Christian Morgenstern – poeta Galgenlieder i uczeń Steinera
Christian Morgenstern, w powszechnej pamięci autor groteskowych Galgenlieder, w ostatnich pięciu latach życia, między spotkaniem ze Steinerem w 1909 roku a śmiercią w 1914, stworzył poezję medytacyjną, w której antropozofia znalazła swój najdojrzalszy wyraz literacki, czego dowodem jest tom Wir fanden einen Pfad.

Dwa oblicza jednego poety
Niemiecki czytelnik zna Christiana Morgensterna przede wszystkim jako twórcę Palmströma i Korfa, rybiej nocnej pieśni złożonej z samych znaków metrycznych, płotu z przerwami, z których architekt buduje dom, i tych wszystkich absurdalnych istot, które od 1905 roku zaludniają Galgenlieder. Te wiersze weszły do szkolnych antologii, kabaretów i języka potocznego; przetłumaczono je na wiele języków, także na polski. Znacznie rzadziej pamięta się, że ten sam autor w ostatnich latach życia pisał wiersze o modlitwie, o Chrystusie, o drodze duszy przez śmierć i o miłości jako sile przekraczającej osobę. Dla wielu współczesnych był to rozłam w obrębie jednej biografii, zagadka, którą tłumaczono chorobą, małżeństwem albo wpływem charyzmatycznego nauczyciela.
Bliższa lektura pokazuje, że obie strony twórczości Morgensterna wyrastają z jednego doświadczenia: podejrzliwości wobec języka i świata, które uchodzą za oczywiste. Groteska Galgenlieder rozbija nawyki mowy, każąc słowom zachowywać się jak rzeczy, a rzeczom jak słowom. Poezja medytacyjna idzie dalej i pyta, co pozostaje, gdy zwykła oczywistość zostanie zawieszona. W tym sensie spotkanie ze Steinerem nie przerwało drogi poety, lecz nadało jej kierunek, którego Morgenstern szukał od młodości.
Nietzsche, Eckhart i młodzieńcze poszukiwania
Morgenstern urodził się w 1871 roku w Monachium w rodzinie malarzy pejzażystów. Wcześnie stracił matkę, która zmarła na gruźlicę, tę samą chorobę, która miała zniszczyć jego życie. Jako student w Breslau i młody literat w Berlinie należał do pokolenia, dla którego Nietzsche był objawieniem. Debiutancki tom In Phanta’s Schloss z 1895 roku, pełen kosmicznej fantazji i młodzieńczego entuzjazmu, Morgenstern zadedykował duchowi Nietzschego. Przez kilka lat filozof Zaratustry był dla niego wzorem wolnego, twórczego człowieka, który odrzuca narzucone wartości i sam tworzy siebie.
Z czasem jednak ten wzór okazał się niewystarczający. Morgenstern czytał intensywnie mistyków, zwłaszcza Mistrza Eckharta, a także Ewangelię Jana, Tołstoja, Spinozę i literaturę wedyjską. Zapiski z pierwszych lat XX wieku, wydane później jako aforyzmy i fragmenty dziennika, pokazują człowieka, który szuka wyjścia poza indywidualizm, nie rezygnując z wolności. U Eckharta znajdował naukę o „narodzinach Boga w duszy”, o Gelassenheit, opuszczeniu siebie, w którym człowiek nie traci osoby, lecz odnajduje jej źródło. Tom Melancholie z 1906 roku i późniejszy Einkehr z 1910 roku dokumentują przejście od nietzscheańskiego patosu do skupionej, coraz bardziej modlitewnej mowy.
Trzeba dodać, że Morgenstern przez wiele lat utrzymywał się z przekładów. Tłumaczył Ibsena, którego znał osobiście, a także Strindberga, Hamsuna i Bjørnsona. Praca tłumacza wyrobiła w nim słuch na wagę słowa i szacunek dla cudzej myśli, ale też zmęczenie, które pogłębiało postępującą chorobę. Długie pobyty w sanatoriach, w Szwajcarii, w Tyrolu i we Włoszech, sprawiły, że jego życie było w dużej mierze życiem rekonwalescenta, który pisze w przerwach między nawrotami gorączki.
