Mikołaj z Metony i odparcie Elementów teologii
Gdy w XII wieku biskup Mikołaj z Metony sporządził systematyczne odparcie Elementów teologii Proklosa, przyznał tym samym, że sześć stuleci po zamknięciu szkoły ateńskiej geometryczny wykład neoplatońskiej metafizyki wciąż uwodził wykształconych chrześcijan Konstantynopola i wymagał odpowiedzi równie metodycznej.

Biskup z Peloponezu i dwór Komnenów
Metona, nadmorskie miasto na południowo-zachodnim krańcu Peloponezu, nie należała do wielkich ośrodków intelektualnych Bizancjum. Jej biskup Mikołaj, zmarły zapewne około 1165 roku, był jednak jednym z najbardziej aktywnych teologów swojej epoki i uczestnikiem sporów, które rozgrywały się w samej stolicy. Wiemy o nim niewiele w sensie biograficznym. Znamy natomiast jego pisma: traktaty przeciw Łacinnikom w sprawie pochodzenia Ducha Świętego i chleba niekwaszonego, rozprawy o Eucharystii i ofierze Chrystusa, wreszcie dzieło, które zapewniło mu miejsce w historii filozofii – Anaptyxis tes theologikes stoicheioseos Proklou, „Rozwinięcie” albo „Odparcie Elementów teologii Proklosa”.
Kontekstem tej działalności było panowanie Manuela I Komnena (1143–1180), cesarza, który sam lubił rozprawiać o teologii i zwoływał synody w sprawach subtelnych do granic wytrzymałości uczestników. W latach 1156–1157 rozstrzygano, czy ofiara Chrystusa została złożona tylko Ojcu, czy całej Trójcy; główny przeciwnik prawowiernego rozwiązania, diakon Soteryk Panteugenos, desygnowany na patriarchę Antiochii, został potępiony, a Mikołaj należał do najaktywniejszych jego krytyków. W 1166 roku spierano się o sens słów „Ojciec większy jest ode mnie”. Była to kultura, w której precyzja pojęć uchodziła za sprawę zbawienia, a dobrze wykształcony duchowny musiał umieć prowadzić dysputę z użyciem całego aparatu greckiej filozofii.
W takim świecie Elementy teologii miały szczególną siłę przyciągania. Proklos, ostatni wielki scholarcha Akademii, zmarły w 485 roku, ułożył w nich dwieście jedenaście twierdzeń, każde z dowodem, na wzór Elementów Euklidesa. Zaczynał od zdania, że wszelka wielość uczestniczy w jakiś sposób w jedności, i krok po kroku wyprowadzał całą hierarchię rzeczywistości: Jedno, henady, intelekty, dusze, ciała. Dla umysłów wychowanych na logice i geometrii była to konstrukcja niemal nieodparta. Nie przypominała poetyckiej mitologii ani teurgicznych obrzędów, lecz przemawiała językiem dowodu.
Przedmowa jako diagnoza
O motywach swojej pracy Mikołaj mówi wprost w przedmowie. Pisze, że niektórzy spośród „naszych”, czyli chrześcijan, zachwycają się księgą Proklosa i uważają ją za skarbnicę mądrości, nie dostrzegając, że prowadzi ona ku wielobóstwu i podważa naukę o stworzeniu. Odparcie ma więc nie tylko charakter polemiki z martwym od siedmiu stuleci filozofem, lecz także cel duszpasterski: ostrzec współczesnych czytelników, że elegancja dowodu nie gwarantuje prawdy.
Ta diagnoza jest dla historyka cenna. Pokazuje, że w XII wieku Elementy nie były wyłącznie przedmiotem antykwarycznego zainteresowania wąskiej grupy erudytów. Czytano je w kręgach, w których formowali się przyszli biskupi i urzędnicy, i traktowano jako podręcznik metafizyki. Wcześniejsze potępienia platonizmu w Bizancjum nie zdołały tego zmienić, a może nawet uczyniły zakazaną mądrość bardziej pociągającą. Mikołaj nie odwołuje się do anatematów; zamiast nich przyjmuje strategię intelektualną, próbując pokonać Proklosa na jego własnym polu.
