Michael Williams, Karen King i spór o kategorię gnostycyzmu
Michael Allen Williams w Rethinking „Gnosticism” z 1996 roku i Karen L. King w What Is Gnosticism? z 2003 roku dowodzą, że „gnostycyzm” jest konstruktem starożytnej herezjologii i nowożytnej nauki, a nie nazwą realnej religii, i proponują zastąpić go precyzyjniejszymi kategoriami.
Słowo, którego nie używali starożytni
Rzeczownik „gnostycyzm” nie występuje w źródłach antycznych. Starożytni autorzy mówili o gnosis, poznaniu, i o gnostikoi, ludziach zdolnych do poznania lub roszczących sobie do niego prawo. Ireneusz z Lyonu zatytułował swoje wielkie dzieło polemiczne Demaskowanie i odparcie fałszywie nazwanej gnozy, nawiązując do sformułowania z Pierwszego Listu do Tymoteusza. Termin abstrakcyjny, oznaczający jedną religię czy jeden ruch, powstał dopiero w czasach nowożytnych; Bentley Layton zwrócił uwagę, że pierwsze znane użycie angielskiego „Gnosticism” pochodzi od Henry'ego More'a, platonika z Cambridge, w jego komentarzu do listów do siedmiu Kościołów z Apokalipsy z 1669 roku, gdzie słowo to służyło antykatolickiej polemice.
Od tego czasu pojęcie zyskało życie samodzielne. W XIX wieku historycy dogmatów, tacy jak Ferdinand Christian Baur i Adolf von Harnack, traktowali je jako nazwę dla całej grupy herezji II wieku, a w XX wieku szkoła religiohistoryczna i fenomenologia religii uczyniły z niego kategorię ponadhistoryczną, obejmującą zjawiska od starożytnych sekt po średniowiecznych katarów i nowoczesną literaturę.
Na tym tle pojawiły się dwie książki, które nie tyle zaproponowały nową definicję, ile zakwestionowały sens dalszego posługiwania się samą kategorią. Ich autorzy, Michael Allen Williams z Uniwersytetu Waszyngtońskiego i Karen L. King z Harvardu, różnią się w metodzie i we wnioskach praktycznych, ale łączy ich przekonanie, że „gnostycyzm” bardziej zaciemnia niż wyjaśnia.
Williams i rozbiórka stereotypów
Książka Williamsa nosi wymowny podtytuł: An Argument for Dismantling a Dubious Category, argument za demontażem wątpliwej kategorii. Jej główna część jest systematycznym przeglądem cech, które podręczniki przypisują gnostycyzmowi, i porównaniem ich z tym, co mówią rzeczywiste teksty, zwłaszcza z Nag Hammadi. Williams kolejno bada tezy o egzegezie protestu, o antykosmizmie, o nienawiści do ciała, o alternatywie między surową ascezą a libertynizmem, o deterministycznym elitaryzmie, w którym zbawienie przysługuje tylko wybranym z natury, oraz o społecznej ucieczce od świata.
W każdym przypadku jego wniosek jest podobny. Cechy uważane za typowe występują tylko w części tekstów albo występują także w źródłach, których nikt nie nazywa gnostyckimi. Wiele tekstów z Nag Hammadi traktuje kosmos z ambiwalencją, a nie z jednoznaczną wrogością, i przyznaje mu rolę obrazu wyższego świata. Zarzut libertynizmu pochodzi niemal wyłącznie od herezjologów i nie znajduje potwierdzenia w zachowanych pismach, które w zdecydowanej większości zalecają ascezę. Determinizm zbawczy, przypisywany na przykład walentynianom, okazuje się przy bliższej lekturze bardziej złożony: teksty mówią o wyborze, nawróceniu i wysiłku moralnym. Egzegeza protestu, czyli odwracanie Biblii dla zasady, okazuje się raczej próbą rozwiązania realnych trudności tekstu.
Szczególnie interesujący jest rozdział o społecznym kontekście. Williams sugeruje, że wiele grup zaliczanych do gnostyckich mogło dążyć raczej do zmniejszenia napięcia z otoczeniem niż do jego zwiększenia, a ich spekulacje mogły być sposobem na pogodzenie chrześcijaństwa z wykształconą kulturą platońską. Obraz gnostyka jako zbuntowanego outsidera byłby wówczas w dużej mierze projekcją nowoczesnych badaczy.
