Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Tarot

Tarot belgijski z Bachusem i Kapitanem Fracasso

Tarot belgijski z XVIII wieku, wyrosły ze wzoru marsylskiego, zastąpił Papieżycę Kapitanem Fracasso z komedii dell'arte, a Papieża Bachusem, i dzięki tej zamianie pokazuje, jak karciarze i rytownicy przekształcali atuty w obrazy świeckie bez żadnego udziału myśli okultystycznej.

Pamela Colman Smith, portret z 1904 roku
Pamela Colman Smith, portret z 1904 roku

Talia z Niderlandów Austriackich

W XVIII wieku ziemie dzisiejszej Belgii należały do Niderlandów Austriackich, prowincji monarchii habsburskiej rządzonej z Brukseli przez namiestników. Był to kraj o gęstej sieci miast, ruchliwym handlu i silnych związkach z rynkiem francuskim, a zatem także kraj, w którym karty do gry produkowano i sprzedawano na dużą skalę. W tym środowisku ukształtował się wzór talii tarota, który kolekcjonerzy i historycy nazywają po prostu tarotem belgijskim. Nie był to wynalazek jednego warsztatu ani tym bardziej dzieło jakiejś szkoły symbolicznej, lecz lokalna odmiana obrazu, który przyszedł z Francji i w nowym otoczeniu zaczął żyć własnym życiem.

Najbardziej znanym nazwiskiem związanym z tym wzorem jest Vandenborre, brukselska rodzina wytwórców kart działająca w drugiej połowie XVIII wieku. Zachowane egzemplarze z jej sygnaturą należą do najczęściej reprodukowanych przykładów tarota belgijskiego i to one ustaliły w nowoczesnej literaturze jego rozpoznawalny wygląd. Podobne talie wychodziły jednak także z innych pracowni działających na terenie Niderlandów Austriackich i w sąsiednich ośrodkach, co świadczy, że chodziło o wzór regionalny, a nie o pojedynczy kaprys jednego rytownika. Wielu wytwórców tej epoki znamy wyłącznie z nazwisk wyciętych w klockach drzeworytniczych, a ich biografie pozostają skąpe; historia tarota belgijskiego jest więc w dużej mierze historią samych kart, a nie ich autorów.

Talie te służyły do gry. Nikt w ówczesnych Niderlandach nie traktował ich jako księgi tajemnej mądrości, a ezoteryczna lektura tarota, zapoczątkowana w Paryżu przez Antoine'a Court de Gébelina w 1781 roku, w chwili powstania wzoru belgijskiego jeszcze nie istniała albo dopiero raczkowała. Trzeba to podkreślić, ponieważ zmiany w ikonografii atutów łatwo dziś odczytać jako świadomą reinterpretację symboli. Tymczasem były one raczej skutkiem praktyki rzemieślniczej, gustu odbiorców i zapewne ostrożności wobec przedstawień, które w kartach do gry mogły uchodzić za niestosowne.

Wzór marsylski jako podstawa

Tarot belgijski jest potomkiem tarota marsylskiego, tej rodziny talii, która od XVII wieku dominowała we Francji, w Szwajcarii i w krajach sąsiednich. Michael Dummett, który pierwszy uporządkował historię wzorów tarota w sposób naukowy, łączył wzór belgijski ze starszą odmianą marsylskiej tradycji, tą, którą w jego klasyfikacji reprezentują między innymi talie Jeana Nobleta i Jeana Dodala. Poszczególne rysunki – Mag przy stole, Wóz z woźnicą, Koło Fortuny z dziwnymi stworzeniami, Wieża rażona ogniem – zachowują u wytwórców belgijskich wyraźnie marsylską budowę, choć kreska bywa prostsza, a napisy noszą ślady pośpiechu i nieznajomości języka.

Ten ostatni szczegół jest dla historyka cenny. Belgijskie karty mają podpisy francuskie, często zniekształcone, czasem przestawione albo zapisane fonetycznie. Pokazuje to, że rytownicy kopiowali wzór, a nie interpretowali go; przenosili litery z poprzednich klocków, nie zawsze rozumiejąc, co znaczą. Tam jednak, gdzie odchodzili od marsylskiego pierwowzoru świadomie, zmiana dotyczyła przede wszystkim dwóch kart: Papieżycy i Papieża, czyli atutów II i V. W tarocie belgijskim ich miejsce zajęły postacie wzięte z zupełnie innego świata – z teatru i z mitologii.

