Tarot zwany Karola VI i siedemnaście ocalałych kart
Siedemnaście malowanych kart z paryskiego Gabinetu Rycin, przez dwa stulecia łączonych z szalonym królem Francji i malarzem Gringonneurem, jest w rzeczywistości dziełem włoskim z drugiej połowy XV wieku, a ich historia pokazuje, jak jedna notatka rachunkowa potrafi nadać przedmiotowi fałszywą tożsamość.

Pięćdziesiąt sześć soldów za trzy talie
Punktem wyjścia legendy jest wpis w rachunkach Charles'a Pouparta, skarbnika króla Karola VI, odnoszący się do 1392 roku. Zanotowano w nim wypłatę pięćdziesięciu sześciu soldów paryskich dla malarza Jacquemina Gringonneura za trzy talie kart „złoconych i w różnych kolorach, z rozmaitymi godłami”, przeznaczone dla rozrywki króla. Rok jest znaczący: w sierpniu 1392 roku Karol VI przeżył w lesie pod Le Mans pierwszy atak obłędu, który miał powracać przez resztę jego panowania. Zestawienie tych dwóch faktów wydało się późniejszym autorom wymowne – karty miałyby powstać, by zabawić chorego władcę.
Wpis został szerzej spopularyzowany na początku XVIII wieku przez jezuitę Claude'a-François Ménestriera, autora prac o heraldyce i o dziejach gier. Odtąd stał się jednym z najczęściej cytowanych dokumentów w dyskusjach o pochodzeniu kart do gry. Z czasem zrodziła się z niego opowieść, według której karty zostały wręcz wynalezione dla Karola VI, co jest oczywistą przesadą: karty były w Europie znane co najmniej od lat siedemdziesiątych XIV wieku, a w Paryżu prewot już w 1397 roku zakazywał rzemieślnikom gry w karty w dni robocze.
Najwcześniejsze świadectwa obecności kart w Europie pochodzą z lat siedemdziesiątych XIV wieku i są rozproszone geograficznie. W 1377 roku dominikanin Johannes z Rheinfelden opisał w traktacie moralnym nową grę, która właśnie dotarła do jego okolic, a w tym samym roku władze Florencji wydały zarządzenie dotyczące nowo wprowadzonej gry w karty. Z południa Francji znany jest akt notarialny z Marsylii z 1381 roku, w którym pojawia się wzmianka o grze w karty. Na tym tle zakup trzech talii na dworze paryskim w 1392 roku nie jest niczym wyjątkowym; świadczy raczej o tym, że karty szybko trafiły do kręgów najbogatszych.
Sam wpis nie mówi nic o tarocie. Mówi o trzech taliach, złoconych i barwnych, z „godłami”, co mogło oznaczać zarówno znaki kolorów, jak i motywy dekoracyjne. W 1392 roku karty triumfów jeszcze nie istniały; najwcześniejsze pewne świadectwa ich obecności pochodzą z Ferrary z lat czterdziestych XV wieku. Talie Gringonneura były więc, jeśli w ogóle można je sobie wyobrazić, zwykłymi kartami w kolorach, tylko wyjątkowo kosztownie wykonanymi.
O tym, jak mogły wyglądać luksusowe talie dworskie bez atutów, mówią zachowane obiekty nieco późniejsze. Tak zwane karty stuttgarckie z około 1430 roku przedstawiają w kolorach psy, sokoły, jelenie i kaczki, a tak zwana talia myśliwska z Ambras, datowana na lata czterdzieste XV wieku, również posługuje się motywami polowania. Obie powstały w kręgu niemieckojęzycznym i obie są kartami w kolorach, bez serii triumfów. Talie Gringonneura mogły być czymś podobnym: kosztownym przedmiotem z bogatą dekoracją, służącym zwykłej grze, tylko w oprawie godnej króla.
Karty, które dopasowano do dokumentu
W zbiorach królewskich, a dziś w Gabinecie Rycin Biblioteki Narodowej Francji, przechowywano tymczasem zespół siedemnastu kart malowanych ręcznie na kartonie, z bogatym użyciem złota i srebra. Szesnaście z nich to atuty, siedemnasta jest waletem mieczy. Wiązano je z kolekcją antykwariusza Rogera de Gaignières, która na początku XVIII wieku przeszła na własność króla, choć szczegóły ich proweniencji nie są w pełni udokumentowane.