Krytyka ta miała w dorobku Williamsa długą prehistorię. Już w książce The Immovable Race z 1985 roku badał on setiańskie określenie „rodu niezachwianego” i dowodził, że nie chodzi w nim o elitarną, z góry wybraną kastę, lecz o ideał duchowej stałości, zakorzeniony w platońskim i filońskim przekonaniu, że to, co boskie, jest nieporuszone, a dusza zbliża się do Boga, gdy przestaje się chwiać. Ród niezachwiany byłby więc określeniem celu, do którego dąży się przez kontemplację, a nie przywilejem urodzenia. Ten przykład dobrze pokazuje metodę Williamsa: zamiast przyjmować obiegowe streszczenie, wraca do konkretnego terminu i pyta, co znaczył w intelektualnym świecie, w którym powstał.
Biblijny demiurgizm zamiast gnostycyzmu
Williams nie poprzestaje na krytyce. Proponuje zastąpić „gnostycyzm” kategorią węższą i opisową: tradycjami biblijno-demiurgicznymi, biblical demiurgical traditions. Należałyby do nich wszystkie te mity i systemy, które odróżniają stwórcę lub władcę świata od najwyższego Boga i jednocześnie czerpią z tradycji żydowskich i chrześcijańskich. Tak zdefiniowana grupa obejmowałaby źródła setiańskie, walentyniańskie, a także Marcjona, choć ten ostatni był tradycyjnie oddzielany od gnostyków.
Zaletą tej propozycji jest jej skromność. Nie zakłada wspólnej psychologii, wspólnego „ducha” ani wspólnego doświadczenia wyobcowania. Wskazuje jedną wyraźną cechę doktrynalną, którą można sprawdzić w tekście, i pozwala badać jej różne realizacje bez przesądzania o tym, że należą do jednej religii. Wadą, jak zauważali krytycy, jest jej techniczność i to, że łączy zjawiska, które same siebie nie uważały za pokrewne. Termin nie przyjął się szeroko, ale sama strategia, zastępowania ogólnej etykiety opisem konkretnej cechy, wpłynęła na sposób pisania o tych tekstach.
King i genealogia konstrukcji
Karen King podeszła do problemu inaczej. What Is Gnosticism? jest przede wszystkim historią pojęcia, a dopiero w drugiej kolejności propozycją rozwiązania. King śledzi, jak kategoria powstawała w pismach herezjologów i jak była przejmowana, przekształcana i wypełniana nową treścią przez kolejne pokolenia uczonych. Jej teza brzmi, że gnostycyzm był od początku narzędziem retorycznym: pojęciem służącym do wyznaczenia granic ortodoksji przez opisanie tego, co poza nią leży.
Ireneusz i jego następcy, według King, nie opisywali neutralnie różnorodnych grup, lecz konstruowali z nich jedną genealogię herezji, wywodzącą się od Szymona Maga, by pokazać, że wszystkie odstępstwa mają wspólne, nieapostolskie źródło. Nowożytni badacze, nawet gdy odrzucali teologiczne oceny herezjologów, zachowali ich podstawowy gest: założenie, że istnieje jedno zjawisko, które można zdefiniować przez przeciwieństwo do normatywnego chrześcijaństwa. Zmieniała się tylko treść tego przeciwieństwa: dla Harnacka była to hellenizacja, dla szkoły religiohistorycznej orientalny synkretyzm, dla innych egzystencjalne wyobcowanie.
King pokazuje, że w rezultacie kategoria zawsze mówiła więcej o tym, co badacz uważał za istotę chrześcijaństwa, niż o samych tekstach. W ten sposób „gnostycyzm” przechowywał w sobie dawną polemikę pod pozorem neutralnego opisu. Wniosek King jest bardziej radykalny niż wniosek Williamsa: nie chodzi o zastąpienie złej kategorii lepszą, lecz o porzucenie poszukiwania jednej istoty i badanie tekstów w ich konkretnych kontekstach, pytając, jak każdy z nich uczestniczył w kształtowaniu chrześcijańskiej tożsamości.