Kapitan z komedii dell'arte

Atut II w talii belgijskiej przedstawia wąsatego wojaka w stroju z epoki, z mieczem lub szpadą, w postawie pełnej buty. Podpis na kartach Vandenborre'a i jego naśladowców, zapisany z charakterystycznymi błędami, nawiązuje do hiszpańskiego kapitana nazwanego Fracasse. Postać ta należy do repertuaru commedia dell'arte, włoskiego teatru masek, który od XVI wieku krążył po dworach i jarmarkach Europy. Jednym z jego stałych typów był Capitano, samochwała w mundurze, opowiadający o niebywałych bitwach i uciekający na widok prawdziwego niebezpieczeństwa. Bardzo często grano go jako Hiszpana, co w Italii i Niderlandach miało wymowę polityczną: przez całe stulecia Hiszpanie byli tam żołnierzami obcego panowania. Imiona tej maski zmieniały się zależnie od zespołu i miasta, a „Fracasso” – od włoskiego słowa oznaczającego hałas i łoskot – było jednym z nich.

Nazwa ta jest dziś kojarzona przede wszystkim z powieścią Théophile'a Gautiera Le Capitaine Fracasse z 1863 roku, ale belgijskie karty są od niej o mniej więcej sto lat starsze. Gautier nie stworzył więc tej postaci, lecz sięgnął po imię istniejące w tradycji teatralnej, tej samej, z której wcześniej czerpali rytownicy kart. Dlaczego akurat kapitan miał zastąpić Papieżycę, źródła nie mówią. Można jedynie zauważyć, że obie postacie zajmują w talii pozycję niską, w obrębie pierwszych atutów, i że zastąpienie kobiecej figury kościelnej postacią komiczną usuwa z kart wątek, który w kraju katolickim mógł budzić niepokój, a jednocześnie wprowadza osobę rozpoznawalną dla każdego bywalca jarmarku.

Warto zauważyć, że Kapitan nie jest postacią alegoryczną w sensie, w jakim alegoriami są Sprawiedliwość, Umiarkowanie czy Siła. Nie uosabia cnoty ani pojęcia, lecz typ teatralny, figurę z codziennego doświadczenia publiczności. Jego pojawienie się w szeregu atutów pokazuje, że dla wytwórców kart ten szereg był otwartym zbiorem obrazów, a nie zamkniętym systemem znaczeń. Wystarczyło, by karta zachowała swój numer i miejsce w hierarchii przebijania; jej treść mogła się zmienić, nie naruszając gry.

Bachus na beczce

Atut V, w tarocie marsylskim Papież błogosławiący dwóch klęczących duchownych, u wytwórców belgijskich staje się Bachusem. Rzymski bóg wina siedzi zwykle okrakiem na beczce, z kielichem lub dzbanem w dłoni, otyły i rozradowany, w wieńcu z liści winorośli. Obraz ten należy do repertuaru popularnej grafiki nowożytnej, w której Bachus na beczce był znakiem karczmy, zabawy i karnawału, a nie postacią mitologii uczonej. Zamiana jest równie wymowna jak w przypadku Papieżycy: najwyższy autorytet duchowy zostaje zastąpiony patronem uczty.

Trudno uniknąć wrażenia, że obie zamiany mają w sobie coś z karnawałowego odwrócenia porządku. Kapitan to fałszywy bohater, Bachus to bóg pijaństwa; obaj zajmują miejsca, które w innych taliach należały do hierarchii Kościoła. Nie należy jednak przypisywać rytownikom zamiaru satyrycznego, którego nie poświadczają żadne źródła. Równie dobrze mogło chodzić o zwykłą chęć uniknięcia kłopotów z przedstawieniem papieża w karcie do gry, o upodobanie publiczności do postaci z teatru i karczmy albo o naśladownictwo jakiegoś wcześniejszego, dziś zaginionego wzoru. Historyk kart musi tu pozostać ostrożny: widzi skutek, nie zawsze zna przyczynę.

