Tarocchino bolońskie i talia sześćdziesięciu dwóch kart
Bolońskie tarocchino, w którym z każdego koloru usunięto karty od dwójki do piątki, jest najdłużej żyjącą nieprzerwanie tradycją gry w tarota we Włoszech, a jego historia, pełna miejskich legend i politycznych napięć, pokazuje, że mity o pochodzeniu kart powstawały na długo przed okultystami.

Skrócenie, które nie było zubożeniem
Talia bolońska liczy sześćdziesiąt dwie karty. W stosunku do pełnego tarota brakuje w niej szesnastu kart: dwójek, trójek, czwórek i piątek w każdym z czterech kolorów. Zostają as, karty od szóstki do dziesiątki i cztery figury dworskie, czyli dziesięć kart w kolorze, a do tego dwadzieścia jeden atutów i Matto, Szaleniec. Nazwa tarocchino, zdrobnienie od tarocco, odzwierciedla tę zmniejszoną postać – mały tarot.
Kiedy dokonało się skrócenie, nie wiadomo. Gra w triumfy była w Bolonii znana już w XV wieku, ale najstarsze zachowane świadectwa talii sześćdziesięciodwukartowej są późniejsze, a historycy przypuszczają, że redukcja nastąpiła najpewniej w XVI wieku. Jej przyczyna jest natomiast dość jasna. W grach w lewy, w których liczy się zbieranie punktujących kart i kontrola nad atutami, niskie karty kolorów są najmniej potrzebne; ich usunięcie skraca rozdanie i zwiększa udział kart rozstrzygających. Bolończycy nie zubożyli talii, lecz dopasowali ją do gry, którą lubili.
Karty kolorów zachowały przy tym klasyczne znaki włoskie. Miecze są wygięte w łuk i przeplatają się ze sobą, buławy krzyżują się jak kije, kielichy i denary ustawione są w rzędach, a liczbę kart odczytuje się z układu znaków, nie z cyfr. Dla gracza wychowanego na kartach francuskich rozpoznanie wartości bywa trudne, zwłaszcza że w kielichach i denarach, jak w wielu dawnych grach w tarota, kolejność kart liczbowych jest odwrócona i niższa karta bije wyższą. Takie osobliwości, wspólne wielu włoskim grom w tarota, przypominają, że talia była narzędziem wyćwiczonej pamięci i nawyku, a nie książką do czytania. Bolończyk rozpoznawał kartę jednym spojrzeniem, tak jak rozpoznaje się twarz znajomego, i nie potrzebował do tego żadnego podpisu.
Skrócenie talii nie było wyjątkiem w dziejach tarota, choć rzadko szło tak daleko. Inne regiony szły w przeciwnym kierunku: Florencja rozbudowała talię w minchiate do dziewięćdziesięciu siedmiu kart. Oba rozwiązania pokazują, że kompozycja talii była sprawą lokalnych upodobań, a nie nienaruszalnym kanonem.
Legenda hrabiego Fibbii
Bolonia zachowała jedną z najwcześniejszych opowieści o „wynalazcy” tarota. W mieście przetrwał portret Francesca Antelminellego Castracaniego Fibbii, wygnanego z Pizy członka rodu książęcego, który zmarł w Bolonii w 1419 roku. Inskrypcja na obrazie głosi, że był on wynalazcą gry w tarocchino i że w nagrodę miejscy reformatorzy pozwolili mu umieścić herb jego rodu na królowej buław, a herb jego żony z rodu Bentivoglio – na królowej denarów. Obraz powstał długo po śmierci Fibbii, zapewne w XVII wieku.
Legenda ta nie może być prawdziwa. Najwcześniejsze pewne świadectwa kart triumfów pochodzą z lat czterdziestych XV wieku, a Fibbia zmarł przeszło dwie dekady wcześniej. Opowieść jest jednak cenna jako dokument mentalności. Pokazuje, że już w nowożytnej Bolonii gracze i rodziny patrycjuszowskie odczuwali potrzebę nadania grze szlachetnego rodowodu i powiązania jej z konkretną osobą, najlepiej o książęcym pochodzeniu. Mit pochodzenia tarota nie jest więc wynalazkiem XVIII-wiecznych okultystów. Zanim Court de Gébelin ogłosił egipskie źródło kart, Bolończycy mieli już własną, lokalną genealogię, równie fantazyjną, tylko skromniejszą w ambicjach.