Metoda twierdzenie po twierdzeniu
Anaptyxis ma budowę ściśle podporządkowaną strukturze krytykowanego dzieła. Mikołaj przytacza kolejne twierdzenia Proklosa, często wraz z dowodami, a następnie komentuje je, wskazując, co jest w nich słuszne, co wymaga korekty, a co należy odrzucić. Nie wszystkie twierdzenia budzą jego sprzeciw. Wiele zdań o naturze jedności, przyczynowości i hierarchii bytów uznaje za prawdziwe lub przynajmniej możliwe do przyjęcia, o ile odniesie się je do jedynego Boga. Spór koncentruje się tam, gdzie neoplatońska konstrukcja zderza się z chrześcijańską doktryną.
Pierwszym takim miejscem jest pojęcie Jedna. Dla Proklosa Jedno jest ponad bytem, absolutnie proste i niepodzielne, a wszystko, co po nim następuje, jest niższe i mniej jedne. Mikołaj zgadza się, że Bóg przekracza wszelkie określenia, ale zarzuca Proklosowi, że jego Jedno nie może być troiste. Skoro chrześcijański Bóg jest jednocześnie jeden i w trzech Osobach, a Osoby są sobie równe, to schemat stopniowego odpadania od jedności nie może opisywać relacji wewnątrz Boga. Prokliańska hierarchia stosuje się co najwyżej do stworzeń, i to z istotnymi zastrzeżeniami.
Drugim punktem jest nauka o henadach. Twierdzenia dotyczące tych „jednostek boskich”, które u Proklosa pośredniczą między Jednem a bytem i odpowiadają tradycyjnym bogom greckim, Mikołaj odczytuje jako filozoficzną obronę politeizmu. Pod abstrakcyjnym słownictwem dostrzega dawne panteony, a w przekonaniu, że każda henada ma własną „serię” bytów niższych, widzi systematyzację kultu wielu bóstw. Odparcie przybiera tu ton wyraźnie polemiczny. Bizantyjski biskup nie ma wątpliwości, że prawdziwym przedmiotem Elementów jest teologia pogańska, ukryta pod geometryczną formą.
Trzecim polem sporu jest przyczynowość. Proklos twierdzi, że każda przyczyna wytwarza swoje skutki poprzez szereg pośredników, a byty wyższe działają na niższe za pośrednictwem stopni pośrednich. Mikołaj przeciwstawia temu bezpośrednie stwórcze działanie Boga, który powołuje do istnienia wszystkie rzeczy z niczego i nie potrzebuje do tego żadnych podległych mocy. Kwestionuje również pojęcie bytów „samoukonstytuowanych”, authypostata, które według Proklosa same są przyczyną swojego istnienia. Dla Mikołaja tylko Bóg jest prawdziwie samoistny, a przypisywanie tej cechy jakiemukolwiek stworzeniu podważa jego zależność od Stwórcy.
Inaczej przedstawia się sprawa z twierdzeniami, które opisują ogólny rytm przyczynowania: każdy skutek trwa w swojej przyczynie, wychodzi z niej i ku niej powraca. Ta triada trwania, wyjścia i powrotu, jedna z najważniejszych struktur myśli Proklosa, dawała się przełożyć na język chrześcijański stosunkowo łatwo, bo stworzenie także pochodzi od Boga i ku Niemu zmierza. Tam, gdzie Proklos mówi o tym w kategoriach ogólnych, komentarz Mikołaja traci polemiczny ton i staje się raczej przypisem korygującym niż odparciem. Ta zmienność tonu jest pouczająca. Pokazuje czytelnika, który nie odrzuca systemu w całości, lecz przesiewa go, oddzielając warstwę logiczną od teologicznej.
Mikołaj zatrzymuje się też przy kwestii czasu i wieczności. Proklos rozróżnia byty wieczne, istniejące poza czasem, byty wieczne w sensie trwania przez cały czas oraz byty, które powstają i giną. Dla bizantyjskiego biskupa najważniejsze jest, by nie zaliczyć świata do żadnej z dwóch pierwszych kategorii w sensie, który wykluczałby jego początek. Świat, choć może trwać bez końca, otrzymał istnienie w określonym momencie z woli Stwórcy; Mikołaj podkreśla, że wieczność w ścisłym znaczeniu przysługuje tylko Bogu. W tym punkcie polemika z Elementami łączy się z dawnym chrześcijańskim sporem z platonikami o wieczność kosmosu, prowadzonym już przez Jana Filopona w VI wieku.
