Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Tarot

Charles Williams i powieść The Greater Trumps

Wydana w 1932 roku powieść Charlesa Williamsa The Greater Trumps wprowadziła tarot do angielskiej fantastyki o chrześcijańskim zapleczu, przedstawiając karty jako odbicie kosmicznego tańca, w którego środku nieruchomo stoi Głupiec, a ich użycie bez miłości staje się źródłem chaosu i zniszczenia.

Pamela Colman Smith, portret z 1904 roku
Pamela Colman Smith, portret z 1904 roku

Redaktor z Amen House

Charles Williams nie był zawodowym okultystą ani uczonym w ścisłym sensie. Przez całe dorosłe życie pracował jako redaktor w londyńskim oddziale Oxford University Press, mieszczącym się w Amen House, pisał wiersze, sztuki, krytykę literacką i teologię, a wieczorami prowadził wykłady dla dorosłych. Powieści, które dziś zapewniają mu najwięcej czytelników, powstały niejako na marginesie tej pracy, w szybkim rytmie przełomu lat dwudziestych i trzydziestych. The Greater Trumps, opublikowana przez Victora Gollancza w 1932 roku, jest jedną z nich i zarazem jedną z najbardziej zwartych pod względem pomysłu.

Za tym pomysłem stoi doświadczenie, które odróżnia Williamsa od większości autorów fantastyki jego pokolenia. Od 1917 roku przez mniej więcej dekadę należał do Fellowship of the Rosy Cross, zakonu założonego przez Arthura Edwarda Waite'a po rozpadzie Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku. Bractwo Waite'a było jedną z gałęzi tradycji Złotego Brzasku, ale nadało jej wyraźnie mistyczny i chrześcijański kierunek, odsuwając na bok praktyki magiczne na rzecz kontemplacji symbolu. Williams przeszedł tam kolejne stopnie, poznał rytuał, kabalistyczną strukturę inicjacji i tarot w ujęciu samego Waite'a, współtwórcy talii wydanej w 1909 roku. Szczegółowy przebieg tej przynależności wciąż pozostaje częściowo niejasny, bo materiały bractwa były poufne, ale sam fakt nie budzi wątpliwości.

Ważniejsze od biografii jest to, co Williams z tego doświadczenia wyniósł. Nie zachował postawy adepta; zachował przekonanie, że symbol może być prawdziwym miejscem spotkania człowieka z rzeczywistością duchową, i to spotkania niebezpiecznego. W The Greater Trumps karty nie są ozdobnym rekwizytem ani pretekstem do grozy. Są narzędziem, które naprawdę działa, a powieść pyta, kto ma prawo go używać i w jakim duchu.

Złote figury w zamkniętym pokoju

Fabuła zaczyna się od przypadku niemal urzędowego. Lothair Coningsby, nieco pedantyczny urzędnik państwowy, otrzymuje w spadku kolekcję dawnych kart, wśród których znajduje się talia tarota niezwykłej starości. Jego córka Nancy jest zaręczona z Henrym Lee, młodym człowiekiem z rodziny o cygańskim pochodzeniu. Henry rozpoznaje w talii brakujące ogniwo: jego dziadek Aaron przechowuje w swoim wiejskim domu stół, na którym poruszają się małe złote figury odpowiadające atutom. Figury tańczą bez ustanku, w rytmie, którego nikt nie wprawił w ruch i nikt nie umie zatrzymać.

Ten obraz jest sercem książki. Tańczące postacie są wzorem samego świata, jego ukrytym planem, a karty są do nich przyporządkowane jak odbicie do przedmiotu. Kto posiada jedno i drugie, ten, jak wierzy rodzina Lee, może czytać ruch rzeczy, a nawet na niego wpływać. Pośród figur jest jednak jedna, która nie zachowuje się jak pozostałe: Głupiec. Większość obserwatorów nie widzi go w ogóle albo widzi go w stanie spoczynku, w centrum, podczas gdy inne krążą wokół. Tylko nieliczni dostrzegają, że jego miejsce zmienia się zawsze tam, gdzie akurat jest potrzebne, i że cały taniec do niego się odnosi.

