Haran Gawaita i mandejska legenda o wędrówce z Palestyny
Haran Gawaita, mandejski zwój o wyjściu Nasorejczyków z Jerozolimy do Medii i „Wewnętrznego Harranu”, jest dla jednych badaczy echem rzeczywistej migracji z I wieku, dla innych legendą prawomocności spisaną pod władzą islamu, i dlatego stoi w centrum sporu o zachodnie pochodzenie mandejczyków.

Zwój bez początku
Tekst, który mandejczycy nazywają Haran Gawaita, zachował się w postaci zwoju, któremu brakuje początku. Pierwsze słowa, które możemy odczytać, wprowadzają nas w środek opowieści, jakby czytelnik już wiedział, o kim i o czym jest mowa. Ta okaleczona forma jest symboliczna dla całego problemu, jaki zwój przedstawia historykom: obiecuje odpowiedź na pytanie o początki wspólnoty, ale właśnie to, co najwcześniejsze, uległo zatarciu.
Nazwa oznacza „Wewnętrzny Harran” lub „Harran Wewnętrzny” i odwołuje się do miejsca, w którym według opowieści schronili się wygnańcy. Pełne wydanie tekstu wraz z angielskim przekładem i komentarzem ogłosiła w 1953 roku Ethel Stefana Drower w tomie The Haran Gawaita and the Baptism of Hibil-Ziwa, opublikowanym w watykańskiej serii Studi e Testi. Drower opierała się na rękopisach, które przez lata pozyskiwała od kapłanów w Iraku i Iranie, i jej wydanie pozostaje do dziś podstawą wszelkich dyskusji.
Zwój nie jest kroniką w nowożytnym sensie. Łączy opowieść o prześladowaniu i ucieczce z wątkami mitycznymi, interwencjami istot światła, proroctwami o końcu epok i fragmentami, które przypominają raczej spis przywódców wspólnoty. Mimo to jest jedynym mandejskim tekstem, który próbuje opowiedzieć dzieje religii jako ciągłość wydarzeń w czasie historycznym, od Jerozolimy aż po panowanie Arabów.
Opowieść o wyjściu z Jerozolimy
Według zachowanej części zwoju Nasorejczycy, czyli wtajemniczeni wyznawcy prawdziwej wiary, żyli w Jerozolimie pośród żydów, którzy ich prześladowali. Istota światła, Anusz Uthra, przybywa do miasta, czyni znaki i uzdrawia, a jego obecność wywołuje gniew władz religijnych. Prześladowania narastają, a Nasorejczycy postanawiają opuścić miasto. Tekst podaje liczbę sześćdziesięciu tysięcy wygnańców, którzy wyrzekają się znaku siedmiu, czyli władzy planetarnych mocy, i odchodzą na wschód.
Ich celem są Góry Medyjskie, w tekście Tura d-Madai, oraz Wewnętrzny Harran, który ich przyjmuje. Zwój wyjaśnia, że droga ta była możliwa, ponieważ nad tymi krainami panował król Ardban, a władcy żydowscy nie mieli do nich dostępu. Imię Ardban to mandejska forma imienia Artabanos, noszonego przez kilku władców partyjskich z dynastii Arsakidów. Opowieść zakłada więc, że ucieczka nastąpiła w epoce partyjskiej, pod opieką króla, który zapewnił wygnańcom bezpieczeństwo.
Kolejnym wątkiem jest kara, jaka spada na Jerozolimę. Według zwoju miasto zostaje zniszczone, a jego mieszkańcy rozproszeni, ponieważ prześladowali sprawiedliwych. Takie ujęcie zburzenia Jerozolimy w 70 roku jest w historiografii religijnej czymś zwyczajnym; wiele wspólnot, w tym chrześcijańskie, interpretowało tę katastrofę jako sąd nad prześladowcami. W mandejskiej wersji ofiarami prześladowań są jednak nie uczniowie Jezusa, lecz Nasorejczycy, a sam Jezus pojawia się w tekstach mandejskich raczej jako fałszywy prorok.