Dionizy przeciw Proklosowi
Szczególnie interesujące jest to, z jakich autorytetów Mikołaj korzysta w polemice. Odwołuje się do Ojców Kapadockich, do Jana Damasceńskiego i do Dionizego Areopagity, którego pisma w XII wieku uchodziły powszechnie za dzieło ucznia świętego Pawła. Dla Mikołaja Dionizy był świadkiem wiary apostolskiej, wyrażonej językiem dostatecznie subtelnym, by mógł mierzyć się z filozofami.
Z dzisiejszej perspektywy sytuacja jest wręcz ironiczna. Od końca XIX wieku wiadomo, że autor korpusu dionizyjskiego pisał na przełomie V i VI wieku i czerpał z Proklosa garściami, przejmując nie tylko pojęcia, ale całe sformułowania i struktury rozumowania. Mikołaj, nie wiedząc o tym, bronił chrześcijańskiej teologii przed Proklosem przy pomocy schrystianizowanego Proklosa. Ironia ta nie odbiera jednak jego polemice sensu. Pokazuje raczej, że w Bizancjum neoplatonizm funkcjonował na dwóch poziomach: jako zakazana metafizyka pogańska i jako język ortodoksyjnej teologii mistycznej, przyswojony tak głęboko, że nikt już nie rozpoznawał jego pochodzenia.
Można to ująć jeszcze inaczej. Mikołaj nie walczył z neoplatonizmem w ogóle, lecz z neoplatonizmem, który nie przeszedł przez filtr chrześcijańskiej recepcji. Dionizy był dla niego dowodem, że pewne pojęcia – hierarchia, światło, uczestnictwo, transcendencja przekraczająca byt – mogą służyć wierze. Proklos był dowodem, że te same pojęcia, pozostawione samym sobie, prowadzą do wielobóstwa i zatarcia różnicy między Stwórcą a stworzeniem. Granica nie przebiegała więc między filozofią a teologią, ale między dwoma sposobami ułożenia tego samego materiału.
Autorstwo, wydania i znaczenie
Losy samego tekstu mają własną historię. W XIX wieku niektórzy badacze wysunęli hipotezę, że Anaptyxis jest w rzeczywistości przeróbką zaginionego odparcia Proklosa, które w VI wieku miał napisać Prokopiusz z Gazy, a Mikołaj jedynie przejął cudze dzieło. Hipoteza ta opierała się na przekonaniu, że w XII wieku nikt nie mógłby przeprowadzić tak gruntownej analizy Elementów. Krytyczne wydanie przygotowane przez Athanasiosa Angelou i opublikowane w 1984 roku w serii Corpus Philosophorum Medii Aevi zaproponowało przekonujące argumenty za autorstwem Mikołaja, wskazując na zgodność stylu i myśli z innymi jego pismami oraz na odniesienia do sporów jego epoki.
Rozstrzygnięcie to ma znaczenie wykraczające poza filologię. Jeśli Anaptyxis jest dziełem XII wieku, to stanowi bezpośrednie świadectwo atrakcyjności Proklosa w Bizancjum Komnenów i dowód, że obok formalnych potępień istniała także poważna praca intelektualna, mająca przekonać czytelników na drodze argumentu. Mikołaj nie zakazywał lektury Elementów; przeciwnie, przytaczał ich twierdzenia w całości, umożliwiając czytelnikom zapoznanie się z nimi. Jego odparcie mogło więc paradoksalnie działać również jako podręcznik dla tych, którzy chcieli poznać Proklosa.
Dzieło biskupa z Metony należy do nielicznych średniowiecznych tekstów, które podejmują z neoplatonizmem dyskusję systematyczną, a nie tylko fragmentaryczną. Na łacińskim Zachodzie Elementy teologii stały się dostępne dopiero w 1268 roku, w przekładzie Wilhelma z Moerbeke, i dopiero wtedy Tomasz z Akwinu mógł rozpoznać, że Liber de causis jest wyciągiem z Proklosa, a nie dziełem Arystotelesa. Bizancjum miało tekst grecki przez cały czas i musiało się z nim zmagać bez przerwy. Anaptyxis jest jednym z najwyraźniejszych śladów tego zmagania: świadectwem, że neoplatońska metafizyka była dla wykształconych Greków nie zamkniętym rozdziałem, ale żywą możliwością, którą trzeba było raz po raz rozważać i odrzucać.