Spotkanie ze Steinerem i Margareta
Decydujące spotkanie przyszło w 1909 roku. Morgenstern usłyszał wykład Steinera w Berlinie, przeczytał jego Teozofię i Jak osiągnąć poznanie wyższych światów i jeszcze w tym samym roku wstąpił do niemieckiej sekcji Towarzystwa Teozoficznego, którą Steiner wówczas kierował. W kolejnych latach jeździł na jego cykle wykładowe, również do odległych miast; w 1912 roku był w Helsinkach, gdzie Steiner mówił o istotach duchowych w ciałach niebieskich i królestwach natury. Choroba nie pozwalała mu na regularne uczestnictwo, ale to, co słyszał, przetwarzał w wierszach pisanych często w łóżku.
Ta droga miała w sobie coś z zamknięcia koła. Steiner sam przeszedł w młodości przez fascynację Nietzschem: w 1895 roku wydał książkę Friedrich Nietzsche, ein Kämpfer gegen seine Zeit, porządkował w Weimarze archiwum filozofa i bronił jego indywidualizmu przed moralizatorską krytyką. Morgenstern mógł więc rozpoznać w nim kogoś, kto znał ten sam ogień i nie musiał go wypierać, by pójść dalej. Antropozofia nie wymagała od poety odwołania wolności, którą cenił u Nietzschego; obiecywała raczej, że wolność ta znajdzie oparcie w poznaniu duchowym, a nie w samym buncie. Właśnie ten motyw, wolność ugruntowana w duchu, łączył go także z Eckhartem, i to w nim należy szukać wyjaśnienia, dlaczego wybór Steinera nie był dla niego konwersją, lecz rozpoznaniem kierunku. Dla człowieka, który latami szukał po omacku między filozofią, mistyką i literaturą, było to spotkanie z myślą uporządkowaną, ale otwartą, wymagającą od ucznia własnego wysiłku, a nie posłuszeństwa wobec autorytetu. Tak przynajmniej odczytywał ją sam poeta, a jego późne wiersze można traktować jako próbę zdania sprawy z tego wysiłku.
Kluczową postacią tych lat była Margareta Gosebruch von Liechtenstern, którą Morgenstern poznał w 1908 roku w sanatorium w Bad Dreikirchen w Tyrolu i poślubił w 1910 roku. Margareta była nie tylko żoną i opiekunką chorego, lecz także towarzyszką duchowej drogi; razem studiowali antropozofię i razem spotykali się ze Steinerem. Po śmierci męża stała się strażniczką jego spuścizny. To ona wydała z rękopisów tomy Stufen z aforyzmami i zapiskami, Epigramme und Sprüche oraz późne zbiory wierszy, a także kolejne części cyklu groteskowego, jak Palma Kunkel i Der Gingganz. Wiele z tego, co wiemy o wewnętrznym życiu Morgensterna, zawdzięczamy jej staraniom, choć badacze zwracają uwagę, że sposób, w jaki porządkowała i wybierała teksty, utrwalił obraz poety jako przede wszystkim ucznia antropozofii.
Wir fanden einen Pfad
Tom Wir fanden einen Pfad, opublikowany w 1914 roku, niedługo przed śmiercią autora, jest najczystszym świadectwem tej drogi. Już tytuł – „znaleźliśmy ścieżkę” – mówi w liczbie mnogiej i w czasie przeszłym: nie o poszukiwaniu, lecz o znalezieniu, i nie w imieniu samotnego poety, lecz wspólnoty. Morgenstern zadedykował książkę Steinerowi, a wiele wierszy odnosi się wprost do jego nauki, choć bez technicznej terminologii.
Wiersze tego tomu mają formę prostą, często przypominającą sentencje lub modlitwy. Mówią o tym, że świat zmysłów jest szatą ducha, że śmierć jest przejściem, że Chrystus jest obecny w ziemi i w człowieku jako siła przemieniająca, a nie tylko jako postać historyczna. Pojawia się motyw wdzięczności wobec wszystkiego, co niższe, ponieważ ono podtrzymuje to, co wyższe; ta myśl, wyrażona w obrazie Chrystusa myjącego nogi uczniom, należy do najczęściej cytowanych w kręgach antropozoficznych. Inne wiersze opisują medytację jako ciche skupienie, w którym dusza staje się naczyniem, oraz relację do nauczyciela jako zaufanie, które nie odbiera wolności.