Taką lekturę King zaprezentowała w swoich pracach o poszczególnych tekstach, zwłaszcza w studium The Gospel of Mary of Magdala, wydanym również w 2003 roku, i w monografii The Secret Revelation of John z 2006 roku. W pierwszej czytała Ewangelię Marii jako świadectwo sporu o autorytet i przywództwo w gronie uczniów, w tym o miejsce kobiet, a nie jako dokument jakiejś gnostyckiej sekty. W drugiej analizowała Apokryfon Jana jako tekst, który w różnych wersjach odpowiadał na pytania o pochodzenie zła, o naturę człowieka i o sens zbawienia, przedstawiając te odpowiedzi w dialogu z platońską filozofią i z egzegezą Rodzaju. Gnostycyzm jako etykieta pojawia się w tych książkach głównie jako przedmiot krytyki, a nie narzędzie opisu.
Setianizm i węższe definicje
Obok tych propozycji rozwijała się trzecia droga, która nie pochodzi od Williamsa ani King, ale bywa w tej dyskusji przywoływana jako rozwiązanie pośrednie. Hans-Martin Schenke w latach siedemdziesiątych wyodrębnił w zbiorze z Nag Hammadi grupę tekstów, które nazwał setiańskimi: łączy je postać Seta jako duchowego przodka, triada Ojca, Matki Barbelo i Syna Autogenesa, czterej świetliści aniołowie i podobny mit o upadku Sofii i działaniu Jaldabaota. Bentley Layton, a później David Brakke w The Gnostics z 2010 roku, poszli dalej i zaproponowali, by słowo „gnostycy” rezerwować dla konkretnej grupy, którą Ireneusz i inni świadkowie opisują jako nazywającą samą siebie w ten sposób, i utożsamili ją w dużej mierze z nurtem setiańskim.
Taka węższa definicja odpowiada na zarzut Williamsa, bo nie zakłada istnienia rozległej religii, i jednocześnie zachowuje termin, który ma oparcie w źródłach. King przyjmowała ją ostrożnie, zwracając uwagę, że nawet granice nurtu setiańskiego są przedmiotem sporu, a teksty do niego zaliczane różnią się od siebie znacznie. Dla walentynian, którzy w tym ujęciu przestają być gnostykami w ścisłym sensie, trzeba szukać odrębnego opisu, i rzeczywiście współczesne badania coraz częściej traktują ich jako osobny ruch, mający własną historię i teologię.
Co zostaje po dekonstrukcji
Krytyka Williamsa i King spotkała się z różnymi reakcjami. Część badaczy, jak Birger Pearson, broniła potrzeby ogólnej kategorii, argumentując, że teksty o podobnej strukturze mitycznej rzeczywiście istnieją i że nauka potrzebuje pojęć, które pozwalają je porównywać. Christoph Markschies w zwięzłym podręczniku Die Gnosis z 2001 roku przyjął drogę pośrednią i zaproponował listę cech typowych, z zastrzeżeniem, że konkretny tekst nie musi spełniać ich wszystkich, a sama kategoria ma charakter typologiczny, nie historyczny. Inni po prostu piszą dziś „gnostycyzm” w cudzysłowie lub unikają tego słowa, mówiąc o konkretnych nurtach: setianach, walentynianach, bazylidianach.
Najtrwalszym skutkiem tej dyskusji jest zmiana nawyku. Trudno dziś przedstawić gnozę jako jednolitą religię wyobcowania bez przynajmniej wzmianki o tym, że obraz ten został zakwestionowany. Badacze uważniej odróżniają to, co mówią same teksty, od tego, co mówią o nich herezjolodzy i nowożytne syntezy. Williams i King nie zlikwidowali kategorii, ale pozbawili ją niewinności: każdy, kto jej używa, musi powiedzieć, co przez nią rozumie i dlaczego uważa ją za przydatną. Paradoksalnie jest to także zysk dla czytelnika, którego interesuje duchowy sens tych pism, bo pozwala usłyszeć każdy z nich osobno, zamiast słyszeć w nich tylko echo jednego, z góry założonego mitu.