Pewne jest natomiast, że w obu przypadkach zmieniono tylko obraz, a nie funkcję. Bachus jest atutem V, tak jak był nim Papież, i przebija Cesarza, a ustępuje Kochankom. Gracz, który przyzwyczaił się do talii marsylskiej, mógł bez trudu grać kartami belgijskimi, bo liczba i porządek pozostały te same. Ta niezmienność struktury przy zmienności obrazów jest najważniejszą lekcją, jakiej tarot belgijski udziela historykowi.

Porównanie z wzorem z Besançon

Belgijska talia nie była jedynym przypadkiem, w którym Papieżyca i Papież zniknęli z tarota. W XVIII wieku w Szwajcarii i we wschodniej Francji rozpowszechnił się wzór nazwany później tarotem z Besançon, w którym miejsce obu postaci kościelnych zajęli Junona i Jowisz. Przyczyny i okoliczności tej zmiany są tematem osobnego opracowania; tutaj ważne jest samo zestawienie obu rozwiązań, bo pozwala zobaczyć, jak różnie można było wypełnić te same dwa miejsca w szeregu atutów.

Wzór z Besançon sięga po parę bogów olimpijskich, królową i króla nieba, zachowując w ten sposób dostojeństwo usuniętych postaci i ich wzajemną symetrię: kobieta i mężczyzna, pani i pan, tylko przeniesieni z Rzymu papieskiego do Rzymu pogańskiego. Wzór belgijski postępuje inaczej. Jego zastępcy nie tworzą pary i nie mają wspólnego klucza. Jeden pochodzi z teatru, drugi z mitologii przefiltrowanej przez grafikę karczemną. Jeden jest współczesnym typem społecznym, drugi bóstwem. Rozwiązanie belgijskie jest więc mniej systematyczne, bardziej ludowe i, można powiedzieć, bardziej swawolne.

To porównanie pokazuje, że nie istniała żadna jedna reguła rządząca przekształceniami atutów. Rzemieślnicy w różnych ośrodkach odpowiadali na podobny problem – obecność postaci papieskich w kartach do gry – każdy na swój sposób, sięgając po obrazy bliskie swojej publiczności. W Besançon i w Szwajcarii wybrano klasyczne decorum, w Niderlandach Austriackich jarmarczną wesołość. Obie odpowiedzi pozostawiły nietkniętą grę, w której liczyło się przede wszystkim to, która karta bierze lewę.

Świeckie życie atutów

Tarot belgijski wyszedł z użycia w XIX wieku, gdy w Niderlandach i we Francji tarot jako gra tracił popularność, a do obiegu weszły talie z innymi obrazami. Przetrwał w zbiorach muzealnych i kolekcjach prywatnych, a w XX wieku powrócił w postaci faksymiliów i reprodukcji, przygotowywanych dla miłośników historii kart. W tym nowym obiegu bywa niekiedy czytany jako talia „heretycka” albo „zakodowana”, co jednak niewiele ma wspólnego z jego rzeczywistym pochodzeniem.

Dla historyka idei przypadek belgijski jest ważny właśnie dlatego, że przeczy wyobrażeniu o tarocie jako niezmiennym kanonie symboli, przekazywanym z pokolenia na pokolenie bez zmian. Gdyby dwadzieścia dwa atuty były od początku hieroglifami jakiejś pradawnej doktryny, trudno byłoby zrozumieć, dlaczego brukselski wytwórca mógł bez wahania wstawić w miejsce Papieża boga wina, a w miejsce Papieżycy teatralnego fanfarona. Takie zamiany są naturalne tylko wtedy, gdy atuty traktuje się jako zestaw obrazów do gry, którego znaczenie wyczerpuje się w numerze i pozycji.

Nie oznacza to, że obrazy były obojętne. Wybór Bachusa i Kapitana mówi coś o kulturze, w której powstały: o teatrze włoskim obecnym na północy Europy, o pamięci hiszpańskich żołnierzy, o świecie gospód i karnawału, o wrażliwości religijnej, która wolała nie widzieć papieża między kartami rzucanymi na stół. Talia belgijska jest więc dokumentem obyczaju, a nie doktryny. Kto chce ją zrozumieć, powinien szukać jej kontekstu w historii rozrywki, grafiki popularnej i rzemiosła, a dopiero na samym końcu, jeśli w ogóle, w dziejach myśli ezoterycznej, która przyszła po niej i nadała tarotowi zupełnie nowe znaczenia.