Dalsza część zwoju przenosi akcję do Mezopotamii. Wymienia osiedla wspólnoty, jej przywódców i świątynie, opowiada o okresach pomyślności i o prześladowaniach za czasów Sasanidów, a wreszcie o przybyciu Arabów. Ważnym epizodem jest misja przywódcy imieniem Anusz bar Danqa, który miał przedstawić nowym władcom księgi wspólnoty i uzyskać dla niej ochronę. Ta część tekstu wyraźnie dotyczy sytuacji wspólnoty pod rządami islamu i tłumaczy, dlaczego mandejczycy mogą być uznani za lud posiadający objawione pismo. Zwój zawiera wreszcie także partie skierowane ku przyszłości, zapowiadające kolejne epoki panowania obcych władców i ostateczny kres świata, tak że opowieść o przeszłości przechodzi płynnie w proroctwo. Historia wspólnoty zostaje w ten sposób osadzona w kosmicznym rytmie, w którym wygnanie, przetrwanie i wyzwolenie są etapami jednego, z góry wyznaczonego planu.
Ardban, Media i Harran
Każdy z kluczowych szczegółów opowieści stał się przedmiotem odrębnej dyskusji. Imię Ardban wskazuje epokę partyjską, ale nie przesądza, o którego władcę chodzi. Zwolennicy wczesnego datowania utożsamiali go zwykle z Artabanosem panującym w pierwszej połowie I wieku, co pozwalało umieścić ucieczkę przed zburzeniem świątyni. Możliwe jest jednak także odniesienie do ostatniego króla partyjskiego, który utracił tron na rzecz Sasanidów w trzecim dziesięcioleciu III wieku, a niektórzy uznają, że tekst zachował jedynie mgliste wspomnienie o partyjskiej opiece, bez konkretnej identyfikacji.
Góry Medyjskie można rozumieć dosłownie, jako górzysty obszar północno-zachodniego Iranu, ale w tekstach religijnych Media bywała też ogólnym określeniem dalekiego wschodu. Jeszcze więcej trudności sprawia Harran. Miasto o tej nazwie leżało w górnej Mezopotamii i było znane w średniowieczu jako siedziba pogańskiej wspólnoty, która czciła planety i przybrała miano Sabejczyków, aby korzystać z ochrony przewidzianej w Koranie. Mandejczycy również uważali się za Sabejczyków, co sprzyjało myleniu obu grup przez muzułmańskich autorów.
Określenie „wewnętrzny” sugeruje, że nie chodzi o samo miasto Harran, lecz o obszar z nim związany albo o miejsce, które w mandejskiej tradycji otrzymało tę nazwę z innych powodów. Lady Drower dopuszczała różne interpretacje, a późniejsi badacze proponowali lokalizacje od pogranicza syryjsko-mezopotamskiego po góry Zagros. Brak pewności nie musi przekreślać wartości tradycji, ale nakazuje ostrożność wobec prób przekształcenia legendy w mapę.
Macuch, Drower i Buckley
Najbardziej wpływowym obrońcą historycznej wartości Haran Gawaita był Rudolf Macuch, słowacki orientalista działający później w Berlinie, autor gramatyki języka mandejskiego i współautor wielkiego słownika mandejskiego, przygotowanego wraz z Drower. W studium o początkach mandejczyków, opublikowanym w połowie lat sześćdziesiątych w zbiorowej publikacji Franza Altheima i Ruth Stiehl, Macuch argumentował, że migracja opisana w zwoju odpowiada rzeczywistym wydarzeniom z I wieku, a jej uczestnicy byli członkami heterodoksyjnej grupy żydowskiej lub judeochrześcijańskiej z Palestyny.
Swoją tezę Macuch wzmacniał argumentem paleograficznym. Zauważył, że pismo mandejskie wykazuje bliskie podobieństwo do pisma używanego na monetach i inskrypcjach Elymaidy, niewielkiego królestwa w dzisiejszym Chuzistanie, które istniało pod zwierzchnictwem partyjskim. Skoro alfabet mandejski ukształtował się, jak sądził, w tamtym regionie w I lub II wieku, wspólnota musiała przebywać w południowo-zachodnim Iranie już w epoce partyjskiej, co dobrze zgadzało się z tradycją o opiece króla Ardbana.
Argument ten miał tę zaletę, że opierał się na materiale niezależnym od tradycji samej wspólnoty. Do podobnych świadectw zewnętrznych zalicza się także mandejskie przedmioty magiczne: gliniane misy z zaklęciami, pisane alfabetem mandejskim w okresie późnosasanidzkim, oraz zwinięte blaszki ołowiane z amuletami, z których niektóre badacze datują jeszcze wcześniej. Żadne z tych znalezisk nie mówi nic o Jerozolimie ani o Ardbanie, lecz razem pokazują, że wspólnota posługująca się tym pismem była obecna w południowej Mezopotamii na długo przed przybyciem Arabów. Dla obrońców zwoju była to istotna podpora: legenda o dawnym osiedleniu nie unosi się w próżni, lecz wpisuje się w realny, archeologicznie poświadczony obraz.