Herby na królowych są z kolei faktem: na niektórych talii bolońskich rzeczywiście pojawiały się znaki heraldyczne. Legenda mogła więc powstać jako wyjaśnienie istniejącego szczegółu karty, a nie odwrotnie. Taki mechanizm – obraz najpierw, opowieść potem – jest w historii tarota zjawiskiem bardzo częstym.
Atuty bez numerów i czterech równych władców
Atuty tarocchina są tradycyjnie nienumerowane. Gracze uczyli się ich kolejności na pamięć, co świadczy o tym, jak głęboko gra była zakorzeniona w miejskiej codzienności. Sama kolejność należy do typu, który badacze wiążą z Bolonią i Florencją: trzy cnoty kardynalne stoją w nim blisko siebie, a Anioł Sądu Ostatecznego zajmuje najwyższe miejsce, ponad Światem. Szczegółowe porównanie tego układu z ferraryjskim i mediolańskim to temat osobny.
Najciekawszą osobliwością bolońską jest los czterech kart znajdujących się zaraz nad Bagattem. W innych taliach Papieżyca, Cesarzowa, Cesarz i Papież mają ustaloną kolejność i różną siłę. W tarocchinie zostały uznane za równe: gracze nazywali je wspólnie papi i w grze żadna z nich nie biła pozostałych, a pierwszeństwo rozstrzygała kolejność zagrania. Ta zasada sprawiła, że cztery karty stały się w praktyce wymienne, i zapewne ułatwiła późniejszą zmianę ich ikonografii.
W XVIII wieku cztery postacie zastąpiono figurami nazywanymi Maurami albo satrapami, władcami w egzotycznych strojach, którzy nie odnosili się do żadnej realnej instytucji. Tradycja łączy tę zmianę z interwencją papieskiego legata w latach dwudziestych XVIII wieku, kiedy talia z aluzjami politycznymi miała zostać skonfiskowana; szczegóły tej historii pozostają niejasne. Bolonia należała od 1506 roku do Państwa Kościelnego, a obecność papieża w grze hazardowej mogła tam być kłopotliwa inaczej niż w Mediolanie czy Lyonie.
Sprawa ta dobrze oddaje szczególne położenie Bolonii. Miasto było drugim co do znaczenia ośrodkiem Państwa Kościelnego, a zarazem siedzibą jednego z najstarszych uniwersytetów Europy i patrycjatu przywiązanego do dawnych swobód. Władzę sprawował papieski legat wspólnie z senatem złożonym z miejscowych rodów, a stosunki między nimi bywały napięte. Karty do gry, sprzedawane w setkach egzemplarzy i trafiające do każdej gospody, mogły w takim mieście stać się nośnikiem aluzji, których żaden oficjalny druk nie odważyłby się wyrazić. Legaci mieli więc powody, by przyglądać się im uważnie, a kartownicy – by unikać obrazów zbyt łatwych do odczytania.
Grafik, wytwórcy i karty o dwóch głowach
Najsłynniejszym artystą, który pracował dla tarocchina, był Giuseppe Maria Mitelli, boloński rytownik drugiej połowy XVII wieku, autor licznych gier planszowych i rycin satyrycznych, a także cyklu Proverbi figurati, w którym przysłowia ludowe zamienił w sceny pełne rubasznego humoru. Gry i obrazy były dla niego dwiema stronami tej samej sztuki: przyciągania widza do zabawy, która zarazem czegoś uczy. W drugiej połowie stulecia wykonał talię tarocchina o zupełnie indywidualnym rysunku, w której tradycyjne motywy zostały potraktowane z wyobraźnią barokowego grafika. Jego karty nie stały się wzorem powszechnym, ale dowodzą, że tarocchino było w Bolonii przedmiotem zainteresowania wykształconego środowiska, nie tylko tawern.
