy, z poprawkami i skreśleniami. Ich autor nie pisał dla potomności, lecz dla urzędników, kapłańskich kolegiów i dla siebie samego. Dzięki temu widać w nich coś, czego monumentalne źródła zwykle nie pokazują: jak wyglądało codzienne życie człowieka, który uważał się za sługę Thota i oczekiwał od niego wskazówek we śnie.
Większość tekstów spisano demotyką, kilka po grecku. Ta dwujęzyczność nie jest przypadkiem, lecz znakiem epoki. Egipt rządzony był wówczas przez dynastię Ptolemeuszy, administracja mówiła po grecku, a świątynie zachowywały rodzimy język i pismo. Hor poruszał się na granicy tych dwóch światów i musiał umieć zwrócić się do obu.
Człowiek z Delty w Memfis
O samym Horze wiadomo tylko tyle, ile powiedział o sobie. Pochodził z okręgu sebennyckiego w środkowej Delcie, tego samego, z którego wywodził się wcześniej kapłan Manethon, autor greckiej historii Egiptu. Związany był najpierw z kultem Izydy, a w Sakkarze znalazł się, jak sam opowiada, wskutek snów i wyroczni, które wskazały mu drogę do Memfis i do sanktuarium ibisów. Ray przedstawiał go jako postać skromnej rangi, kogoś w rodzaju wtajemniczonego sługi świątynnego, raczej niż wysokiego dostojnika. Jego pisma pozwalają zarazem dostrzec ambicję: Hor chciał być wysłuchany, a jego sny miały mieć znaczenie wykraczające poza los jednej osoby.
Najsłynniejszy epizod archiwum dotyczy wielkiej polityki. Wiosną 168 roku p.n.e. król Seleucydów Antioch IV najechał Egipt i stanął pod Aleksandrią. Wycofał się dopiero po stanowczym żądaniu rzymskiego posła Gajusza Popiliusza Lenasa w miejscowości Eleusis na przedmieściach stolicy – epizod znany z relacji Polibiusza i Liwiusza. Hor twierdził, że wcześniej otrzymał we śnie zapowiedź ocalenia Aleksandrii i ustąpienia najeźdźcy, i że przekazał ją dowódcom, a potem miał okazję przedstawić swoje widzenie samym władcom. Jego teksty wymieniają Ptolemeusza VI, jego brata i Kleopatrę II, którzy wtedy wspólnie sprawowali rządy. Na ile ta audiencja przebiegła tak, jak ją opisał, nie sposób sprawdzić; ważne jest jednak, że egipski wizjoner uważał swój sen za proroctwo o znaczeniu państwowym i oczekiwał, że zostanie ono docenione.
Sny Hora nie ograniczają się do polityki. Wiele z nich dotyczy jego własnej drogi, obaw i nadziei. Pojawiają się w nich bóstwa, które przemawiają do niego, zapewniają o opiece albo wskazują, co ma uczynić. W takich zapiskach trudno zresztą oddzielić sen w dosłownym sensie od obrazu wyproszonego w świątyni, ponieważ w późnym Egipcie praktykowano inkubację: spanie w obrębie sanktuarium w oczekiwaniu na boskie objawienie. Sakkara, z wielkim Serapejonem i kultami zwierzęcymi, była miejscem, w którym takie praktyki kwitły, a ludzie przychodzili tam po uzdrowienie, radę i wyrok.
Ibis w naczyniu
Codziennością Hora była jednak służba w nekropolii ibisów. Ibis czczony był jako żywy obraz Thota, a jego hodowla, karmienie i pogrzeb stanowiły jeden z wielkich przemysłów religijnych Egiptu ptolemejskiego. Pielgrzymi ofiarowali zmumifikowanego ptaka w naczyniu, licząc na wstawiennictwo boga; kapłani dbali o stada, o balsamowanie i o coroczne złożenie mumii w galeriach. Wykopaliska ujawniły ich ogromne ilości, a późniejsze badania radiologiczne pokazały, że nie każde naczynie zawierało kompletnego ptaka: zdarzały się fragmenty, pióra, a nawet zawiniątka niemal puste.
Archiwum Hora rzuca na to światło od środka. Wśród jego tekstów znajduje się dokument dotyczący nadużyć w kulcie, zaniedbania karmienia ptaków i nieprawidłowości przy ich grzebaniu. Wydawca odczytywał go jako ślad postępowania, w którym wskazano winnych i ustalono zasadę, by jednemu bogu odpowiadało jedno naczynie. Formuła ta brzmi technicznie, lecz zawiera całą teologię. Ibis złożony w ofierze nie był zwykłym zwierzęciem ani dekoracją pobożności, ale ciałem, w którym przez chwilę obecny był bóg. Oszustwo przy jego pochówku oznaczało więc nie tylko wyłudzenie pieniędzy pielgrzyma, lecz także zniewagę wobec samego Thota.
Dla historyka idei ten szczegół jest bardzo pouczający. Pokazuje, że kult zwierząt w późnym Egipcie nie był martwą tradycją podtrzymywaną z przyzwyczajenia ani ludową zabobonnością, którą elity kapłańskie traktowały z pobłażaniem. Był przedmiotem sporów, reform i sumienia. Człowiek taki jak Hor mógł przeżywać nieprawidłowości w hodowli ptaków jako sprawę osobistą, jako coś, co dotyka jego relacji z bogiem, którego widział we śnie.