Pokusa była oczywista. Mamy wpis o kosztownych kartach dla Karola VI i mamy kosztowne karty w królewskiej bibliotece. W XVIII i XIX wieku autorzy zaczęli nazywać zespół „kartami Karola VI” albo „kartami Gringonneura” i przez długi czas traktowano go jako najstarszą zachowaną talię Europy. Nazwa przetrwała do dziś, choć dziś używa się jej w cudzysłowie albo z dopowiedzeniem „tak zwany”.
Mechanizm tej atrybucji jest pouczający. Nie oparto jej na żadnej cesze samych kart, która łączyłaby je z dworem francuskim: nie ma na nich herbów Walezjuszy, nie ma francuskich napisów, nie ma odniesień do konkretnych wydarzeń. Oparto ją wyłącznie na zbieżności dwóch faktów – istnienia dokumentu i istnienia przedmiotu – oraz na pragnieniu, by najstarsze karty miały królewski rodowód. Przedmiot dopasowano do dokumentu, a nie dokument do przedmiotu. Taki tok rozumowania jest kuszący zwłaszcza wtedy, gdy obie strony równania są rzadkie: jedyny wpis o kosztownych kartach i jeden z niewielu zespołów kart malowanych w zbiorach. Rzadkość zdaje się wtedy dowodem związku, choć w istocie świadczy tylko o tym, jak mało się zachowało.
Co przedstawia siedemnaście kart
Zachowane atuty to Szaleniec, Cesarz, Papież, Kochankowie, Rydwan, Sprawiedliwość, Moc, Umiarkowanie, starzec z klepsydrą odpowiadający Pustelnikowi, Wisielec, Śmierć, Wieża, Księżyc, Słońce, Sąd i Świat. Brakuje więc między innymi Maga, Papieżycy, Cesarzowej, Diabła i Gwiazdy. Karty nie mają numerów ani tytułów, co jest typowe dla włoskich talii luksusowych tego okresu.
Kilka obrazów odbiega wyraźnie od późniejszego kanonu marsylskiego. Na karcie Księżyca nie ma psów ani raka; pod sierpem księżyca siedzą dwaj uczeni, którzy mierzą cyrklem i notują, czyli astronomowie lub astrologowie. Na karcie Słońca pojawia się kobieta przędząca nić, a nie dwoje dzieci. Wisielec trzyma w dłoniach sakiewki, co wskazuje na tradycję hańbiących wizerunków zdrajców i sprzeniewierców, malowanych we włoskich miastach na murach publicznych budynków. Śmierć jedzie konno i tratuje ludzi różnych stanów, w tym dostojników duchownych i świeckich, zgodnie z późnośredniowieczną ikonografią triumfu śmierci. Walet mieczy jest młodzieńcem w rynsztunku rycerskim.
Starzec z klepsydrą zasługuje na osobną uwagę. W najwcześniejszych włoskich listach atutów karta ta nosiła często nazwę Czasu, a nie Pustelnika, i przedstawiała personifikację przemijania z jej typowym atrybutem. Latarnia, którą niesie pustelnik w taliach marsylskich, jest najpewniej późniejszym przekształceniem klepsydry. Talia Karola VI zachowuje więc starszą warstwę ikonografii, podobnie jak w obrazach Księżyca i Słońca zachowuje ślady tradycji, w której ciała niebieskie przedstawiano przez ludzi wykonujących zajęcia pod ich wpływem. Tak zwane dzieci planet, popularne w piętnastowiecznej grafice i malarstwie, ukazywały pod każdą planetą ludzi, których los i zawód miała ona kształtować.
Te motywy mają wyraźnie włoski charakter i odpowiadają repertuarowi znanemu z innych piętnastowiecznych kart i malarstwa północnych Włoch. Postacie astronomów pod księżycem, kobiety przędzącej pod słońcem i zdrajcy z sakiewkami należą do świata, w którym obrazy planet łączono z zajęciami ludzkimi, a hańbiące malowidła były narzędziem miejskiej sprawiedliwości. Nie ma w nich niczego, co wskazywałoby na Paryż końca XIV wieku.