Drower, która swoje wnioski opierała w dużej mierze na wieloletnim kontakcie z mandejczykami, skłaniała się ku podobnemu stanowisku, choć jej komentarz do zwoju jest ostrożniejszy w szczegółach. Widziała w nim zbiór tradycji różnego wieku, w którym rzeczywiste wspomnienia mieszają się z elementami legendarnymi i z późniejszymi uzupełnieniami. Jej zasługą było przede wszystkim udostępnienie tekstu i zaproponowanie interpretacji, którą można było następnie poddać krytyce.
Kurt Rudolph, autor ważnych monografii o gnozie i mandeizmie, przyjął zasadniczo zachodnie pochodzenie wspólnoty, łącząc je z ruchami chrzcielnymi w dolinie Jordanu, choć ostrożniej oceniał wartość szczegółów zwoju. Jorunn Jacobsen Buckley, prowadząca od lat siedemdziesiątych badania nad mandeizmem, wniosła do debaty analizę kolofonów rękopisów, które pozwalały jej przesunąć istnienie literatury mandejskiej do III wieku. Jej zdaniem łańcuchy kopistów potwierdzają, że wspólnota istniała w Mezopotamii przed powstaniem islamu i miała ustaloną tradycję pisaną, co uwiarygadnia przynajmniej ogólny zarys opowieści.
Legenda prawomocności czy pamięć wspólnoty
Przeciwnicy wczesnego datowania zwracają uwagę na okoliczności, w jakich zwój mógł otrzymać ostateczną postać. Zawiera on wyraźne odniesienia do panowania Arabów i do starań o uznanie przez nowych władców, a więc w obecnej formie nie mógł powstać przed VII wiekiem. Opowieść o pochodzeniu z Jerozolimy, o prześladowaniu przez żydów i o opiece dawnego króla mogła w tej sytuacji pełnić funkcję legitymizującą: pokazywała, że wspólnota ma starożytne korzenie, objawioną księgę i miejsce w historii proroków uznawanych przez islam. Edmondo Lupieri należał do badaczy, którzy podkreślali właśnie ten aspekt i z dużą rezerwą odnosili się do historyczności migracji.
Za ostrożnością przemawia też fakt, że Haran Gawaita jest jedynym mandejskim tekstem, który tak bezpośrednio opowiada o wędrówce z zachodu. Inne pisma zawierają wprawdzie elementy, które łatwo powiązać z Palestyną, takie jak nazwa Jordanu stosowana do każdej płynącej wody, wrogi stosunek do Jerozolimy i judaizmu czy postać Jana Chrzciciela, ale żadne z nich nie układa tych elementów w narrację migracyjną. Zwolennicy zachodniego pochodzenia uważają te rozproszone ślady za mocne potwierdzenie zwoju, sceptycy – za materiał, który mógł zostać zapożyczony i zinterpretowany wtórnie.
Między tymi stanowiskami rysuje się obraz bardziej złożony. Większość badaczy zgadza się dziś, że mandejczycy mają związek z tradycją palestyńsko-syryjską, że ich język i pismo ukształtowały się w południowej Mezopotamii i Chuzistanie w epoce partyjskiej lub wczesnosasanidzkiej, a ich literatura istniała przed islamem. Pozostaje sporne, czy związek z zachodem wynika z rzeczywistej migracji, której pamięć przechowuje Haran Gawaita, czy z kontaktów i wymiany idei, które później przetworzono w opowieść o wyjściu.
Zwój pozostaje więc tekstem otwartym. Nie można go czytać jak kroniki, ale nie wolno też odrzucać go jako czystego wymysłu. Jego wartość polega na tym, że pokazuje, jak wspólnota religijna, żyjąca od stuleci jako mniejszość, budowała własną historię z pamięci, legendy i potrzeby przetrwania. W tym sensie Haran Gawaita mówi o mandejczykach coś prawdziwego niezależnie od tego, czy sześćdziesiąt tysięcy Nasorejczyków rzeczywiście opuściło kiedyś Jerozolimę – mówi, kim chcieli być i skąd chcieli się wywodzić.