Warto też zauważyć, jak blisko siebie leżały w Sakkarze różne formy obecności boga. Ten sam teren mieścił groby zwierząt, kaplice, miejsca inkubacji, warsztaty balsamistów i biura, w których spisywano rachunki i skargi. Ibis był równocześnie istotą świętą, przedmiotem ofiary i pozycją w księgach finansowych sanktuarium. Ostraka Hora oddają tę mieszaninę bez zakłopotania: obok opisu widzenia może stać projekt pisma w sprawie nieuczciwych pracowników, a prośba o boską opiekę sąsiaduje z zabiegami o uznanie przez urzędników. Nowoczesny czytelnik skłonny jest rozdzielać mistykę od administracji, lecz dla egipskiego kapłana były to dwie strony jednej służby. Bóg wymagał porządku w swoich ptakach tak samo, jak wymagał czystości od tych, którzy przychodzili śnić w jego domu.
Trzykroć wielki przed Trismegistosem
Najczęściej przywoływanym miejscem archiwum jest jednak epitet. W tekstach Hora Thot nazywany jest bogiem „wielkim, wielkim, wielkim”, a w jednym z greckich ostrakonów pojawia się odpowiadająca mu grecka formuła, w której Hermes określony jest jako „największy i największy bóg wielki”. Egipski zwyczaj potrajania przymiotnika był sposobem wyrażenia stopnia najwyższego. Tytuły tego rodzaju znane są z różnych źródeł epoki ptolemejskiej, zwłaszcza z Hermopolis, głównego ośrodka kultu Thota, lecz archiwum z Sakkary należy do najwcześniejszych i najlepiej datowanych świadectw tej konwencji w greckim przekładzie.
Garth Fowden w The Egyptian Hermes (1986) przywołuje te ostraka w wywodzie o egipskich korzeniach hermetyzmu. Grecki przydomek Trismegistos, który zadomowi się w literaturze dopiero w okresie rzymskim, nie spadł z nieba ani nie jest wymysłem greckich filozofów. Wyrasta ze świątynnej praktyki tytułowania Thota i z wysiłku, by ten tytuł oddać w języku zdobywców. Hor i jemu podobni stali dokładnie w tym miejscu, gdzie egipski bóg zaczynał mówić po grecku.
Trzeba przy tym zachować ostrożność. Archiwum Hora nie zawiera ani jednego zdania z filozoficznych traktatów, które później przypisano Hermesowi. Nie ma w nim nauki o Nousie, o odrodzeniu ani o wznoszeniu się duszy przez sfery. Znajdujemy w nim kapłana, który troszczy się o ptaki, notuje sny i zabiega o uznanie swoich proroctw. Związek z hermetyką jest więc związkiem środowiska i języka, nie doktryny. Ale właśnie to środowisko – dwujęzyczne, świątynne, przesiąknięte praktyką objawienia we śnie – uczyniło możliwym późniejsze pojawienie się tekstów, w których Hermes Trismegistos przemawia jako nauczyciel.
Pobożność widziana od środka
Ostraka Hora pozwalają skorygować obraz, który hermetyzm często dziedziczy po swych renesansowych czytelnikach. Marsilio Ficino i jego następcy wyobrażali sobie Hermesa jako dawnego mędrca, prawodawcę i teologa, który głosił czystą naukę o Bogu i duszy, zanim Egipt pogrążył się w bałwochwalstwie. Źródła z Sakkary pokazują coś zupełnie innego: kult Thota w II wieku p.n.e. był żywy, ludowy i kapłański zarazem, związany z ciałami zwierząt, z inkubacją, z handlem ofiarami i z polityką dworu. Teksty hermetyczne powstały później i w innym klimacie intelektualnym, lecz nie powstały w próżni. Ich autorzy żyli w kraju, w którym ibisy wciąż składano w galeriach, a ludzie wciąż przychodzili do świątyń Thota po sny.
Archiwum pokazuje też, czym była dla takiego człowieka relacja z bogiem. Hor nie przedstawia Thota jako abstrakcyjnej zasady rozumu ani kosmicznego Logosu. Bóg przemawia do niego osobiście, zapewnia o opiece, kieruje jego krokami i wymaga wierności w sprawach na pozór drobnych. Ta bliskość, połączona z przekonaniem, że sen może nieść wiedzę o przyszłości państwa, przypomina ton późniejszych dialogów hermetycznych, w których objawienie przychodzi w stanie skupienia, a uczeń zwraca się do Hermesa jak do ojca. Podobieństwo nie dowodzi bezpośredniej zależności, lecz każe szukać źródeł duchowej atmosfery hermetyki również w zwyczajnej egipskiej pobożności, a nie tylko w szkołach filozoficznych Aleksandrii.
Ray, wydając te skromne skorupy, nie miał ambicji pisania historii hermetyzmu. Przygotował staranną edycję trudnych tekstów demotycznych, z przekładem i komentarzem, pozostawiając wiele miejsc jako niepewne. Właśnie ta filologiczna powściągliwość czyni jego tom cennym. Zamiast legendy o pradawnym Hermesie otrzymujemy głos konkretnego człowieka, który około stu siedemdziesięciu lat przed narodzeniem Chrystusa zapisywał na glinie swoje sny i swoje skargi, ufając, że bóg trzykroć wielki je zobaczy. Między tym głosem a późniejszym Corpus Hermeticum rozciąga się kilka stuleci przemian, ale nić ciągłości – kult, język i nadzieja na objawienie – jest w nim wyraźnie widoczna.