Williams buduje w ten sposób powieść jako rozbudowaną medytację nad paradoksem ruchu i bezruchu. Głupiec jest punktem, w którym taniec staje się zrozumiały. W języku jego późniejszej teologii można by powiedzieć, że jest figurą miłości, która porusza wszystko, sama nie będąc jednym z elementów ruchu. Autor nie nazywa go wprost Chrystusem i słusznie unika takiej alegorycznej jednoznaczności, ale chrześcijański horyzont jest wyraźny dla każdego, kto zna jego eseje.

Nie bez znaczenia jest też liczba, którą tradycja przypisuje tej karcie. Głupiec jako zero nie ma miejsca w szeregu, a zarazem może stanąć w każdym jego punkcie; jest brakiem liczby, który umożliwia liczenie. Williams wykorzystuje tę osobliwość z wyczuciem poety: figura, która w grze karcianej była dawniej wymówką, w jego powieści staje się zasadą całości. Czytelnik zaznajomiony z komentarzami Waite'a rozpozna tu echo sporów o miejsce Głupca w talii, ale autor przenosi je z poziomu numerologii na poziom doświadczenia. Pytanie nie brzmi już, gdzie należy umieścić tę kartę, lecz kto potrafi ją zobaczyć.

Akcja rozgrywa się w okresie Bożego Narodzenia, co również nie jest przypadkowe. Święto Wcielenia, czas, w którym chrześcijaństwo celebruje wejście nieskończonego w skończone, stanowi ramę dla historii o ukrytym wzorze świata, który przenika codzienne życie zwykłej angielskiej rodziny. Williams nie komentuje tej zbieżności, pozostawia ją czytelnikowi.

Burza ze śniegu i ziemi

Dramatyczny węzeł powieści dotyczy pokusy władzy. Henry, przekonany, że z kartami w ręku osiągnie wiedzę i panowanie, decyduje się użyć ich przeciw Lothairowi, który nie chce oddać talii. Podczas świątecznego pobytu Coningsbych w domu Aarona wzywa za pomocą kart żywioły. Cztery kolory odpowiadają tu czterem elementom, i z ich poruszenia rodzi się śnieżyca, która nie jest zwykłą pogodą, lecz rozpętaną siłą świata. Śnieg, wiatr i grudy ziemi zaczynają spadać na okolicę, a nawałnica grozi nie tylko starszemu panu, lecz wszystkim, którzy znaleźli się w zasięgu.

W tym epizodzie widać najwyraźniej, jak Williams przetwarza swoje doświadczenie zakonne. Tradycja Złotego Brzasku łączyła kolory tarota z żywiołami i przypisywała kartom moc kierowania subtelnymi siłami. Williams traktuje tę naukę poważnie, ale odwraca jej sens. Użycie kart jako techniki, oddzielone od miłości i pokory, nie przybliża do centrum tańca, tylko uwalnia moce, nad którymi nikt nie panuje. Magia w tej powieści nie jest ani śmieszna, ani pożądana; jest groźna, bo prawdziwa.

Ratunek nie przychodzi ze strony wiedzy. Nancy, która sama dotknęła kart i nauczyła się ich podstaw od Henry'ego, staje naprzeciw burzy i odpycha ją rękami. Scena jest zarazem fizyczna i symboliczna: dłonie, które jeszcze przed chwilą tasowały talię, teraz stają się dłońmi, które porządkują świat, ale tylko dlatego, że działają z miłości, a nie z chęci posiadania. Później Nancy musi stawić czoło także Joannie, siostrze Aarona, kobiecie od lat pogrążonej w obłędzie po stracie dziecka, utożsamiającej się z Izydą szukającą rozszarpanego Ozyrysa. Jej mitologiczne szaleństwo jest drugą twarzą tej samej pokusy: pragnieniem odzyskania utraconego za cenę zniszczenia wszystkiego, co stoi na drodze.

