Wilhelm z Moerbeke i łaciński Proklos
Przekładając w latach 1268–1280 Elementy teologii i trzy rozprawy o opatrzności i złu, a później komentarz do Parmenidesa, flamandzki dominikanin Wilhelm z Moerbeke dał łacińskiemu Zachodowi autentycznego Proklosa w miejsce anonimowego Liber de causis i zmienił sposób, w jaki średniowiecze rozumiało własny neoplatonizm.

Tłumacz z Flandrii
Wilhelm urodził się zapewne między 1215 a 1235 rokiem w Moerbeke, niedaleko Geraardsbergen we Flandrii. Wstąpił do zakonu dominikanów, a znajomość greki zdobył najpewniej podczas pobytów w Grecji, zwłaszcza w Tebach i Nikei, gdzie zakon prowadził placówki na terenach pozostających po czwartej krucjacie w rękach łacińskich. Od końca lat sześćdziesiątych XIII wieku działał przy kurii papieskiej w Viterbo i Orvieto, pełnił funkcję penitencjarza i kapelana papieskiego, a w 1278 roku został łacińskim arcybiskupem Koryntu. Zmarł około 1286 roku.
W historii nauki zapisał się przede wszystkim jako tłumacz Arystotelesa. Rewidował dawne przekłady, sporządzał nowe, przekładał też komentatorów greckich – Ammoniusza, Symplikiusza, Temistiusza – oraz dzieła matematyczne Archimedesa i Herona. Jego warsztat był surowy: tłumaczył słowo za słowem, zachowując szyk greckiego zdania, tworząc łacińskie neologizmy dla greckich złożeń i oddając nawet rodzajniki. Współcześni nie zawsze to doceniali. Roger Bacon, krytyczny wobec niemal wszystkich tłumaczy swojej epoki, wyrażał się o pewnym Wilhelmie Flamandczyku z pogardą, zarzucając mu nieznajomość języków, a w literaturze utarło się, że chodziło właśnie o Moerbekego. Dla dzisiejszego filologa ta dosłowność jest jednak zaletą, bo pozwala niemal odtworzyć grecki tekst, z którego tłumacz korzystał.
Przekłady proklejskie zajmują w tym dorobku miejsce osobne. Nie były potrzebne do nauczania w szkołach, nie wchodziły w kanon uniwersyteckich lektur i nie miały poparcia autorytetu Arystotelesa. Powstały, jak się zdaje, z zainteresowania samego tłumacza i jego najbliższego kręgu, i to one okazały się najbardziej brzemienne w skutki dla dziejów platonizmu na Zachodzie.
Elementatio theologica i koniec pewnego złudzenia
Przez większą część XIII wieku głównym łacińskim nośnikiem proklejskiej metafizyki był Liber de causis. Ten krótki traktat powstał po arabsku w IX wieku, najpewniej w Bagdadzie, w kręgu tłumaczy i filozofów związanych z al-Kindim, a do łaciny przełożył go w XII wieku Gerard z Cremony. W szkołach krążył pod imieniem Arystotelesa lub jako dopełnienie jego Metafizyki, a jego twierdzenia o pierwszej przyczynie, inteligencjach i duszach komentowano na wydziałach sztuk obok dzieł Stagiryty. W 1255 roku paryski wydział sztuk włączył go do obowiązkowego programu. Neoplatonizm wchodził więc do łacińskich szkół pod przebraniem perypatetyckim.
Wilhelm ukończył przekład Elementów teologii w Viterbo 18 maja 1268 roku. Łacińska Elementatio theologica zawierała wszystkie dwieście jedenaście twierdzeń Proklosa wraz z dowodami, w porządku, który od pierwszego zdania o wielości uczestniczącej w jedności prowadzi przez przyczynowość, stopnie bytu i henady aż do nauki o duszach. Kto miał w ręku oba teksty, mógł teraz zobaczyć, że znaczna część Liber de causis jest przetworzonym wyborem z Proklosa, a nie dziełem Arystotelesa. Rozpoznanie to padło w środowisku paryskim w ciągu kilku lat od ukazania się przekładu i należy do najważniejszych odkryć filologicznych średniowiecza – osobną sprawą, której ten esej nie podejmuje, jest to, kto i w jakim komentarzu sformułował je najpierw.