Nie jest to poezja łatwa do oceny. Krytycy niechętni antropozofii widzieli w niej spadek formy w porównaniu z błyskotliwością Galgenlieder, dydaktyzm i utratę ironii. Czytelnicy związani z ruchem cenili ją przeciwnie: jako przykład języka, który nie ilustruje doktryny, lecz pozwala ją przeżyć. Rzetelna lektura musi uznać obie racje. Część wierszy jest istotnie zbyt prosta, zbyt bliska wierszowanej katechezie. Najlepsze z nich mają jednak przejrzystość, która jest owocem dyscypliny: zdania krótkie, rytm spokojny, obraz pojedynczy i wyraźny. To przejrzystość podobna do tej, którą Morgenstern podziwiał u Eckharta, i daleka od teozoficznej egzaltacji, częstej wówczas w poezji tego kręgu.
Najdojrzalszy głos literacki
Steiner odnosił się do Morgensterna z wyjątkowym szacunkiem. Gdy poeta przyjechał na cykl wykładów w Lipsku na przełomie 1913 i 1914 roku, był już ciężko chory, a Steiner według zgodnych relacji uczestników zwrócił się do niego z mównicy, wyrażając uznanie dla jego twórczości. Po śmierci Morgensterna w Meranie, 31 marca 1914 roku, Steiner wielokrotnie czytał jego wiersze podczas wykładów i uroczystości, a w przemówieniach pośmiertnych mówił o nim jako o tym, w którym duchowa nauka stała się rzeczywiście sztuką. W antropozoficznej tradycji utrwaliło się przekonanie, że Steiner uważał go za najbardziej dojrzały literacki głos ruchu; trzeba je traktować jako wierne streszczenie wielu wypowiedzi, nie jako jeden dosłowny cytat.
Ten szacunek miał konkretną treść. Steiner nieraz narzekał, że jego słuchacze przyjmują naukę o duchu jako zbiór informacji, a nie jako drogę przemiany myślenia i odczuwania. W Morgensternie widział kogoś, u kogo przyswojenie przebiegło inaczej: poeta nie przepisywał wykładów na wiersze, lecz wydobywał z nich to, co sam przeżył. Dlatego wiersze Morgensterna weszły do praktyki antropozoficznej szerzej niż utwory innych autorów tego kręgu. Recytowano je na zebraniach, w szkołach waldorfskich, podczas uroczystości żałobnych, a niektóre stały się elementem eurytmii, sztuki ruchu rozwijanej przez Steinera i Marie Steiner.
Pozostaje pytanie, czy obraz ucznia nie przesłonił poety. Morgenstern nie przestał pisać groteski po 1909 roku; cykl o Palmströmie ukazał się w 1910 roku, a kolejne utwory tego rodzaju powstawały równolegle z wierszami medytacyjnymi. Sam autor bronił jedności swojego dzieła i w przedmowach do Galgenlieder, pisanych pod pseudonimami w duchu mistyfikacji, sugerował, że absurd ma swoje głębsze dno. Zestawienie obu nurtów pokazuje, że humor i medytacja mogą być dwoma sposobami tego samego wyzwolenia od przymusu codziennej logiki. W jednym przypadku słowo zostaje uwolnione przez śmiech, w drugim przez skupienie.
Morgenstern zmarł w wieku czterdziestu dwóch lat, a jego urna przez lata pozostawała pod opieką Margarety, nim znalazła miejsce w Dornach. Jego późna poezja nie zmieniła historii literatury niemieckiej w takim stopniu jak groteska, ale wyznaczyła granicę, do której może dojść twórca przyjmujący naukę duchową bez porzucenia własnego słuchu. W tym właśnie leży jej wartość dla historyka idei: pokazuje, jak w konkretnym życiu, naznaczonym chorobą i miłością, abstrakcyjny system przemienia się w mowę, która ma własny ciężar.