Codzienna produkcja była dziełem miejscowych kartowników, a od XVIII i XIX wieku coraz częściej wytwórni drukujących karty seryjnie. Z czasem figury dworskie i atuty zaczęto przedstawiać w formie dwugłowej, z symetrycznym obrazem odbitym w dolnej połowie karty, tak by można je było trzymać w dowolnej pozycji. Wynalazek ten, znany też z innych talii europejskich, jest praktycznym ulepszeniem dla gracza, a nie zmianą symboliczną. Jednocześnie oddala karty od roli obrazu do kontemplacji: postać przecięta w pasie i powtórzona do góry nogami nie nadaje się do medytacji, jakiej chcieli okultyści.
Gra, która nie przestała być grą
Najważniejszym faktem dotyczącym tarocchina jest to, że w Bolonii nigdy nie przestano w nie grać. Podczas gdy w większości Włoch tarot zanikł jako gra w XIX wieku, a we Francji przetrwał w odmienionej postaci, Bolończycy zachowali swoje reguły, talię i słownictwo. Gry rozgrywane talią sześćdziesięciodwukartową, wśród nich ottocento dla czterech graczy grających w parach i terziglio dla trzech, przetrwały do XXI wieku, a miłośnicy gry zakładali stowarzyszenia dbające o jej przekaz.
Ciągłość ta nie była jednak oczywista. W XX wieku liczba graczy malała, a znajomość reguł przechodziła coraz częściej z pokolenia na pokolenie w wąskim kręgu rodzin i klubów. W ostatnich dekadach przyszło odrodzenie zainteresowania: powstało stowarzyszenie Accademia del Tarocchino Bolognese, zaczęto organizować turnieje, spisywać reguły i przypominać historię gry. Talie tarocchina nadal drukują włoskie wytwórnie kart, a sama gra stała się dla Bolończyków elementem tożsamości miejskiej, podobnie jak lokalna kuchnia czy dialekt.
Ta ciągłość czyni tarocchino świadectwem wyjątkowym. Historycy gier karcianych, z Michaelem Dummettem na czele, korzystali z bolońskich reguł, aby rekonstruować dawne zasady gry w triumfy, ponieważ wiele archaicznych cech przetrwało tu dłużej niż gdziekolwiek indziej. Równość czterech papi, porządek atutów z Aniołem na szczycie, rola Szaleńca jako wymówki i system liczenia punktów pozwalają zajrzeć w obyczaje graczy sprzed kilku stuleci.
Dla czytelnika zainteresowanego tarotem jako księgą symboli tarocchino jest lekcją pokory. Pokazuje, że atuty mogły przez stulecia funkcjonować w żywej kulturze bez żadnej doktryny ezoterycznej, bez liter hebrajskich i bez znaczeń wróżebnych. Ich sens wyczerpywał się w kolejności, sile i wartości punktowej; obraz był potrzebny, by kartę rozpoznać, a nie by ją rozważać. A jednak to właśnie ten świat graczy, pełen miejskich legend, heraldycznych pretensji i drobnych sporów z władzą, przechował dla nas najstarszy porządek obrazów, które później obrosły tylu interpretacjami.
Warto też zauważyć, że w tarocchinie przetrwała cecha, którą historycy uważają za bardzo starą: Szaleniec nie jest atutem, lecz kartą osobną, chroniącą gracza przed koniecznością dołożenia do koloru. Zachowało się też wyraźne rozróżnienie między kartami, które liczą się przy podliczaniu punktów, a tymi, które służą tylko do brania lew. Taka struktura pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego niektóre atuty, jak Bagatto czy Anioł, cieszyły się w dawnych grach szczególnym znaczeniem: decydowała o tym nie ich symbolika, lecz wartość punktowa i ryzyko związane z ich zagraniem.
Bolońskie karty nie rywalizują więc z ezoterycznymi taliami o rangę. Należą do innego porządku: do historii wspólnot, które przez pokolenia spotykały się przy stole i bawiły się tymi samymi obrazami, nie pytając o ich tajemny sens. Ta zwyczajność jest być może najcenniejszym, co tarocchino ma do zaoferowania. Przypomina, że zanim karty stały się przedmiotem medytacji, przez stulecia były przedmiotem wspólnej zabawy, sporu o punkty i rozmowy przy stole, a ich obrazy żyły w pamięci graczy, nie w komentarzach uczonych.