Skutki były dwojakie. Z jednej strony autorytet Liber de causis nie upadł; traktat komentowano dalej, tyle że ze świadomością jego platońskiego rodowodu. Z drugiej strony łacinnicy po raz pierwszy otrzymali neoplatonizm w postaci nieskróconej i nie dopasowanej do monoteistycznej metafizyki stworzenia. U Proklosa między Jednym a bytem stoją henady, bogowie, którzy są jednościami ponad bytem; w Liber de causis tej warstwy brak. Lektura Elementatio zmuszała do zmierzenia się z tym, że oryginał jest bardziej pogański, bardziej wielostopniowy i bardziej konsekwentny niż jego arabska przeróbka.
Przekład wymagał decyzji terminologicznych, które na długo ustaliły łaciński język proklejskiej metafizyki. Greckie henady, owe boskie jedności, otrzymały w łacinie miano unitates, a trudny termin hyparxis, oznaczający u Proklosa najwyższy, źródłowy moment istnienia danej rzeczywistości, oddawano przez existentia, co późniejszym czytelnikom nastręczało niemało kłopotów, bo słowo to miało już w szkołach własne, inne znaczenie. Rozróżnienie między tym, co „nieuczestniczone”, a tym, co „uczestniczone”, zachowano dzięki konsekwentnemu tworzeniu przymiotników z przedrostkiem przeczącym, obcych klasycznej łacinie, ale wiernych greckiej logice tekstu. Takie rozwiązania brzmiały szorstko, lecz chroniły przed pokusą upodobnienia Proklosa do znanych już autorów. Czytelnik, który natrafiał na niezwykłe słowo, był zmuszony zatrzymać się i zapytać, co ono znaczy w porządku nowego systemu.
Trzy rozprawy z Koryntu
W lutym 1280 roku, już jako arcybiskup Koryntu, Wilhelm ukończył przekład trzech niewielkich rozpraw Proklosa, które łacińska tradycja nazwała Tria opuscula. Są to: rozprawa o dziesięciu wątpliwościach dotyczących opatrzności, rozprawa o opatrzności, przeznaczeniu i tym, co zależy od nas, oraz rozprawa o istnieniu zła. Ich greckie oryginały w większości zaginęły. Znamy je dzięki łacinie Moerbekego oraz dzięki bizantyńskiej parafrazie Izaaka Sebastokratora, która przejmuje sporą część tekstu, ale bez imienia autora i z chrześcijańskimi poprawkami.
Te rozprawy mają inny charakter niż Elementatio. Zamiast geometrycznego ciągu twierdzeń przynoszą dyskusję z zarzutami, polemikę z deterministycznym fatalizmem i analizę zła jako czegoś, co nie ma własnej przyczyny, lecz jest ubocznym skutkiem działań zmierzających do dobra. Rozprawa o opatrzności i przeznaczeniu zawiera też wątek, który okaże się ważny dla późniejszych czytelników: naukę o tym, co w duszy najwyższe, o „jednym duszy”, przez które dusza może zjednoczyć się z boskością, przekraczając samo myślenie. Moerbeke nie komentował tych tekstów; dał je jedynie łacinie, ale tym samym umożliwił, by niemieccy dominikanie XIV wieku zbudowali na nich własną naukę o duszy.
Pierwsi czytelnicy tych przekładów należeli do bliskiego otoczenia tłumacza. Henryk Bate z Mechelen, astronom i filozof, który znał Moerbekego osobiście, w obszernym Speculum divinorum et quorundam naturalium sięgał zarówno do Elementatio, jak i do rozpraw o opatrzności, łącząc je z Arystotelesem i z arabską astronomią. Jego dzieło pokazuje, jak szybko Proklos, ledwie przełożony, stał się dla niektórych łacinników nie egzotyczną ciekawostką, lecz pełnoprawnym rozmówcą w sprawach intelektu, opatrzności i porządku kosmosu.
Dla historii przekładu ważne jest to, że łacina Moerbekego bywa jedynym świadkiem greckiej myśli. Współcześni wydawcy, rekonstruując tok argumentacji Proklosa, muszą cofać tłumaczenie do greki, wykorzystując znajomość jego nawyków. Dosłowność, wyśmiewana przez Bacona, staje się tu warunkiem ocalenia tekstu.