Florencja, Ferrara czy Wenecja
Współcześni badacze są zgodni, że karty powstały we Włoszech w drugiej połowie XV wieku. Mniej zgodności panuje co do miejsca. Najczęściej wskazuje się Florencję, przede wszystkim ze względu na styl malarski i pewne cechy ikonograficzne bliskie późniejszym taliom florenckim; proponowano też Ferrarę, gdzie gra w triumfy była znana najwcześniej, a w starszej literaturze także Wenecję. Rozstrzygnięcie utrudnia fakt, że z XV wieku zachowało się niewiele talii, a te, które przetrwały, są zwykle związane z jednym dworem lub jedną rodziną.
Spór nie jest czysto akademicki. Jeśli karty pochodzą z Florencji, stanowią jeden z nielicznych zachowanych przykładów florenckiego tarota luksusowego sprzed epoki minchiate i pozwalają zobaczyć, jak wyglądały atuty w mieście, które później rozbudowało grę w kierunku encyklopedycznym. Jeśli z Ferrary, dołączają do grupy kart związanych z dworem Este, znanym ze świadectw rachunkowych, ale ubogim w zachowane obiekty. W obu przypadkach są cennym uzupełnieniem obrazu zdominowanego przez talie Viscontich i Sforzów z Mediolanu.
Sam skład ocalałego zespołu jest pouczający. Na siedemnaście kart aż szesnaście to atuty, a z czterech kolorów przetrwała tylko jedna figura. Taka proporcja jest typowa dla zachowanych talii luksusowych i nie świadczy o tym, że pierwotnie talia była uboga w karty kolorów. Przeciwnie, wskazuje raczej na wybór dokonywany przez kolejnych właścicieli, którzy zachowywali karty najbardziej malownicze i najłatwiejsze do oglądania jako obrazy, a gubili lub wyrzucali powtarzalne karty liczbowe. Zespół, który dziś oglądamy, jest więc w pewnym sensie wytworem gustu kolekcjonerskiego, a nie wiernym świadectwem tego, czym talia była dla swoich pierwszych użytkowników.
Stan zachowania kart utrudnia również analizę techniczną. Srebrne partie, z biegiem stuleci utlenione, pociemniały i zmieniły pierwotny efekt kolorystyczny, a niektóre szczegóły są zatarte. Mimo to wysoka jakość malarska nie budzi wątpliwości. Talię wykonał wyszkolony warsztat dla zamożnego zleceniodawcy, który chciał mieć karty równie wspaniałe jak iluminowany rękopis.
Nazwa, która przetrwała obalenie
Historia „tarota Karola VI” jest przykładem zjawiska, które w dziejach kart powtarza się wielokrotnie: atrybucja raz utrwalona żyje dłużej niż argumenty, które ją podważyły. Nikt z poważnych historyków nie łączy już tych kart z Gringonneurem, a mimo to katalogi, reprodukcje i popularne książki nadal je tak nazywają, bo nazwa stała się identyfikatorem. Podobnie jest z „tarotem marsylskim” czy „tarotem Mantegny” – etykiety nadane przez kolekcjonerów okazują się trwalsze od wiedzy.
Legenda pełniła też funkcję ideologiczną. Dla autorów francuskich XVIII i XIX wieku królewski rodowód kart był powodem do dumy narodowej i argumentem w sporze o to, gdzie wynaleziono karty. Gdy pod koniec XVIII wieku pojawiła się, a w XIX wieku rozrosła teza o egipskim pochodzeniu tarota, karty Karola VI łatwo dawały się w nią wpisać jako jeden z etapów wędrówki starożytnej księgi przez średniowieczną Europę. Przedmiot, o którym niewiele wiedziano, mógł dźwigać każdą opowieść.
Odarte z legendy, siedemnaście kart nie traci na znaczeniu. Przeciwnie, dopiero wtedy można je zobaczyć takimi, jakie są: jako fragment włoskiej talii dworskiej, której twórcy wyobrażali sobie Księżyc przez pracę uczonych, a Słońce przez pracę przędzarki, a Wisielca przez pamięć o miejskiej karze za zdradę. Ten obraz jest bliższy historii tarota niż opowieść o szalonym królu, a zarazem ciekawszy, bo pokazuje różnorodność ikonografii atutów, zanim drukarze z Francji ujednolicili ją w kanonie, który dziś uważamy za klasyczny.