Sybil i sztuka widzenia

Najciekawszą postacią książki nie jest jednak ani Henry, ani Nancy, lecz Sybil Coningsby, siostra Lothaira. Na tle pozostałych bohaterów wydaje się osobą zwyczajną i niemal bezbarwną: starsza panna, spokojna, uprzejma, zajęta domem. Williams czyni ją jednak jedyną postacią, która widzi Głupca w ruchu. Nie zawdzięcza tego wtajemniczeniu ani studiom nad kartami, lecz długiej, niewidocznej praktyce oddania, w której nauczyła się przyjmować każdą chwilę bez lęku i bez chciwości.

Sybil jest u Williamsa wzorem świętości codziennej, takiej, która nie potrzebuje rytuału, bo całe życie stało się rytuałem. Gdy wychodzi w śnieżycę, by odszukać brata, nie robi tego jako bohaterka walcząca z żywiołem, lecz jako ktoś, kto wie, że żywioł także należy do tańca. Ta scena, opisana z dużą subtelnością, jest jednym z najlepszych fragmentów prozy Williamsa: nie ma w niej efektów, jest za to poczucie, że rzeczywistość została na chwilę odsłonięta.

Kontrast między Sybil a Henrym streszcza duchowy sens książki. Henry wie o kartach niemal wszystko i nie widzi niczego; Sybil nie wie o nich prawie nic, a widzi istotę. Wiedza symboliczna, której Williams nauczył się w bractwie Waite'a, okazuje się w jego powieści konieczna, ale niewystarczająca. Bez przemiany woli pozostaje tylko systemem odpowiedniości, który można wykorzystać na zgubę innych. Z przemianą staje się sposobem uczestniczenia w ruchu świata.

Tarot w kręgu Inklingów

The Greater Trumps ukazała się kilka lat przed tym, jak Williams poznał C.S. Lewisa. Lewis, zachwycony jego wcześniejszą powieścią The Place of the Lion, napisał do niego w 1936 roku, a znajomość szybko przerodziła się w przyjaźń. Gdy w 1939 roku londyńskie biuro wydawnictwa przeniesiono z powodu wojny do Oksfordu, Williams stał się stałym uczestnikiem spotkań Inklingów, grupy przyjaciół skupionej wokół Lewisa i J.R.R. Tolkiena. Pozostał w niej aż do nagłej śmierci w 1945 roku.

Obecność Williamsa w tym kręgu bywa opisywana jako źródło napięć. Tolkien odnosił się do jego okultystycznych zainteresowań z rezerwą, a jego proza wydawała mu się dziwna i miejscami niepokojąca. Lewis natomiast cenił w nim właśnie to, co innych odstręczało: zdolność ukazania nadprzyrodzonego jako czegoś realnego, gęstego, wkraczającego w zwykłe londyńskie mieszkania i wiejskie domy. Powieści Williamsa nazywano później „nadprzyrodzonymi thrillerami”, i ta etykieta dobrze oddaje ich formę, choć nie wyczerpuje ich treści.

Dla historii tarota w literaturze książka z 1932 roku jest ważna z kilku powodów. Po pierwsze, jest jednym z pierwszych utworów, w których karty nie pojawiają się jako epizod wróżbiarski, lecz jako oś całej fabuły i jej teologii. Po drugie, pokazuje, że tarot może być literackim nośnikiem myśli chrześcijańskiej, a nie tylko ezoterycznej alternatywy wobec niej. Po trzecie, łączy wiedzę wyniesioną z zakonu z krytyką tej wiedzy, co czyni ją świadectwem rzadkiego w tamtym środowisku dystansu.

Obraz złotych figur tańczących wokół nieruchomego Głupca pozostaje najtrwalszym darem tej powieści. Williams wziął z tradycji Waite'a przekonanie, że tarot jest obrazem porządku świata, i dopisał do niego to, czego w tej tradycji brakowało mu najbardziej: przekonanie, że porządek ten da się zobaczyć tylko oczami miłości. W ten sposób ezoteryczna talia stała się w jego rękach przypowieścią o łasce.