Komentarz do Parmenidesa i fragment o Timajosie
Najpóźniejszym i najbardziej wymagającym przedsięwzięciem był przekład komentarza Proklosa do Parmenidesa. Daty nie znamy dokładnie; zwykle umieszcza się go w ostatnich latach życia tłumacza, już po rozprawach korynckich. Komentarz jest najobszerniejszym zachowanym wykładem neoplatońskiej egzegezy dialogu, w którym późni platonicy widzieli teologię w pełnym tego słowa znaczeniu: kolejne hipotezy o jednym miały opisywać kolejne stopnie rzeczywistości, od Jednego ponad bytem aż po to, co już tylko pozorne.
Przekład Moerbekego ma dla filologów wartość wyjątkową z prostego powodu. Grecki tekst komentarza urywa się w księdze siódmej, a łacina zachowała jego końcową część, obejmującą zamknięcie wykładu o pierwszej hipotezie. Zakończenie to, w którym Proklos mówi o milczeniu jako jedynej właściwej odpowiedzi na to, co przekracza wszelkie orzekanie, znamy wyłącznie dzięki dominikaninowi z Flandrii. Krytyczne wydanie łacińskiej wersji przygotował w latach osiemdziesiątych XX wieku Carlos Steel; to samo środowisko badaczy z Lowanium opracowało także pozostałe przekłady proklejskie.
Również tam, gdzie grecki tekst istnieje, łacina pozostaje świadkiem niezależnym. Grecki rękopis, z którego korzystał tłumacz, nie zachował się, a jego przekład w wielu miejscach poświadcza lekcje lepsze od tych, które przekazały późniejsze bizantyńskie kodeksy. Wydawca greckiego komentarza nie może się więc obejść bez średniowiecznego dominikanina, i to nie jako pomocy, lecz jako równorzędnego źródła.
Z komentarza do Timajosa Wilhelm przełożył tylko niewielki fragment. Nie wiadomo, czy był to początek zamierzonego pełnego przekładu, czy wybór dokonany na potrzeby konkretnej lektury. Ten urywek nie miał większego znaczenia dla średniowiecznej recepcji, ale świadczy o tym, że zainteresowania tłumacza obejmowały cały korpus Proklosa, a nie tylko jego podręcznik metafizyki.
Proklos bez pośredników
Dorobek ten nie wywołał w XIII wieku przewrotu. Przekłady proklejskie zachowały się w stosunkowo niewielu rękopisach, czytano je w wąskich kręgach, a na uniwersytetach nadal dominował Arystoteles. Ich prawdziwe żniwo przyszło później. W Kolonii, w środowisku dominikańskim, Elementatio i Tria opuscula stały się podstawą spekulacji o intelekcie i jedności duszy, a w połowie XIV wieku powstał tam obszerny komentarz do całych Elementów teologii. W XV wieku Mikołaj z Kuzy czytał łaciński komentarz do Parmenidesa z piórem w ręku i zostawił na jego marginesach liczne uwagi. Dopiero Marsilio Ficino i humaniści sięgnęli do greckich oryginałów, ale i oni przychodzili na grunt przygotowany przez średniowieczne łacińskie przekłady.
Znaczenie Moerbekego polega więc nie na tym, że przyniósł nową doktrynę, lecz na tym, że usunął pośrednika. Zamiast arabskiej kompilacji, przypisanej Arystotelesowi i wygładzonej w duchu teologii stworzenia, łaciński czytelnik dostał tekst grecki w wiernym, niemal przezroczystym odwzorowaniu. Mógł odtąd odróżnić to, co należy do późnej szkoły ateńskiej, od tego, co dodali jej muzułmańscy i chrześcijańscy adaptatorzy. Ta zdolność rozróżniania jest warunkiem wszelkiej historii idei i w tym sensie flamandzki dominikanin przyczynił się do niej bardziej niż wielu spekulatywnych filozofów swojej epoki.
Jest w tej historii także rys bardziej osobisty. Wilhelm pracował w kurialnym Viterbo, w otoczeniu matematyków, lekarzy i astronomów, a potem w Koryncie, na krańcu łacińskiego świata. Przekładał Proklosa obok Archimedesa i traktatów o zwierciadłach, jakby nie widział sprzeczności między matematyczną ścisłością a teologią Jednego. Sam Proklos, autor komentarza do Euklidesa, z pewnością by ją odrzucił. Łaciński Proklos narodził się więc w środowisku, które w praktyce potwierdzało jego przekonanie, że liczba, figura i boskość należą do jednego porządku, oglądanego na różnych wysokościach.
